Nie widzieli się od dłuższego czasu a konkretnie od kiedy
Matez, zmuszony przez rodziców Minii, wyjechał za chlebem do Holandii. Niedawno
powrócił w chwale w aucie z alufelgami i portfelem wypchanym Euro. Przyjaciele
postanowili uczcić ten powrót, wspólnym wyjazdem do puszczy białowieskiej.
Zgadza się, drogi Czytelniku, był to pomysł Minii, która nie przebierała w
środkach by pognębić Monicę. Od momentu gdy widzieliśmy się ostatnio drogi Czytelniku,życie nie oszczędzało
naszych przyjaciół. Matez zarobił co prawda mnóstwo pieniędzy,ale kosztowało go
to zaniechaniem na jakiś czas kariery naukowej oraz utratą szacunku do siebie.
Zapytasz Czytelniku, dlaczego? Po pierwsze, wyjazd był pomysłem jego przyszłych
teściów. Tak, zgadza się, Matez uległ Minii i naciskom jej rodziny. Po drugie,
jedyna praca jaką znalazł, polegała na myciu witryn w dzielnicy czerwonych
latarni w Amsterdamie. Co gorsza, lubił swoje zajęcie. Oczywiście wersja
oficjalna mówiła o tym, że pracował na budowie, ale zdawał sobie sprawę, że
wszystko wyda się niebawem, gdyż jego
szef planował otworzyć filię swojej firmy w Lublinie. Matez miał objąć tam
stanowisko kierownika a Minia tymczasem miała stanąć za szybą. Matez
zastanawiał się czy nie zaoferować tego stanowiska również Monice, która była znów
bezrobotna, ale z drugiej strony, gdzie znajdzie taką szeroką szybę?
Monica….ach Monica…sytuacja stawała się naprawdę nieciekawa. Nie dość, że
musiała przestać oszukiwać siebie i innych, że rozmiar 52 to tak naprawdę M,to
na dodatek była tak zdesperowana chęcią znalezienia pracy, że przyjęła
stanowisko segregowacza śmieci w jednej z klinik psychiatrycznych. Niestety,
wrzuciła rolkę po papierze toaletowym do plastików i kariera legła w gruzach,
szefowa nie mogła tolerować takiej niesubordynacji w ekskluzywnym ośrodku.
Ponadto jej stosunki z cygańskimi teściami nie układały się tak jak sobie to
wyobrażała. Wychodząc na Gianniego roiła sobie, że jako żona następcy tronu,
będzie sprzedawała luksusowe wyroby na chodniku pod dworcem, a tymczasem nawet
jej mąż nie miał własnego stoiska a ona musiała w dalszym ciągu jeść pod
stołem. Teściowa twierdziła, że dopóki nie będzie w stanie wypowiedzieć łełełe
bez polskiego akcentu, to nie ma mowy o krześle. Nie podobało jej się także, że
Monica nieprawidłowo wyciąga rękę mówiąc "deeej pan". Monica leżała więc w domu zajadając maxi
kingi aż sama stała się maxi kingiem. A propo kingów…książę Gianni miał się jak
najlepiej. Sprzedawane przez niego perfumy rozchodziły się na targu jak świeże
bułeczki. Rodzice obiecali mu, że jak tak
dalej pójdzie, to otworzą mu jego własne stoisko na targu
pod dworcem PKP. Gianni był wniebowzięty. Powody do radości miał także Geralt.
W ostatnim miesiącu wdał się w bójkę z Anemietką, co poskutkowało wprawdzie
złamaniem palca Geralta, ale potem Anemietka dostała lanie od kierowniczki i za
karę musiała klęczeć pod biurkiem przez miesiąc. Geralt przychodził codziennie
do pracy w radosnym nastroju widząc płaczącą Anę na klęczkach. Tak, cierpienie
innych sprawiało mu radość. Z uwagi na swoje znajomości dostał również bonus
pracowniczy w postaci studiów podyplomowych (Sposoby ustawienia biurek w
sekretariacie). Był zafascynowany zdobywaną tam wiedzą, co poskutkowało
przeorganizowaniem wszystkich biurek w zasięgu jego wzroku. Tymczasem jednak
codzienne problemy odeszły w niepamięć gdy piątka przyjaciół mknęła wesoło
poprzez las, siedząc w wygodnym kabriolecie Mateza. Minia rozsiadła się jak
królowa na miejscu pasażera i opowiadała pasjonującą historię wyprawy z mamą po
pościel, którą miała dostać w posagu.
-Moja mama gromadziła pościel na mój posag od kiedy się
urodziłam, nie musiała potem dokupować-rzuciła mściwie Monica.
-Moja mama też tak robiła MONICO- syknęła Minia- ale Matez
tak zwlekał z oświadczynami, że sprzedała ją za paczkę różańców- tutaj Minia
nie omieszkała rzucić Matezowi nienawistnego spojrzenia. Pościel, którą
zakupiły u rodziców Gianniego zaczęła się drzeć pomimo, że leżała
nierozpakowana.
- Dziewczyny- pisnął Gianni- cieszcie się przyrodą dookoła!
Myyy cyyyganieee co pędzimy razem z wiatrem, myyyy cyyyganieee znamy cały
świat-zaintonował Gianni a reszta przyjaciół wesoło się do niego przyłączyła.
Wtem, radosne śpiewy przerwało rzężenie silnika, który kilka razy zaterkotał a
potem zamilkł. Spod maski wydobywał się dym.
-Co do kurwy!-wrzasnął Matez.
Przyjaciele wyskoczyli z auta, Matez rzucił na samochód z
płaczem. Giannni podbiegł szybko i otworzył maskę, popatrzył chwilę, postukał
wydobytym z kieszeni kluczem… po czym zamilkł, położył dłoń na ramieniu
Mateza i smutno pokręcił głową. Matez
padł na kolana zanosząc się szlochem. Rad nie rad, trzeba było zastanowić się
co dalej. Stali w środku wielkiej puszczy , nie mieli samochodu, a telefony nie
miały zasięgu. Matez obejmował przednie koło samochody, łkając cichutko.
Monica,której zabrakło już maxi kingów, zaczynała się już orientować w sytuacji
i przejawiała już objawy paniki głośno
oddychając, co dawało naszym bohaterom wrażenie jakby co chwila, wielki
smok dmuchał na nich rozżarzonym powietrzem.
-Dobra, słuchajcie- zakrzyknęła Minia w te głosy- musimy się
rozdzielić i szukać pomocy.
-Jak to rozdzielić?- warknęła przestraszona Monika, którą
wizja samotnej wędrówki po lesie wprawiała w histerię.
-To dobry pomysł- zgodził się Gianni- wtedy mamy większe
szanse.
-Tak jakbyśmy w ogóle mieli jakieś szanse- jęknął Geralt-
wszędzie dookoła nas śmierć i zatracenie.
Matez łkał tylko nie zważając na nikogo. Po dłuższej
dyskusji, pomimo krzyków i protestów Moniki, każdy ruszył w inną stronę by
odnaleźć ratunek bądź zgubę. Powiem Ci w tajemnicy drogi czytelniku, że jednego
z bohaterów tej opowieści...spotka dziś przykra śmierć.
Monika została zaopatrzona w gaz pieprzowy ale i tak
pochlipywała idąc leśnym traktem.
-A to dziwka- pomstowała w duchu- mści się bo ma chińskie kołdry
zamiast rosyjskich jedwabi.
Monika szła powoli, trwożliwie rozglądając się na wszystkie
strony. Każdy najmniejszy szelest czy świergot ptaszyny leśnej wprawiał ją w
stan na granicy histerii. Ściskała w ręku gaz pieprzowy jak mały murzynek
ściska ostatnia kromkę placka z manioku. Poruszała się bardzo powoli, toteż już
z daleka dostrzega dziwnego mężczyznę siedzącego na skraju drogi. Był stary,
miał długą, białą brodę i zielono-brązowe ubranie. Siedział na dużym kamieniu,
podpierając się kosturem. Serce podeszło
Monice do gardła, ale ratunku nie widać było znikąd więc chcąc nie chcąc
zbliżyła się do leśnego dziada.
-Dzień dobry panu- wyjąkała.
-Dzień dobry dziecko- uśmiechnął się przyjaźnie dziad.
-Czy wie Pan, gdzie jest wyjście z lasu?- zapytała Monika karcąc
się jednocześnie w myślach, gdyż zapewne
gdyby wiedział to sam by wyszedł, zamiast siedząc tutaj w brudnym ubraniu.
-Powiem Ci jak trafić do wyjścia, ale musisz najpierw
rozwiązać zagadkę- powiedział tajemniczo dziadyga.
- A to Sfinks się znalazł-pomyślała Monika-skurwysyn.
Ale odezwała się w te
słowa:
-Oczywiście, jaka to zagadka?
- Nie je, je pije, chodzi i żyje- wyrzekł dziad podniosłym
głosem- co to?
-Zegar.
- Dobrze. Idź prosto, przy małej lipie skręć w lewo.
-Dobra, nara- pożegnała się uprzejmie Monika i ruszyła we
wskazanym kierunku. Początkowo szła chyżo, ale po jakimś czasie zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy: nie
wie jak wygląda lipa i nie rozróżnia stron. Na skraju drogi usiadła i
zapłakała.
Tymczasem do leśnego dziadka dotarł Gianni.
-Witam, albo jak to mówią u nas łełełe- odezwał się
uprzejmie- wie pan może jak wyjść z lasu?
-Powiem Ci jak trafić do wyjścia, ale musisz najpierw
rozwiązać zagadkę- powiedział Dziad.
Gianni pomyślał chwilę, po czym rzekł:
- Ok, ale najpierw muszę znaleźć parę patyków i drut żeby
zrobić sobie taką małą pomoc w rozwiązywaniu zagadek. Ale jeszcze wcześniej to
zrobię sobie specjalną laskę do wyszukiwania patyków.
Dziad patrzył oniemiały jak Gianni przystępuje do dzieła.
-Wiesz co chłopcze..daj sobie spokój, to łatwa zagadka.
Powiedz kto to jest: nie je…
-Cicho!-krzyknął Gianni- najpierw przygotuje narzędzia!
-Eeech, odpowiedź to zegar, idź już. Idź prosto a przy małej
lipie skręć w lewo.
-Ale chciałem narzędzia..
-Wypierdalaj!
Gianni spojrzał na dziada ze łzami w oczach, rzucił
przygotowane narzędzia i ruszył we wskazanym kierunku. Lipa rzeczywiście rosła niedaleko. Gianni
skręcił w lewo, ale nie uszedł daleko gdy jego oczom ukazała się dosyć szeroka
rzeka, którą w jakiś sposób trzeba było przebyć.
Minia wyszła na ubity trakt pokąsana przez mrówki, ale
zadowolona. Gdy gryzły ją zwierzęta to czuła, że żyje. Wtem spostrzegła leśnego dziadka.
-Dobrze, że Cię widzę dziadu – zaczęła bez ceregieli.
Dziad westchnął przeciągle.
-Pewnie chcesz wiedzieć, gdzie jest wyjście z lasu?
- To też, ale najpierw chce wstąpić do jakiegoś kościoła.
-Kościoła?- zapytał zdumiony dziad.
- Co ty, ruski, że nie wiesz co to kościół?- zgrzytnęła
zębami Minia.
- Tu nie ma kościoła.
- Nie ma….kościoła?!-zapowietrzyła się Minia- a więc to
prawda…ateizacja polskich lasów trwa w najlepsze.
- Chcesz wiedzieć gdzie wyjście ?
-Spierdalaj—wrzasnęła wściekła rusałka- poza tym siedzisz na
kamieniu ze złej strony, wiem coś o tym. O wszystkim coś wiem! Właściwie
wszystko o wszystkim!- wykrzyczała Minia i ruszyła przed siebie. Szła prosto
modląc się w duchu i przeklinając jednocześnie na czym świat stoi.
Do dziada dotarł tym czasem Geralt.
-Witam Pana- zagadnął uprzejmie- czy wiem Pan…
-Wiem-przerwał dziad- tylko musisz najpierw..
-Ale zaraz, chwileczkę!- wszedł w słowo Geralt- dlaczego mi
Pan przerywa? Czy pan wie kim ja jestem?
Dziad patrzył chwilę na Geralta.
-Wyglądasz mi na warszawskiego cwaniaka
Geralta połechtało przez chwilę, że wstrętny dziad uważa go
za warszawiaka, ale nie zamierzał mu darować.
-Jestem wysoko postawionym pracownikiem warszawskiego sądu.
Właściwie to jego właścicielem- Geralt postanowił nieco ubarwić rzeczywistość-
zaraz zaraz...masz koncesję na siedzenie na tym kamieniu?
-Nie-odparł dziad zgodnie z prawdą.
-Oż ty brudny oszuście- warknął Geralt. Wziął głęboki oddech
i szybko odwrócił się zakładając jednocześnie słuchawki na uszy aby zaaplikować
sobie uspakajającą dawkę cygańskiej gwiazdy. Po chwili znów przemówił do
dziada.
-Tym razem Cię nie zabije. Ale pamiętaj, żeby mi to był
ostatni raz!- rzucił i pomaszerował przed siebie pozostawiając oniemiałego
dziada. Niestety, dziad nie miał zbyt długiego odpoczynku, gdyż o to z lasu
wyłonił się Matez. Był boso i bez spodni, gdyż lubił życie zgodnie z naturą.
-Ahoj leśny dziadku, jak tam ryby? Biorą dziś?- zagadnął.
Dziad popatrzył dookoła:
-Przecież tu nie ma ryb. Nie ma nawet wody- zauważył
trzeźwo.
-Jesteś pewien?- zagadnął chytrze Matez- a jaka jest
definicja wody?
Dziad popatrzył niepewnie.
-No- ciągnął Matez- wspominasz o wodzie, a nie potrafisz
wyjaśnić czym ona jest. Musisz wiedzieć, że jestem doktorantem na uczelni i
wiem różne rzeczy. Mogę Cię czegoś nauczyć.
W tym momencie dziad wstał, chwycił oburącz swój kostur i
wbił go sobie w gardło. Krew bryznęła jak z fontanny ochlapując i kamień i
Mateza, który nie stracił jednak zimnej krwi.
- Dokładnie jak mój klusek-pokręcił głową- tylko szantaż
emocjonalny i demonstracje..co, Ciebie też mam o rękę poprosić?
Dziad leżał rozciągnięty u stóp Mateza, popatrzył na niego a
potem wydał ostatnie tchnienie.
- Hmm, muszę przyznać, że jesteś lepszy nawet niż Minia. Ale
zapytaj sam siebie czym jest śmierć? Podyskutujmy.
Dziad jednak nie wydawał już żadnych odgłosów.
cdn