piątek, 23 stycznia 2015

Odcinek 21

Nie widzieli się od dłuższego czasu a konkretnie od kiedy Matez, zmuszony przez rodziców Minii, wyjechał za chlebem do Holandii. Niedawno powrócił w chwale w aucie z alufelgami i portfelem wypchanym Euro. Przyjaciele postanowili uczcić ten powrót, wspólnym wyjazdem do puszczy białowieskiej. Zgadza się, drogi Czytelniku, był to pomysł Minii, która nie przebierała w środkach by pognębić Monicę. Od momentu gdy widzieliśmy się ostatnio  drogi Czytelniku,życie nie oszczędzało naszych przyjaciół. Matez zarobił co prawda mnóstwo pieniędzy,ale kosztowało go to zaniechaniem na jakiś czas kariery naukowej oraz utratą szacunku do siebie. Zapytasz Czytelniku, dlaczego? Po pierwsze, wyjazd był pomysłem jego przyszłych teściów. Tak, zgadza się, Matez uległ Minii i naciskom jej rodziny. Po drugie, jedyna praca jaką znalazł, polegała na myciu witryn w dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie. Co gorsza, lubił swoje zajęcie. Oczywiście wersja oficjalna mówiła o tym, że pracował na budowie, ale zdawał sobie sprawę, że wszystko wyda się  niebawem, gdyż jego szef planował otworzyć filię swojej firmy w Lublinie. Matez miał objąć tam stanowisko kierownika a Minia tymczasem miała stanąć za szybą. Matez zastanawiał się czy nie zaoferować tego stanowiska również Monice, która była znów bezrobotna, ale z drugiej strony, gdzie znajdzie taką szeroką szybę? Monica….ach Monica…sytuacja stawała się naprawdę nieciekawa. Nie dość, że musiała przestać oszukiwać siebie i innych, że rozmiar 52 to tak naprawdę M,to na dodatek była tak zdesperowana chęcią znalezienia pracy, że przyjęła stanowisko segregowacza śmieci w jednej z klinik psychiatrycznych. Niestety, wrzuciła rolkę po papierze toaletowym do plastików i kariera legła w gruzach, szefowa nie mogła tolerować takiej niesubordynacji w ekskluzywnym ośrodku. Ponadto jej stosunki z cygańskimi teściami nie układały się tak jak sobie to wyobrażała. Wychodząc na Gianniego roiła sobie, że jako żona następcy tronu, będzie sprzedawała luksusowe wyroby na chodniku pod dworcem, a tymczasem nawet jej mąż nie miał własnego stoiska a ona musiała w dalszym ciągu jeść pod stołem. Teściowa twierdziła, że dopóki nie będzie w stanie wypowiedzieć łełełe bez polskiego akcentu, to nie ma mowy o krześle. Nie podobało jej się także, że Monica nieprawidłowo wyciąga rękę mówiąc "deeej pan".  Monica leżała więc w domu zajadając maxi kingi aż sama stała się maxi kingiem. A propo kingów…książę Gianni miał się jak najlepiej. Sprzedawane przez niego perfumy rozchodziły się na targu jak świeże bułeczki. Rodzice obiecali mu, że jak tak
dalej pójdzie, to otworzą mu jego własne stoisko na targu pod dworcem PKP. Gianni był wniebowzięty. Powody do radości miał także Geralt. W ostatnim miesiącu wdał się w bójkę z Anemietką, co poskutkowało wprawdzie złamaniem palca Geralta, ale potem Anemietka dostała lanie od kierowniczki i za karę musiała klęczeć pod biurkiem przez miesiąc. Geralt przychodził codziennie do pracy w radosnym nastroju widząc płaczącą Anę na klęczkach. Tak, cierpienie innych sprawiało mu radość. Z uwagi na swoje znajomości dostał również bonus pracowniczy w postaci studiów podyplomowych (Sposoby ustawienia biurek w sekretariacie). Był zafascynowany zdobywaną tam wiedzą, co poskutkowało przeorganizowaniem wszystkich biurek w zasięgu jego wzroku. Tymczasem jednak codzienne problemy odeszły w niepamięć gdy piątka przyjaciół mknęła wesoło poprzez las, siedząc w wygodnym kabriolecie Mateza. Minia rozsiadła się jak królowa na miejscu pasażera i opowiadała pasjonującą historię wyprawy z mamą po pościel, którą miała dostać w posagu.
-Moja mama gromadziła pościel na mój posag od kiedy się urodziłam, nie musiała potem dokupować-rzuciła mściwie Monica.
-Moja mama też tak robiła MONICO- syknęła Minia- ale Matez tak zwlekał z oświadczynami, że sprzedała ją za paczkę różańców- tutaj Minia nie omieszkała rzucić Matezowi nienawistnego spojrzenia. Pościel, którą zakupiły u rodziców Gianniego zaczęła się drzeć pomimo, że leżała nierozpakowana.
- Dziewczyny- pisnął Gianni- cieszcie się przyrodą dookoła! Myyy cyyyganieee co pędzimy razem z wiatrem, myyyy cyyyganieee znamy cały świat-zaintonował Gianni a reszta przyjaciół wesoło się do niego przyłączyła. Wtem, radosne śpiewy przerwało rzężenie silnika, który kilka razy zaterkotał a potem zamilkł. Spod maski wydobywał się dym.
-Co do kurwy!-wrzasnął Matez.
Przyjaciele wyskoczyli z auta, Matez rzucił na samochód z płaczem. Giannni podbiegł szybko i otworzył maskę, popatrzył chwilę, postukał wydobytym z kieszeni kluczem… po czym zamilkł, położył dłoń na ramieniu Mateza  i smutno pokręcił głową. Matez padł na kolana zanosząc się szlochem. Rad nie rad, trzeba było zastanowić się co dalej. Stali w środku wielkiej puszczy , nie mieli samochodu, a telefony nie miały zasięgu. Matez obejmował przednie koło samochody, łkając cichutko. Monica,której zabrakło już maxi kingów, zaczynała się już orientować w sytuacji i przejawiała już objawy paniki głośno  oddychając, co dawało naszym bohaterom wrażenie jakby co chwila, wielki smok dmuchał na nich rozżarzonym powietrzem.
-Dobra, słuchajcie- zakrzyknęła Minia w te głosy- musimy się rozdzielić i szukać pomocy.
-Jak to rozdzielić?- warknęła przestraszona Monika, którą wizja samotnej wędrówki po lesie wprawiała w histerię.
-To dobry pomysł- zgodził się Gianni- wtedy mamy większe szanse.
-Tak jakbyśmy w ogóle mieli jakieś szanse- jęknął Geralt- wszędzie dookoła nas śmierć i zatracenie.
Matez łkał tylko nie zważając na nikogo. Po dłuższej dyskusji, pomimo krzyków i protestów Moniki, każdy ruszył w inną stronę by odnaleźć ratunek bądź zgubę. Powiem Ci w tajemnicy drogi czytelniku, że jednego z bohaterów tej opowieści...spotka dziś przykra śmierć.

Monika została zaopatrzona w gaz pieprzowy ale i tak pochlipywała idąc leśnym traktem.
-A to dziwka- pomstowała w duchu- mści się bo ma chińskie kołdry zamiast rosyjskich jedwabi.
Monika szła powoli, trwożliwie rozglądając się na wszystkie strony. Każdy najmniejszy szelest czy świergot ptaszyny leśnej wprawiał ją w stan na granicy histerii. Ściskała w ręku gaz pieprzowy jak mały murzynek ściska ostatnia kromkę placka z manioku. Poruszała się bardzo powoli, toteż już z daleka dostrzega dziwnego mężczyznę siedzącego na skraju drogi. Był stary, miał długą, białą brodę i zielono-brązowe ubranie. Siedział na dużym kamieniu, podpierając się kosturem.  Serce podeszło Monice do gardła, ale ratunku nie widać było znikąd więc chcąc nie chcąc zbliżyła się do leśnego dziada.
-Dzień dobry panu- wyjąkała.
-Dzień dobry dziecko- uśmiechnął się przyjaźnie dziad.
-Czy wie Pan, gdzie jest wyjście z lasu?- zapytała Monika karcąc się jednocześnie  w myślach, gdyż zapewne gdyby wiedział to sam by wyszedł, zamiast siedząc tutaj w brudnym ubraniu.
-Powiem Ci jak trafić do wyjścia, ale musisz najpierw rozwiązać zagadkę- powiedział tajemniczo dziadyga.
- A to Sfinks się znalazł-pomyślała Monika-skurwysyn.
Ale  odezwała się w te słowa:
-Oczywiście, jaka to zagadka?
- Nie je, je pije, chodzi i żyje- wyrzekł dziad podniosłym głosem- co to?
-Zegar.
- Dobrze. Idź prosto, przy małej lipie skręć w lewo.
-Dobra, nara- pożegnała się uprzejmie Monika i ruszyła we wskazanym kierunku. Początkowo szła chyżo, ale po jakimś  czasie zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy: nie wie jak wygląda lipa i nie rozróżnia stron. Na skraju drogi usiadła i zapłakała.
Tymczasem do leśnego dziadka dotarł Gianni.
-Witam, albo jak to mówią u nas łełełe- odezwał się uprzejmie- wie pan może jak wyjść z lasu?
-Powiem Ci jak trafić do wyjścia, ale musisz najpierw rozwiązać zagadkę- powiedział Dziad.
Gianni pomyślał chwilę, po czym rzekł:
- Ok, ale najpierw muszę znaleźć parę patyków i drut żeby zrobić sobie taką małą pomoc w rozwiązywaniu zagadek. Ale jeszcze wcześniej to zrobię sobie specjalną laskę do wyszukiwania patyków.
Dziad patrzył oniemiały jak Gianni przystępuje do dzieła.
-Wiesz co chłopcze..daj sobie spokój, to łatwa zagadka. Powiedz kto to jest: nie je…
-Cicho!-krzyknął Gianni- najpierw przygotuje narzędzia!
-Eeech, odpowiedź to zegar, idź już. Idź prosto a przy małej lipie skręć w lewo.
-Ale chciałem narzędzia..
-Wypierdalaj!
Gianni spojrzał na dziada ze łzami w oczach, rzucił przygotowane narzędzia i ruszył we wskazanym kierunku.  Lipa rzeczywiście rosła niedaleko. Gianni skręcił w lewo, ale nie uszedł daleko gdy jego oczom ukazała się dosyć szeroka rzeka, którą w jakiś sposób trzeba było przebyć.
Minia wyszła na ubity trakt pokąsana przez mrówki, ale zadowolona. Gdy gryzły ją zwierzęta to czuła, że żyje.  Wtem spostrzegła leśnego dziadka.
-Dobrze, że Cię widzę dziadu – zaczęła bez ceregieli.
Dziad westchnął przeciągle.
-Pewnie chcesz wiedzieć, gdzie jest wyjście z lasu?
- To też, ale najpierw chce wstąpić do jakiegoś kościoła.
-Kościoła?- zapytał zdumiony dziad.
- Co ty, ruski, że nie wiesz co to kościół?- zgrzytnęła zębami Minia.
- Tu nie ma kościoła.
- Nie ma….kościoła?!-zapowietrzyła się Minia- a więc to prawda…ateizacja polskich lasów trwa w najlepsze.
- Chcesz wiedzieć gdzie wyjście ?
-Spierdalaj—wrzasnęła wściekła rusałka- poza tym siedzisz na kamieniu ze złej strony, wiem coś o tym. O wszystkim coś wiem! Właściwie wszystko o wszystkim!- wykrzyczała Minia i ruszyła przed siebie. Szła prosto modląc się w duchu i przeklinając jednocześnie na czym świat stoi.
Do dziada dotarł tym czasem Geralt.
-Witam Pana- zagadnął uprzejmie- czy wiem Pan…
-Wiem-przerwał dziad- tylko musisz najpierw..
-Ale zaraz, chwileczkę!- wszedł w słowo Geralt- dlaczego mi Pan przerywa? Czy pan wie kim ja jestem?
Dziad patrzył chwilę na Geralta.
-Wyglądasz mi na warszawskiego cwaniaka
Geralta połechtało przez chwilę, że wstrętny dziad uważa go za warszawiaka, ale nie zamierzał mu darować.
-Jestem wysoko postawionym pracownikiem warszawskiego sądu. Właściwie to jego właścicielem- Geralt postanowił nieco ubarwić rzeczywistość- zaraz zaraz...masz koncesję na siedzenie na tym kamieniu?
-Nie-odparł dziad zgodnie z prawdą.
-Oż ty brudny oszuście- warknął Geralt. Wziął głęboki oddech i szybko odwrócił się zakładając jednocześnie słuchawki na uszy aby zaaplikować sobie uspakajającą dawkę cygańskiej gwiazdy. Po chwili znów przemówił do dziada.
-Tym razem Cię nie zabije. Ale pamiętaj, żeby mi to był ostatni raz!- rzucił i pomaszerował przed siebie pozostawiając oniemiałego dziada. Niestety, dziad nie miał zbyt długiego odpoczynku, gdyż o to z lasu wyłonił się Matez. Był boso i bez spodni, gdyż lubił życie zgodnie z naturą.
-Ahoj leśny dziadku, jak tam ryby? Biorą dziś?- zagadnął.
Dziad popatrzył dookoła:
-Przecież tu nie ma ryb. Nie ma nawet wody- zauważył trzeźwo.
-Jesteś pewien?- zagadnął chytrze Matez- a jaka jest definicja wody?
Dziad popatrzył niepewnie.
-No- ciągnął Matez- wspominasz o wodzie, a nie potrafisz wyjaśnić czym ona jest. Musisz wiedzieć, że jestem doktorantem na uczelni i wiem różne rzeczy. Mogę Cię czegoś nauczyć.
W tym momencie dziad wstał, chwycił oburącz swój kostur i wbił go sobie w gardło. Krew bryznęła jak z fontanny ochlapując i kamień i Mateza, który nie stracił jednak zimnej krwi.
- Dokładnie jak mój klusek-pokręcił głową- tylko szantaż emocjonalny i demonstracje..co, Ciebie też mam o rękę poprosić?
Dziad leżał rozciągnięty u stóp Mateza, popatrzył na niego a potem wydał ostatnie tchnienie.
- Hmm, muszę przyznać, że jesteś lepszy nawet niż Minia. Ale zapytaj sam siebie czym jest śmierć? Podyskutujmy.
Dziad jednak nie wydawał już żadnych odgłosów.
cdn