czwartek, 12 lutego 2015

Odcinek 22

Monica chwilę popłakała, ale zaraz podniosła swe oczęta. Nie była typem ofiary losu, wręcz przeciwnie, starała się być katem. Podumała jeszcze chwilę nad swoim położeniem. O ile z pomocą obrączki na palcu mogła określić, która strona jest lewa to zidentyfikowanie lipy graniczyło z cudem. Doszła jednak do wniosku, że pójdzie po prostu w lewo…przecież prędzej czy później musi trafić do jakiegoś wyjścia (o ile dziadyga mówił prawdę). Szła dosyć raźno gdyż sukces intelektualny, jakiego doznała poprzez rozwiązanie zagadki leśnego sfinksa, dostarczył jej niemałej satysfakcji.
-Po raz kolejny mój piękny umysł wyratował mnie z opresji- myślała przedzierając się przez leśne knieje. Wtem, jej oczom ukazała się rzeka. Mógł to być równie dobrze leśny strumyk , ale dla Monici nie miało to znaczenia. Zastanawiała się gorączkowo przez chwilę czy w leśnej rzece mogą być krokodyle i piranie ale nic nie przyszło jej do głowy. Wtedy właśnie usłyszała ten dźwięk. Powoli odwróciła się w stronę, z której dochodził. Na leśnej polance, nieopodal miejsca gdzie stała, wśród jakiegoś niezidentyfikowanego kwiecia , stała dziwna, owłosiona świnia z kłami. Monica widziała jednak, że to nie świnia. Stwór nie mówił nic, a więc nie była to też Minia. Oto spełniał się jej najgorszy sen. Krew odpłynęła jej z twarzy w nieznanym kierunku a jej miejsca w żyłach i naczyniach włosowatych naszej bohaterki zajął lód. Serce Monici zaczęło bić tak szybko, że nie wiedziała już czy to jej serce czy ktoś stoi obok i uderza w bęben . A propo bębna…w brzuchu poczuła zaciskający się supeł strachu. Stała jak skamieniała nie wiedząc co zrobić i co myśleć.  Ściskała w dłoni puszkę z gazem pieprzowym ale nie wiedziała czy lepiej jej użyć czy też zaniechać by nie rozwścieczać bestii. Dzik (bo to był dzik drogi czytelniku) patrzył na tę grubawą istotę przebierając z wolna tylnymi raciczkami. Bez wątpienia szykował się do ataku. Monica nie zastanawiała się dłużej. Instynkt przetrwania haczykowatonosych przodków podpowiedział jej co robić. Rozpyliła gaz między sobą a dzikiem i rzuciła się ku rzece. Wbiegła w zimną toń niczym szekspirowska Ofelia. Nie powstrzymał jej ani nurt ani prawa fizyki i ani się obejrzała a była na drugim brzegu. Dzika po drugiej stronie już nie było. Nie wiedziała czy uciekł czy może zanurkował by do niej dopłynąć więc nie tracąc czasu, rzuciła się pędem w las.
W czasie gdy Monica toczyła walkę swojego życia, Dzianni siedział na kamieniu przy brzegu tej samej rzeki i kończył  tworzyć projekt  barki, która miała go przewieźć na drugi brzeg. Dzianni był bardzo zniesmaczony warunkami, w których przyszło mu pracować i brakiem higieny w lesie, ale z drugiej strony, brud przypominał mu skąd pochodzi. Dzianni ukończył dumnie swój projekt i począł przeglądać listę rzeczy niezbędnych do jego wykonania.
- Taśma poliprenowa, lutownica, alumnium, drewno…- mruczał sam do siebie- ok, mam wszystko w kieszeni.
Nasz cygański bohater przystąpił żwawo do pracy gdy nagle usłyszał jakichś dźwięk. Rozejrzał się w około, ale niczego nie dostrzegł. Po chwili dźwięk się powtórzył. Była to jakby rozmowa kilku osób. Pomyślał, że jego przyjaciele się już spotkali i przez chwilę wahał czy do nich dołączyć, ale zdecydował się iść głosem sumienia a nie serca i podążył ku nim. Ale im bardziej zbliżał się do źródła hałasu tym był bardziej zdziwiony gdyż głosy nie przypominały dobrze mu znanych głosików przyjaciół a tym bardziej basowego głosu żony.  Dzianni przestraszył się nieco i w oczach błysnęły mu łzy, ale ciekawość okazała się silniejsza. Lata życia w taborze zaprocentowały i zaczął skradać się w stronę źródła dźwięku niczym leśna puma. Wychylił się ostrożnie zza krzaczka i dostrzegł przedziwną scenę. Na środku leśnej polany siedziała grupka ludzi ubranych w ubrania z olbrzymim napisem Tesco. Na środku stał mężczyzna, który jak się zdaje przemawiał do zebranych.
-Nasza krucjata- rzekł mężczyzna- nie skończyła się, a wręcz jest dopiero na starcie. Robicie za mało! Wciąż za mało. Bezczelni mięsożercy śmieją się nam w twarz a Wy co? Jesteście nieudolni i głup! Powtarzam: głupi!!!
Ludzie dookoła spuścili głowy.
-O chuj im chodzi- myślał Dzianni- mięsożercy? Może mówi o lwach? Ale czy lwy się smieją?
Tymczasem mężczyzna kontynuował swoje mobilizujące wystąpienie.
-Dziś, swoim świadectwem podzieli się z nami stara wyjadaczka naszej sekty. Posłuchajcie Halinki i posypcie głowy ziemią.
- A nie popiołem?- spytał przytomnie jeden ze zgromadzonych.
- A w ryj chcesz?-zripostował prowadzący- chcesz sypać głowę czymś co powstało z twojego brata drzewa? Myśli, że to drzewo nie czuło jak było palone? Otóż czuło ty szujo!
Wtem na środek polanki wyszła ni mniej ni więcej….Halina! Dzianni oniemiał. Pamiętał te lubieżne spojrzenia i pocałunki niby przypadkiem. Zdjął go strach ale bał się poruszyć, gdyż wiedział, że Halina ma wzrok jak sokół a refleks jak kot. A nie, jednak nie. Jest prawie ślepa i rusza się jak mucha  w smole. Ale mimo wszystko Dzianni postanowił zostać i zobaczyć co ciekawego ma do powiedzenia Haliczenka.
Halina wyszła powoli na środek, uniosła swą głowę i rozpoczęła śpiewnym, włodawskim akcentem.
- Wiiiiiitajcieeeeeee. Jaaaa ooostaaatnioo …-zaczęła Halina, ale prowadzący przerwał jej.
-Dobra dobra Halinka, to ja im streszczę. Halinka chciała zabić dwoje zajadłych mięsożerców, ale nie udało jej się. Za to w skutek podświadomej perswazji, zdołała przekonać swoją niedoszła ofiarę do tego by ta została wegetarianką. Na razie jeszcze niejaka Pulpecja błądzi po manowcach zjadania swoich braci roślin, ale mam nadzieję, że już niebawem przyłączy się do nas i zostanie aertarianką, czyli jedzącą powietrze.
Halinę nagrodzono wielkimi brawami, które odbiły się echem po całym lesie. Prowadzący chciał kontynuować swój monolog gdy nagle, wielki dzik wpadł z impetem na polankę. Biegał jak szalony trącając kłami i racicami zebranych sekciarzy.  Dzik zachowywał się jakby był ślepy lub czymś mocno rozdrażniony. Prowadzący stał na swoim miejscu i krzyczał do braci w wierze:
- Spokojnie!! To tylko nasz brat, zobaczcie! Podam mu teraz rękę jak brat bratu- wrzeszczał prowadzący jak opętany dopóki kieł rozszalałego dzika nie przebił jego łydek. Dzianni tymczasem nie zastanawiał się długo. Wbiegł w środek tumultu chcąc wyratować dawną przyjaciółkę. Zapomniał o urazach i strachu. Biegł, przykucał, turlał się wśród krzyków, kurzawy z ziemi , krwi i trzasków łamanych kości. Wreszcie udało mu się dotrzeć do nieprzytomnej Halinki. Chwycił ją za odnóża i zaczął wycofywać się z pola bitwy. Wiedział, że musi być twardy i chociaż łzy lały się mu strumieniami to nie zaprzestał swych heroicznych prób do momentu gdy wraz z Halincią znalazł się na brzegu rzeki. Na polanie wciąż trwała wojna. Wiedział, że jego barka nie wytrzyma ciężaru dwóch osób, więc postąpił tak, jak postąpiłby każdy mężczyzna na jego miejscu (każdy cygański mężczyzna). Wsiadł na barkę a Halinkę przywiązał za szyję do barki i popłynął ku drugiemu brzegowi, na którym czekało ocalenie.
Minia tymczasem błądziła po leśnych ostępach. Z wolna docierało do niej, że powinna była jednak zapytać dziada o drogę, tym bardziej, że nie mogła zadzwonić do swojego wszechwiedzącego ojca. Na dodatek dziad miał rację, nie było nigdzie kościoła, do którego mogłaby wstąpić i zapytać boga o radę. Szła więc nadal ścieżką modląc się w duchu, mimo iż zdawała sobie sprawę, że takie modlitwy można o kant dupy potłuc bo bóg słucha tylko w kościele. Wtem usłyszała jakiś warkot i zobaczyła w oddali quada z dwiema osobami.
-Ocalenie-pomyślała Minia a za chwilę poczuła napływ szalonej radości, gdy zobaczyła, że na quadzie siedzą Adam i Joanna Dolinkowie. Minia wiedziała, że Dolinkowie kochają ją jak siostrę a nawet bardziej.
-Cześć-zakrzyknęła.
Dolinkowie siedzieli na quadzie jak dwa posągi buddy a ich twarzy nie rozjaśnił nawet najmniejszy uśmieszek.
-Cześć Minia- wymruczała Aśka- co tu robisz? My sobie urządziliśmy przejażdżkę na quadzie, ale jest tylko dwuosobowy.
-Ja też mam quada- przytaknęła wesoło Minia- ale mój jest ładny i lepiej jeździ.
Dolinkowie, jak na komendę, wzięli głęboki oddech i powoli wypuścili powietrze z płuc.
-A gdzie Matez?-spytał Adam.
- A nie wiem, rozdzieliliśmy się żeby zrobić na złość tej idiotce Monice.
- A więc Mateza nie ma tutaj z Tobą?-upewnił się Adam.
- No jak widzisz Adamie, nie stoi obok- zaśmiała się Minia.
Dolinkowie spojrzeli na siebie i odjechali tak szybko, że Minia musiała uskoczyć by nie zostać przejechana.
-A więc to tak- pomyślała Minia- nie lubią Mateza do tego stopnia, że jak się dowiedzieli, że jest gdzieś w tym lesie to odjechali szybko nie bacząc nawet na miłość do mnie.
Minia postała chwilę na leśnym trakcie i już miała ruszać dalej gdy usłyszała kolejny hałas i zobaczyła w oddali grupę obdartusów, którzy uciekali przed dzikiem wrzeszcząc i płacząc. Grupa zbliżała się szybko w jej kierunku, ale Minia nie była w ciemię bita i wiedziała, że dziki reagują przeważnie na ruch.  Stanęła więc jak słup soli i pozwoliła przedziwnej grupie się wyminąć. Dzik pobiegł za swoimi ofiarami a Minia uznała, że pójdzie  tam, skąd grupa wybiegała.
 Geralt już od jakiejś godziny błądził po leśnych odmętach.  Do tej pory krew w nim kipiała na wspomnienie bezczelności dziada. Gdzieś po drodze zgubił empetrójkę z nagraniami Cygadytki i już nic nie trzymało go na tej ziemi. Szedł jednak przed siebie wiedziony jakimś pierwotnym instynktem przetrwania. Musiał przyznać sam przed sobą, że bał się coraz bardziej. Zewsząd dobiegały go przedziwne odgłosy krzyków i pisków. Nie wiedział czy to przypadkiem jakieś leśne plemiona nie porwały jego towarzyszy ale w zasadzie było mu to obojętne.  Nienawidził ich wszystkich co do jednego. Może jedynie Dzianni budził w nim dziwną tkliwość, ale poza tym jego uczucia były jasno określone. Szedł spokojnie gdy nagle, tuż przed nim, wyskoczyła jak Filip z konopii…Wulweu! Ubrana była w strój moro i miała małą słuchawkę oraz aparat.
-Co ty tu robisz Wuli?-zakrzyknął Geralt.
-Śledzę Cię- odpowiedziała Wule, ale zaraz szybko spoliczkowała się i dodała- to znaczy zbieram grzyby.
-Tutaj zbierasz grzyby? 150 km od Warszawy?- pytał chytrze Geralt. Wiedział, że Wuli kłamie. Już dawno odkrył jej jogurtową maszynę do podsłuchu, ale nie chciał się ujawnić. Wulewu zbierała informacje dla Kiczencji Paszczak. Geralt, dzięki swym znajomościom, wiedział, że ma założoną teczkę w archiwum Kiczencji.
- No tak…bo tutaj jest sporo grzybów- powiedziała Wuli ale za chwilę znów się spoliczkowała- głupia Wuli, niedobra Wuli. Chciałam powiedzieć, że zbieram jagody.
- Dobra Wulewu- Geraltowi znudziły się gierki Wuli- nie wiem ile płaci ci Kiczencja, ale dam dwa razy tyle. Musisz mi pomóc usadzić kogoś.
Wulewu z wrażenia zapomniała zaprzeczyć.
-Kogo?-spytała z tępym wyrazem twarzy- chcę wszystko wiedzieć! Wszystko!
- Ok Wuli, wiem, że nie masz kilka wspólnych cech z psem, na przykład wierność i zapach. Dlatego zaangażuję cię do mojej misji.
-Dzieki Geruś- zarumieniła się na te komplementy Wulewu, ale zaraz spytała chytrze- ale co ja będę z tego miała?
- Nie wyjebię Cię z pracy- odrzekł Geralt z miną srającego kota.
- Super!- wrzasnęła Wulewu ale za chwilę spoliczkowała się po raz trzeci – ale jak to? Przecież ty nie możesz mnie wyjebać.
- Jeszcze nie. Ale wiesz o tym, że nie długo będzie konkurs na kierownika. Szanse mają trzy osoby: ja, Pulpa i Ana.
- A ja?- spytała Wuli
-Ty nie, bo śmierdzisz.
-Aha.
- Słuchaj dalej. Chodzi o to, żeby przekonać kierowniczkę i dyra, że te dwie dziwki się nie nadają. I ty musisz mi w tym pomóc. To jest w twoim interesie Wuli, bo nie ma wątpliwości, że jak któraś z nich dorwie się do władzy do wyjebią cię na zbity pysk.
-Ale dlaczego?-dziwiła się naiwnie Wulewu.
-Eee- zawahał się Geralt- bo zazdroszczą Ci ubrań.
- A to możliwe Geruś- zgodziła się Wule- ostatnio Pulpa pytała czy nie za gorąco mi w tym moim poliestrze.
- Otóż to. Olej Kiczencję i trzymaj ze mną. Powiem Ci więcej Wule…nie tylko nie stracisz pracy. Jak ja zostanę kierownikiem…to wydam zarządzenie, żeby informowano cię o wszystkim co dzieje się w sądzie i żeby każdy wydział musiał pisać dla ciebie streszczenia akt.
-Bożesz! Geruś! Kocham Cię!- piszczała Wulewu w ekstazie.
- Ok. Powiedziałbym, żebyś się nie posikała z radości, ale widzę, że już za późno na te rady- rzekł z niesmakiem Geralt- wyprowadź mnie teraz  z lasu a wszystko ci wytłumaczę.

W czasie gdy nasi bohaterowie nawiązywali nowe sojusze i zdobywali nowe doświadczenia, biedny Matez mocował się z wykopaniem grobu dla dziada. Chciał również odprawić nad jego mogiłą Rosz Haszana, Hanuka albo przynajmniej Bar Micwę. Dziad co prawda zadał sobie śmierć by go zaszantażować, ale jego żydowskie sumienie, nie pozwalało zostawić dziada bez pochówku.
-Jestem jak Antygona- myślał Matez mozolnie kopiąc grób. Wtem! Zobaczył z daleka zbliżającego się quada, na którym jak się okazało, siedzieli jego przyjaciele.
-Szaloom- krzyknął Matez,
-o! Cześć Matez- Dolinkowie mieli nieco niewyraźne miny- co tu robisz?
-Teraz kopię grób dla tego samobójcy ale poza tym to szukam wyjścia. A Wy? Skąd jedziecie? Widzieliście po drodze Minię?
-Nie- odpowiedzieli zgodnie- nie widziliśmy.
-Matez- rzekła Aśka z miną jakby jej ktoś dziadka otruł- daj spokój z tym dziadem i wsiadaj na błotnik. Wywieziemy Cię stąd, tu nie jest bezpiecznie dla takich osesków jak Ty.

Matez pokiwał smutno głową, wsiadł na quada i ruszył z przyjaciółmi ku zachodzącemu słońcu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz