środa, 28 maja 2014

Majóweczka



Ore Ore podążali swym mechanicznym rumakiem w kierunku wschodnich rubieży. Matez zaprosił ich do swej letniej rezydencji. Dzianni pewnie trzymał kierownicę pokonując kolejne kilometry a Monica wiła się na przednim siedzeniu poprawiając swój nieskazitelny makijaż. Nie było jej wygodnie siedzieć w samochodzie  w balowej sukni na kole, ale czego się nie robi żeby zrobić wrażenie. Dzianni również co chwilę poprawiał żabot swej wizytowej koszuli i prostował kark uginający się pod pozłacanym łańcuchem.
-Dobrze, że Geralt nie jedzie- stwierdziła Monica z mściwą satysfakcją.
-Dlaczego właściwie? Lubię go- posmutniał Dzianni.
- Oj weź przestań, nikt nie lubi tej mendy. Kumplujemy się z nim tylko z powodu znajomości w sądzie.
-Kto tam jeszcze będzie?-spytał Dzianni
-Jacyś znajomi tej-dziwki-której-dałam-swoje-buty. Nie wiem dokładnie kto to, ale to biznesmeni, więc wiesz, nie wyskocz z czymś- strofowała męża Monica.
- Z czym na przykład?- zastanowił się jak zawsze prostolinijny Dzianni.
-No wiesz, powiemy im, że my też prowadzimy firmę.Poczyniłam nawet pewne przygotowania- uśmiechnęła się chytrze Monica- założyłam profil naszej firmy na pejsie.
-Ale Monica, my  nie mamy firmy- Dzianni się nie posiadał ze zdumienia.
-Jak dziecko, jak dziecko-pokręciła głową Monica- twoja matka handluje patelniami na targu?Handluje. Twój ojciec sprzedaje kradzione koce?Sprzedaje. A więc nie tylko mamy firmę ale należymy od pokoleń do klasy biznesowej.
-Ja należę- uściślił złośliwie Dzianni. Lubił czasem przypominać Monice, że dopiero weszła do jego rodziny i dopóki nie urodzi 10-tego syna, nie będzie mogła być pełnoprawnym członkiem.
Monica posmutniała, ale popatrzyła na swoje oczy w lusterku i natychmiast poprawił się jej humor. Przymknęła swe czarowne powieki i oddała się rozmyślaniom o ostatnich świętach wielkanocnych podczas których wreszcie miała przyjemność zasiąść przy rodzinnymi ognisku Ore Ore. Co prawda siedziała troszkę dalej niż pełnoprawni członkowie, ale była wystarczająco zadowolona. No może siedziała więcej niż troszkę dalej. No dobra, siedziała przy innym ognisku  ale i tak była zadowolona. Wiedziała, że musi minąć trochę czasu zanim ją w pełni zaakceptują.
-Gdzie to kurwa jest- wyrwał ją z rozmyślań głos męża- jedziemy i jedziemy a madzia coraz bardziej zakurzona.
- Jeszcze trochę, Dżipies mówi, że jeszcze 30 km.
- Ech- westchnął Dzianni- dżi-pi--es...dziadek nie potrzebował takich wynalazków. Wsiadało się do taboru i jechało gdzie poniosła fantazja...dziś prawdziwych cyganów już nie ma....pełna miska i radiopoemat zamiast płaczu co zrywał się z płuc...
-Zamknij ryj i patrz na drogę.

