Monika szła wolno ociekając wodą. Do tej pory drżała na wspomnienie walki o życie, którą stoczyła. Nagle, zza drzew wyłonił się nikt inny jak Dzianni a zaraz za nim szła radosna Minia, zaś obok niej Geralt z jakąś dziwną, odzianą w moro istotą. Przyjaciele padli sobie w ramiona ciesząc się, że wyszło cało z opresji.
-A gdzie Matez?-spytała nagle Monika, która zawsze miała w myślach wspaniałego Mateza.
- Nie wiem-odrzekła poważanie Minia-ale myślę, że o Mateza nie musimy się martwić, da sobie radę, nie jest Tobą.
-Co masz na myśli?-spytała Monika marszcząc czoło. Lecz Dzianni ubiegł replikę Minii i oznajmiając radosną nowinę.
-Uratowałem Halinę z dziczego pogromu!
-Halinę?!-krzyknęli jednocześnie przyjaciele.
-Co ona tu robi?-zawołał zdziwiony Geralt.
-I gdzie jest teraz-dodała Minia,
-No własnie nie wiem, bo odczepiła mi się jak ją holowałem do brzegu-stropił się Dzianni.
-Dobra, dosyć tych pogaduszek- skwitował Geralt, któremu odnalezienie Haliny było nie w smak- idziemy, moja przyjaciółka Wulewu wyprowadzi nas z tych kniei.
Wszyscy ruszyli za dziwną przyjaciółką Geralta z ulgą. Przedzierali się jeszcze chwilę przez gęsty busz, gdy nagle poczuli pod stopani stabilny grunt wybrukowanego chodnika a ich oczom ukazał się znajome szyldy Astoria i KFC. Samochody spokojne przejeżdżały alejami racławickimi, a ludzie niespiesznie zmierzali w znanym tylko sobie kierunku.
-Byliśmy w saskim?!-ryknął wściekle Geralt.
Przyjaciele spuścili głowy i rozeszli się do swych domów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz