środa, 18 czerwca 2014

Odcinek 19

Traciła powoli siły. Wokół było ciemno i nic nie wskazywało na to, że znajdzie się w tej głuszy ktoś, kto przyjdzie jej z pomocą. Przestała krzyczeć. Krzyk męczył ją i był daremny pośród białych wydm i zmarzniętych drzew. ON stale był tuż za nią...chwilami zdawało się jej, że GO zgubiła ale nim zdołała złapać głębszy oddech, chwytał ją za ręce lub nogi, zmuszając do ponownej ucieczki, która stawała się coraz bardziej rozpaczliwa. Zaczęła sobie zdawać sprawę, że nie ma szans, ale w jej naturze nie było poddawanie się. Przeżyła 30 lat walcząc ze śmiercią i co dnia starając się wydrzeć kostusze kolejny dzień. "I tym razem też mi się uda"-pomyślała buńczucznie. Wiedziała, że jej patykowate nogi nie mogą nieść jej bez końca i że z każdą chwilą traci ułamek stopnia ciepłoty ciała, która i tak wynosiła tylko 28 stopni, ale biegła dalej niczym gnojuwa, która zdecydowała się ruszyć pizdę. Nagle poczuła jak chwycił ją  za ramię i zaczął szarpać z siłą mastifa. "A więc to już!"- pomyślała zrozpaczona. Ziąb szarpał coraz mocniej.
 "Ty kasztanieeee- wyrwało się z młodej piersi Anemietki i nagle otworzyła oczy. Rozejrzała się zdezorientowana po pokoju. A więc nie była na północy za murem, ale w biurze Sądu. Geralt stał nad nią i patrzył pogardliwym wzrokiem.
-Sama jesteś kasztanem dziwko- rzekł mściwie i zasiadł za swoim biurkiem. Ana zignorowała Geralta i na chwilę odetchnęła głośno, ale jej koszmar się nie skończył. Spojrzała w stronę okna...było otwarte...Ana zacisnęła zęby. Zrozumiała, że jej krucjata przeciwko zimnu nadal trwa. Nie wiedziała czy po wyczerpującym śnie wystarczy jej sił aby zamknąć okno, ale wolała umrzeć walcząc niż poddać się bez słowa. Powoli uniosła dupę i wsparła kościste dłonie na biurku. Krok za krokiem...przegryzła wargi starając się nie oddychać zbyt często gdyż jej oddech zamieniał się w parę, które mroziła jej twarz. Okno było coraz bliżej ale i chłód od niego bijący przejmował ją coraz bardziej. Jeszcze chwila...nagle! Anie wyrosła przed oczyma postać Pulpecji.
-Wybierasz się gdzieś?- syknęła Pulpa podpierając się pod boki.
Aneta przełknęła z trudem ślinę.
-Pulpa...proszę...-jęknęła resztą sił. Ale Radomianka była nieprzejednana.
-Weź się do roboty to może Ci się cieplej zrobi, tu jest 25 stopni ty gnojuwo! 
- Pulpecja, ja dziecko niese codziennie do przedszkola, co ty se wyobrażasz wieśniaro!
Pulpecja zamarła. Geralt, oniemiały, podniósł głowę znad papierów. Wulewu zastygła z drożdżówką w ustach.. świat się na chwilę zatrzymał, samochody przestały jeździć pod oknami Sądu i nawet żadna mucha nie śmiała zatrzepotać skrzydłami. 
Nie wiadomo kto zadał pierwszy cios ani kto pierwszy krzyknął w trwodze. Kierowniczka, zwabiona wrzaskami niczym sęp padliną, przybiegła do sekretariatu. Jej oczom ukazał się dziwny, kłębiący się twór złożony z kilku bardzo grubych i kilku bardzo chudych kończyn, które tarzały się po podłodze. Geralt i Wulewu stali dookoła podskakując i dopingując swoją faworytkę. Geralt cieszył się niemal tak samo jak tamtego błogosławionego roku gdy Cygadytka wygrywała Euroschizję. Oto dwóch jego wrogów walczyło zacięcie wyrywając sobie włosy i kolczyki z uszu. Nieoczekiwanie dla wszystkich, Pulpecja nie zgniotła Any jednym ciosem. Chuderlawa bojowniczka wbijała swoje szkieletowe palce w miękkie ciało Pulpecji czyniąc tym spore szkody. Anemietka walczyła z całych sił, coraz wyraźniej czując jak podnosi się ciepłota jej ciała. Krew, która ją zalewała była coraz cieplejsza. Ana nie wiedziała co się dzieje, co to za cud się zdarzył, ale radość z odzyskanego czucia w skostniałych palcach dodała jej sił. Ku rozczarowaniu wszystkich, ochrona rozdzieliła prychające kocice. Ana rzucała się jak ryba wyjęta z wody, starając się chwycić przeciwniczkę za fałdy. Pulpecja stała oniemiała patrząc na Anę. Nie mogła uwierzyć w to, że nieomal została pokonana przez kobietę, która była definicją słabizny i mizerii. 

Ore Ore wrócili z wojaży po wschodniej granicy. Weszli do swojego przytulnego mieszkania, które za grosze użyczał im przyjaciel Dzianniego. 
- W końcu w domu- westchnęła Monica otwierając drzwi lodówki. W towarzystwie starała się mało jeść, dopiero w zaciszu domowym mogła ulżyć swojej chuci. Zajęta opychaniem się kaszanką, dopiero po chwili usłyszała zgrzyt klucza w zamku. "Pyskacja" pomyślała. Zdziwiły ją nieco nieudolne próby otworzenia drzwi, toteż podbiegła do nich i jednym szarpnięciem otwarła podwoje apartamentu. Jakież było jej zdziwienie, gdy na progu ujrzała dwie dziwki. 
-My do toalety- zakrzyknęły dziwki. Monica w pierwszej chwili zwietrzyła w uprzejmiej prośbie młodych dam szansę na zarobek, ale po chwili zorientowała sie, że prośba dziewczyn jest nieco osobliwa.
- Chcemy do łazienki!- ponowiły swe błagania dziewoje- Pyskacja już idzie.
Monica zmarszczyła brwi gdy Pyskacja ukazała się wreszcie u szczytu schodów. Nie była jednak sama. Zaraz za nią weszło trzech mężczyzn. Przedstawiali specyficzny widok, ale nie można było odmówić im klasy i elegancji. Pierwszy z nich miał od 20 do 40 lat, ubrany w świeżo uprasowane dresy, nieskazitelnie czyste, białe addidasy i elegancką koszulkę w serek. Drugi był nieco młodszy, przedstawił się jako Khal Drogo. Trzeci był podobny zupełnie do nikogo. Wesołego obrazu tej trupy dopełniały ubrane jak zjeby dziewczyny. Pyskacja wkroczyła na środek trupy, tupnęła nogą i zaintonowała krakowiaka. Chwycili się za ręce i poczęli podskakiwać w rytm wygwizdywanej przez Pyskę melodii. Pyskcja (jak i cała reszta)  była pod wyraźnym wpływem alkoholu, toteż myliła kroki. 
- Mam pomysł- wrzasnęła jedna z dziwek- chodźmy pić na grobach!!
- Pod warunkiem, że zjemy kota- stwierdził Khal Drogo.
- Zjemy, ale tylko jeśli będzie kradziony- dodał Al Capone w dresach.
-Naprzód drużyno!!!!- zakrzyknęła Pyskcja kierując się w stronę drzwi. 
Monica, która do tej pory przyglądała się tym harcom (niekiedy nawet starając się tupać do rytmu) złapała Pyskację za rękę.
- Ty nie idziesz. Kitraj się na łóżko a reszta wypierdalać.
Dzianni, który schował się fotelem, nieśmiało zerknął w stronę korytarza. Hardość Monici mogła sprowadzić na nich kłopoty, ale o dziwo, grupa po krótkich naradach wyszła z mieszkania. Monica uśmiechnęła się na kilka sekund przed tym jak Pyskacja wymierzyła jej siarczysty policzek.
- Ty fmtao- Pyskacji plątał się nieco język- jak mogłaś mnie tak poniszyś przet znajomi!!!
Pyskacja, szlochając, pobiegał do swojej komnaty, gdzie poczęła rwać sobie włosy z głowy i zanosić się płaczem i jękiem. Monica poszła uspokoić roztrzęsionego Dziannigo. Po chwili rozległ się dzwonek jej telefonu. Dzwonił tata.
- Oszalałaś Monica??-wrzeszczał.
- O co chodzi Ojcze nasz?- spytała zdziwiona Monica.
- Pysia dzwoniła! Dlaczego ośmieszyłaś ją przed znajomymi?!! Pojebało Cię???
- Przecież to były jakieś elementy...oni..
- Elementy???-krzyczał ojciec do słuchawki- Pysia mówiła, że to byli przyjaciele z Klubu Przyjaciół Książki! Masz bana na kaszankę- krzyknął jeszcze ojciec i odłożył słuchawkę.
Monica spojrzała ponuro na trzymany w ręku kawałek kaszanki i ugryzła go z głupawym uśmiechem.


Geralt szedł do pracy z zafrasowaną miną. Nie miał zbyt wielu powodów do radości. No może poza tym, że po bójce Any z Pulpecją, Ana przestała zamykać okna i podkręcać grzejniki. Wręcz przeciwnie. Prosiła o otworzenie wszystkich okien jak tylko wchodziła do biura, włączała wszystkie wentylatory i dodatkowo okładała swój kark workami z mrożonym brokułem. Brokuł rozmrażał się na niej błyskawicznie a Ana zjadała go na surowo. Geralt zauważył, że codziennie ma więcej sińców i krwiaków, ale nie wnikał w to. Najważniejsze, że mógł w pracy oddychać. 
W biurze byli już wszyscy pracownicy. Geralt mruknął pod nosem słowa powitania i zasiadł czym prędzej przy swoim biurku aby uniknąć rytualnych całusów.Po drodze pstryknął  tylko palcami w stronę biurka Kuszę.
- Wulewu, kanapka!
- Geeeeeruśśś, z czym zjesz dziś?
- kurwa, Wule- zirytował się Geralt - mówiłem Ci, żebyś zwracała się do mnie maj lajon.
Geralt westchnął ciężko i ukryła zmęczoną twarz w dłoniach: "Tak trudno wyegzekwować cokolwiek, dziwki się panoszą, kurestwo kwitnie..." Rozmyślania nieszczęśnika przerwało nadejście kierowniczki Ewy. Za nią przyczłapała sędzia Pigwa. 
-Pulpecjo- kierowniczka zwróciła się w  stronę Radomianki. Pulpecja uniosła głowę. Jej twarz do tej pory nosiła ślady po bójce z Anemietką. Od tamtego dnia nie odzywały się do siebie i każda udawała, że druga nie istnieje, co nie znaczy, że wojna została zakończona. Pulpecja była nękana setkami smsów o wygranych, w konkursach, w których nie brała udziału a Anemietka musiała udawać, że nie słyszy teatralnego szeptu Pulpy, która starała się zdyskredytować swoją oponentkę nawet przed panem Kanapką. 
- Słucham pani kierowniczko- zaczęła przymilnie Pulpecja.
- Dlaczego nie wykonałaś wszystkich zaleceń sędzi Pigwy? Przecież słyszałam jak Geralt Ci o tym mówił...
-Tak...ale...ale ja nigdy nie zaufam Geraltowi, on hoduje marihuanen!
Sędzia i kierowniczka spojrzały zdumione na Geralta i wyszły z sekretariatu. Jak tylko zamknęły się za nimi dzrwi, Geralt zwrócił się do Pulpecji z nurtującym go pytaniem:
-Dlaczego to powiedziałaś ty gnojuwo!!!
-Oj żartowałam tylko...nie wiedziałam, że wszyscy usłyszą. 
Geralt opadł na swoje krzesło. Po chwili zadzwonił telefon.
-Czego?!- odebrał Geralt.
- D-bry. Mogę z Matką Smoków?- pytał mężczyzna po drugiej stornie słuchawki.
- Pomyłka, to sąd- odrzekł Geralt i chciał już odłożyć słuchawkę, gdy Ana wyrwała mu ją z ręki.
-Matka smoków z tej strony. Tak.....aha....tak tak, będe.....o której?...W jakiej kategorii wagowej??Ok. Pa.
Ana odłożyła słuchawkę i jak gdyby nigdy nic, powróciła do nic nie robienia. 
-Matka smoków?- parsknął śmiechem Geralt- nie przesadzaj, twój synalek nie jest aż tak brzydki- wysilił się na słaby dowcip albowiem tylko na takie było go stać. 
Ana zgromiła go wzrokiem. 
-Dobra...powiem wam.... biorę udział w amatorskich walkach w klatce. Dzięki bójce z Pulpą zdałam sobie sprawę, że mogę pokonać Ziąb bójkami. I dołączyłam do praskiego klubu amatorskich walk. W sumie...-Ana spojrzała w stronę Pulpecji- powinnam Ci podziękować. 
Pulpecja odpowiedziała tylko złym spojrzeniem,
-Ale dlaczego Matka Smoków?- nie mógł wyjść ze zdziwienia Geralt.
- Bo mamy z syneczkiem 3 jaszczurki w domu...w sumie to takie małe smoki...