Po kilkunastu minutach jazdy Ore Ore zajechali z animuszem pod hacjendę Mateza. Matez wraz z gośćmi jedli właśnie wyborną jajecznicą z przepiórek z truflowym  pire. Obok Mateza siedziała naburmuszona Minia, która wyglądała jakby przed chwilą przywiązywała krowom kołki do szyi. Na przeciw nich siedzieli Myszewscy: Jerry j jego żona Mouse. Obok Chudy- kolega Jerrego, który swą ksywkę miał z powodu swej zatrważającej chudości.  Monica patrzyła na niego z zazdrością ale jednocześnie uśmiechnęła się pod wąsem. Obie kobiety wyglądały przy niej jakby przyjechały na kemping do wiejskiej chatki. Nie dziw się więc drogi czytelniku, że obie czmychnęły czym prędzej na salony by doprowadzić do porządku swoje mordy i włosy.
Hacjenda Mateza była okazała i przepiękna. Ogromna działka ogrodzona kutą bramą  z kamiennymi lwami na kolumnach. Trawa była równiutko przystrzyżona przez ogrodnika Alojzego a wszędzie rosły okazałe kwiaty. Sam dom zbudowany był w stylu bardzo wczesnokolonialnym i składał się z kliku sypialni i kuchni. Łaźnie, zgodnie z najnowszymi trendami, znajdowały się poza domem. Niebyt spodobało się to Dzianniemu, jako królewski syn nawykł do wygód. Po skończonym śniadaniu, Matez zdecydował, że pokaże gościom okolice, która zaiste była przepiękna. Jednak Monicę i Dzianniego najbardziej zachwyciły tanie lody, wzięli sobie po 10 gałek i ku zdziwieniu reszty, kupili jeszcze 50 z zamiarem sprzedania ich dwie ulice dalej. Wieczorem wczasowiczów czekała niespodzianka. Odwiedzili ich rodzice Mateza: baron i baronessa przywożąc ze sobą swojego  małego pupilka: suczkę rasy york o wdzięcznym imieniu Dżu.  Monica zmywała w tym czasie naczynia pomstując na służącą, którą zabrało pogotowie z powodu obciętych palców. Baronessa weszła do kuchni a ujrzawszy Monicę przy zlewie zakrzyknęła:
-Wypierdalaj mi z kuchni, ja pozmywam!
Monica ucieszona pobiegła do mężczyzn, którzy raczyli się w tym czasie wybornym bimbrem. Myszewscy byli przedsiębiorcami pełną gębą. Hodowali koniki polne w liczbie 3000 sztuk.Monica patrzyła na nich z nieskrywaną zazdrością.
- Muszę schudnąć- stwierdził Jerry- jak tak dalej pójdzie to nie zmieszczę się do naszej limuzyny.
- Nie jesteś taki gruby wcale- pocieszyła go uprzejmie Monica.
- No w porównaniu z Tobą na pewno nie!- zarechotała Minia.
- A Wy czym się zajmujecie?- Myszewscy spojrzeli pytającą na Ore ore starając się zmienić niewygodny temat- podobno też macie firmę.
-Tak- odpowiedziała pewnie Monica- mamy firmę, zajmujemy się handlem i sprzedażą.
- Handel i sprzedaż to jest to samo- jak zawsze wymądrzał się Matez.
- A co sprzedajecie?- zainteresowała się Mouse Myszewska.
- Yyy- Dzianni popatrzył skonfundowany na żonę- sprzedajemy...
- Artykuły ślubne- wypaliła Monica.
Minia drgnęła. Ślubne tematy wytrącały ją lekko z równowagi. Poszła do kuchni, gdzie baronessa zmywała naczynia starając się głęboko oddychać.
-Minia- rzekła mama Mateza- podaj mi tę białą ścierkę.
- Białą?!!!!- ryknęła Minia tak głośno, że wszyscy zbiegli się do kuchni przestraszeni- białą???!!!!! A kiedy ja się ubiorę na biało co??? No co się gapisz jebana szmato!!!Kiedy twój skurwysyński synalek poprosi mnie o rękę co!!!
Minia wrzeszczała coraz głośniej co przestraszyło również Dżu, którą rozszczekała się jak szalona. Piana ciekła jej z pyska, oczy ciskały gromy a przekrwione ślipia zdawały się hipnotyzować. Dżu nie wyglądała lepiej. Matez obezwładnił Minię i wyniósł ją z kuchni.
- Minia jest nieco nerwowa- stwierdziła Baronessa głaszcząc i uspokajając Dżu.
CDN


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz