Monica chwilę popłakała, ale zaraz podniosła swe oczęta. Nie
była typem ofiary losu, wręcz przeciwnie, starała się być katem. Podumała
jeszcze chwilę nad swoim położeniem. O ile z pomocą obrączki na palcu mogła
określić, która strona jest lewa to zidentyfikowanie lipy graniczyło z cudem.
Doszła jednak do wniosku, że pójdzie po prostu w lewo…przecież prędzej czy
później musi trafić do jakiegoś wyjścia (o ile dziadyga mówił prawdę). Szła
dosyć raźno gdyż sukces intelektualny, jakiego doznała poprzez rozwiązanie
zagadki leśnego sfinksa, dostarczył jej niemałej satysfakcji.
-Po raz kolejny mój piękny umysł wyratował mnie z opresji-
myślała przedzierając się przez leśne knieje. Wtem, jej oczom ukazała się
rzeka. Mógł to być równie dobrze leśny strumyk , ale dla Monici nie miało to
znaczenia. Zastanawiała się gorączkowo przez chwilę czy w leśnej rzece mogą być
krokodyle i piranie ale nic nie przyszło jej do głowy. Wtedy właśnie usłyszała
ten dźwięk. Powoli odwróciła się w stronę, z której dochodził. Na leśnej
polance, nieopodal miejsca gdzie stała, wśród jakiegoś niezidentyfikowanego
kwiecia , stała dziwna, owłosiona świnia z kłami. Monica widziała jednak, że to
nie świnia. Stwór nie mówił nic, a więc nie była to też Minia. Oto spełniał się
jej najgorszy sen. Krew odpłynęła jej z twarzy w nieznanym kierunku a jej
miejsca w żyłach i naczyniach włosowatych naszej bohaterki zajął lód. Serce
Monici zaczęło bić tak szybko, że nie wiedziała już czy to jej serce czy ktoś
stoi obok i uderza w bęben . A propo bębna…w brzuchu poczuła zaciskający się
supeł strachu. Stała jak skamieniała nie wiedząc co zrobić i co myśleć. Ściskała w dłoni puszkę z gazem pieprzowym
ale nie wiedziała czy lepiej jej użyć czy też zaniechać by nie rozwścieczać
bestii. Dzik (bo to był dzik drogi czytelniku) patrzył na tę grubawą istotę
przebierając z wolna tylnymi raciczkami. Bez wątpienia szykował się do ataku. Monica
nie zastanawiała się dłużej. Instynkt przetrwania haczykowatonosych przodków
podpowiedział jej co robić. Rozpyliła gaz między sobą a dzikiem i rzuciła się
ku rzece. Wbiegła w zimną toń niczym szekspirowska Ofelia. Nie powstrzymał jej
ani nurt ani prawa fizyki i ani się obejrzała a była na drugim brzegu. Dzika po
drugiej stronie już nie było. Nie wiedziała czy uciekł czy może zanurkował by
do niej dopłynąć więc nie tracąc czasu, rzuciła się pędem w las.
W czasie gdy Monica toczyła walkę swojego życia, Dzianni
siedział na kamieniu przy brzegu tej samej rzeki i kończył tworzyć projekt barki, która miała go przewieźć na drugi
brzeg. Dzianni był bardzo zniesmaczony warunkami, w których przyszło mu
pracować i brakiem higieny w lesie, ale z drugiej strony, brud przypominał mu
skąd pochodzi. Dzianni ukończył dumnie swój projekt i począł przeglądać listę
rzeczy niezbędnych do jego wykonania.
- Taśma poliprenowa, lutownica, alumnium, drewno…- mruczał
sam do siebie- ok, mam wszystko w kieszeni.
Nasz cygański bohater przystąpił żwawo do pracy gdy nagle
usłyszał jakichś dźwięk. Rozejrzał się w około, ale niczego nie dostrzegł. Po
chwili dźwięk się powtórzył. Była to jakby rozmowa kilku osób. Pomyślał, że
jego przyjaciele się już spotkali i przez chwilę wahał czy do nich dołączyć,
ale zdecydował się iść głosem sumienia a nie serca i podążył ku nim. Ale im
bardziej zbliżał się do źródła hałasu tym był bardziej zdziwiony gdyż głosy nie
przypominały dobrze mu znanych głosików przyjaciół a tym bardziej basowego
głosu żony. Dzianni przestraszył się
nieco i w oczach błysnęły mu łzy, ale ciekawość okazała się silniejsza. Lata
życia w taborze zaprocentowały i zaczął skradać się w stronę źródła dźwięku
niczym leśna puma. Wychylił się ostrożnie zza krzaczka i dostrzegł przedziwną
scenę. Na środku leśnej polany siedziała grupka ludzi ubranych w ubrania z
olbrzymim napisem Tesco. Na środku stał mężczyzna, który jak się zdaje
przemawiał do zebranych.
-Nasza krucjata- rzekł mężczyzna- nie skończyła się, a wręcz
jest dopiero na starcie. Robicie za mało! Wciąż za mało. Bezczelni mięsożercy
śmieją się nam w twarz a Wy co? Jesteście nieudolni i głup! Powtarzam: głupi!!!
Ludzie dookoła spuścili głowy.
-O chuj im chodzi- myślał Dzianni- mięsożercy? Może mówi o
lwach? Ale czy lwy się smieją?
Tymczasem mężczyzna kontynuował swoje mobilizujące
wystąpienie.
-Dziś, swoim świadectwem podzieli się z nami stara
wyjadaczka naszej sekty. Posłuchajcie Halinki i posypcie głowy ziemią.
- A nie popiołem?- spytał przytomnie jeden ze zgromadzonych.
- A w ryj chcesz?-zripostował prowadzący- chcesz sypać głowę
czymś co powstało z twojego brata drzewa? Myśli, że to drzewo nie czuło jak
było palone? Otóż czuło ty szujo!
Wtem na środek polanki wyszła ni mniej ni więcej….Halina!
Dzianni oniemiał. Pamiętał te lubieżne spojrzenia i pocałunki niby przypadkiem.
Zdjął go strach ale bał się poruszyć, gdyż wiedział, że Halina ma wzrok jak
sokół a refleks jak kot. A nie, jednak nie. Jest prawie ślepa i rusza się jak
mucha w smole. Ale mimo wszystko Dzianni
postanowił zostać i zobaczyć co ciekawego ma do powiedzenia Haliczenka.
Halina wyszła powoli na środek, uniosła swą głowę i
rozpoczęła śpiewnym, włodawskim akcentem.
- Wiiiiiitajcieeeeeee. Jaaaa ooostaaatnioo …-zaczęła Halina,
ale prowadzący przerwał jej.
-Dobra dobra Halinka, to ja im streszczę. Halinka chciała
zabić dwoje zajadłych mięsożerców, ale nie udało jej się. Za to w skutek
podświadomej perswazji, zdołała przekonać swoją niedoszła ofiarę do tego by ta
została wegetarianką. Na razie jeszcze niejaka Pulpecja błądzi po manowcach
zjadania swoich braci roślin, ale mam nadzieję, że już niebawem przyłączy się
do nas i zostanie aertarianką, czyli jedzącą powietrze.
Halinę nagrodzono wielkimi brawami, które odbiły się echem
po całym lesie. Prowadzący chciał kontynuować swój monolog gdy nagle, wielki
dzik wpadł z impetem na polankę. Biegał jak szalony trącając kłami i racicami
zebranych sekciarzy. Dzik zachowywał się
jakby był ślepy lub czymś mocno rozdrażniony. Prowadzący stał na swoim miejscu
i krzyczał do braci w wierze:
- Spokojnie!! To tylko nasz brat, zobaczcie! Podam mu teraz
rękę jak brat bratu- wrzeszczał prowadzący jak opętany dopóki kieł rozszalałego
dzika nie przebił jego łydek. Dzianni tymczasem nie zastanawiał się długo.
Wbiegł w środek tumultu chcąc wyratować dawną przyjaciółkę. Zapomniał o urazach
i strachu. Biegł, przykucał, turlał się wśród krzyków, kurzawy z ziemi , krwi i
trzasków łamanych kości. Wreszcie udało mu się dotrzeć do nieprzytomnej
Halinki. Chwycił ją za odnóża i zaczął wycofywać się z pola bitwy. Wiedział, że
musi być twardy i chociaż łzy lały się mu strumieniami to nie zaprzestał swych
heroicznych prób do momentu gdy wraz z Halincią znalazł się na brzegu rzeki. Na
polanie wciąż trwała wojna. Wiedział, że jego barka nie wytrzyma ciężaru dwóch
osób, więc postąpił tak, jak postąpiłby każdy mężczyzna na jego miejscu (każdy
cygański mężczyzna). Wsiadł na barkę a Halinkę przywiązał za szyję do barki i
popłynął ku drugiemu brzegowi, na którym czekało ocalenie.
Minia tymczasem błądziła po leśnych ostępach. Z wolna
docierało do niej, że powinna była jednak zapytać dziada o drogę, tym bardziej,
że nie mogła zadzwonić do swojego wszechwiedzącego ojca. Na dodatek dziad miał
rację, nie było nigdzie kościoła, do którego mogłaby wstąpić i zapytać boga o
radę. Szła więc nadal ścieżką modląc się w duchu, mimo iż zdawała sobie sprawę,
że takie modlitwy można o kant dupy potłuc bo bóg słucha tylko w kościele. Wtem
usłyszała jakiś warkot i zobaczyła w oddali quada z dwiema osobami.
-Ocalenie-pomyślała Minia a za chwilę poczuła napływ
szalonej radości, gdy zobaczyła, że na quadzie siedzą Adam i Joanna Dolinkowie.
Minia wiedziała, że Dolinkowie kochają ją jak siostrę a nawet bardziej.
-Cześć-zakrzyknęła.
Dolinkowie siedzieli na quadzie jak dwa posągi buddy a ich
twarzy nie rozjaśnił nawet najmniejszy uśmieszek.
-Cześć Minia- wymruczała Aśka- co tu robisz? My sobie
urządziliśmy przejażdżkę na quadzie, ale jest tylko dwuosobowy.
-Ja też mam quada- przytaknęła wesoło Minia- ale mój jest
ładny i lepiej jeździ.
Dolinkowie, jak na komendę, wzięli głęboki oddech i powoli
wypuścili powietrze z płuc.
-A gdzie Matez?-spytał Adam.
- A nie wiem, rozdzieliliśmy się żeby zrobić na złość tej
idiotce Monice.
- A więc Mateza nie ma tutaj z Tobą?-upewnił się Adam.
- No jak widzisz Adamie, nie stoi obok- zaśmiała się Minia.
Dolinkowie spojrzeli na siebie i odjechali tak szybko, że
Minia musiała uskoczyć by nie zostać przejechana.
-A więc to tak- pomyślała Minia- nie lubią Mateza do tego
stopnia, że jak się dowiedzieli, że jest gdzieś w tym lesie to odjechali szybko
nie bacząc nawet na miłość do mnie.
Minia postała chwilę na leśnym trakcie i już miała ruszać
dalej gdy usłyszała kolejny hałas i zobaczyła w oddali grupę obdartusów, którzy
uciekali przed dzikiem wrzeszcząc i płacząc. Grupa zbliżała się szybko w jej
kierunku, ale Minia nie była w ciemię bita i wiedziała, że dziki reagują przeważnie
na ruch. Stanęła więc jak słup soli i
pozwoliła przedziwnej grupie się wyminąć. Dzik pobiegł za swoimi ofiarami a
Minia uznała, że pójdzie tam, skąd grupa
wybiegała.
Geralt już od jakiejś
godziny błądził po leśnych odmętach. Do
tej pory krew w nim kipiała na wspomnienie bezczelności dziada. Gdzieś po
drodze zgubił empetrójkę z nagraniami Cygadytki i już nic nie trzymało go na
tej ziemi. Szedł jednak przed siebie wiedziony jakimś pierwotnym instynktem
przetrwania. Musiał przyznać sam przed sobą, że bał się coraz bardziej. Zewsząd
dobiegały go przedziwne odgłosy krzyków i pisków. Nie wiedział czy to
przypadkiem jakieś leśne plemiona nie porwały jego towarzyszy ale w zasadzie
było mu to obojętne. Nienawidził ich
wszystkich co do jednego. Może jedynie Dzianni budził w nim dziwną tkliwość,
ale poza tym jego uczucia były jasno określone. Szedł spokojnie gdy nagle, tuż
przed nim, wyskoczyła jak Filip z konopii…Wulweu! Ubrana była w strój moro i
miała małą słuchawkę oraz aparat.
-Co ty tu robisz Wuli?-zakrzyknął Geralt.
-Śledzę Cię- odpowiedziała Wule, ale zaraz szybko
spoliczkowała się i dodała- to znaczy zbieram grzyby.
-Tutaj zbierasz grzyby? 150 km od Warszawy?- pytał chytrze
Geralt. Wiedział, że Wuli kłamie. Już dawno odkrył jej jogurtową maszynę do
podsłuchu, ale nie chciał się ujawnić. Wulewu zbierała informacje dla Kiczencji
Paszczak. Geralt, dzięki swym znajomościom, wiedział, że ma założoną teczkę w archiwum
Kiczencji.
- No tak…bo tutaj jest sporo grzybów- powiedziała Wuli ale
za chwilę znów się spoliczkowała- głupia Wuli, niedobra Wuli. Chciałam
powiedzieć, że zbieram jagody.
- Dobra Wulewu- Geraltowi znudziły się gierki Wuli- nie wiem
ile płaci ci Kiczencja, ale dam dwa razy tyle. Musisz mi pomóc usadzić kogoś.
Wulewu z wrażenia zapomniała zaprzeczyć.
-Kogo?-spytała z tępym wyrazem twarzy- chcę wszystko
wiedzieć! Wszystko!
- Ok Wuli, wiem, że nie masz kilka wspólnych cech z psem, na
przykład wierność i zapach. Dlatego zaangażuję cię do mojej misji.
-Dzieki Geruś- zarumieniła się na te komplementy Wulewu, ale
zaraz spytała chytrze- ale co ja będę z tego miała?
- Nie wyjebię Cię z pracy- odrzekł Geralt z miną srającego
kota.
- Super!- wrzasnęła Wulewu ale za chwilę spoliczkowała się
po raz trzeci – ale jak to? Przecież ty nie możesz mnie wyjebać.
- Jeszcze nie. Ale wiesz o tym, że nie długo będzie konkurs
na kierownika. Szanse mają trzy osoby: ja, Pulpa i Ana.
- A ja?- spytała Wuli
-Ty nie, bo śmierdzisz.
-Aha.
- Słuchaj dalej. Chodzi o to, żeby przekonać kierowniczkę i
dyra, że te dwie dziwki się nie nadają. I ty musisz mi w tym pomóc. To jest w
twoim interesie Wuli, bo nie ma wątpliwości, że jak któraś z nich dorwie się do
władzy do wyjebią cię na zbity pysk.
-Ale dlaczego?-dziwiła się naiwnie Wulewu.
-Eee- zawahał się Geralt- bo zazdroszczą Ci ubrań.
- A to możliwe Geruś- zgodziła się Wule- ostatnio Pulpa
pytała czy nie za gorąco mi w tym moim poliestrze.
- Otóż to. Olej Kiczencję i trzymaj ze mną. Powiem Ci więcej
Wule…nie tylko nie stracisz pracy. Jak ja zostanę kierownikiem…to wydam zarządzenie,
żeby informowano cię o wszystkim co dzieje się w sądzie i żeby każdy wydział
musiał pisać dla ciebie streszczenia akt.
-Bożesz! Geruś! Kocham Cię!- piszczała Wulewu w ekstazie.
- Ok. Powiedziałbym, żebyś się nie posikała z radości, ale
widzę, że już za późno na te rady- rzekł z niesmakiem Geralt- wyprowadź mnie
teraz z lasu a wszystko ci wytłumaczę.
W czasie gdy nasi bohaterowie nawiązywali nowe sojusze i
zdobywali nowe doświadczenia, biedny Matez mocował się z wykopaniem grobu dla
dziada. Chciał również odprawić nad jego mogiłą Rosz Haszana, Hanuka albo
przynajmniej Bar Micwę. Dziad co prawda zadał sobie śmierć by go zaszantażować,
ale jego żydowskie sumienie, nie pozwalało zostawić dziada bez pochówku.
-Jestem jak Antygona- myślał Matez mozolnie kopiąc grób. Wtem!
Zobaczył z daleka zbliżającego się quada, na którym jak się okazało, siedzieli
jego przyjaciele.
-Szaloom- krzyknął Matez,
-o! Cześć Matez- Dolinkowie mieli nieco niewyraźne miny- co
tu robisz?
-Teraz kopię grób dla tego samobójcy ale poza tym to szukam
wyjścia. A Wy? Skąd jedziecie? Widzieliście po drodze Minię?
-Nie- odpowiedzieli zgodnie- nie widziliśmy.
-Matez- rzekła Aśka z miną jakby jej ktoś dziadka otruł- daj
spokój z tym dziadem i wsiadaj na błotnik. Wywieziemy Cię stąd, tu nie jest
bezpiecznie dla takich osesków jak Ty.
Matez pokiwał smutno głową, wsiadł na quada i ruszył z
przyjaciółmi ku zachodzącemu słońcu.