piątek, 28 marca 2014

Odcinek 17



Geralt z daleka zobaczył nadjeżdżającego polskiego busa. Pojazd wtoczył się na odrapany przystanek i zatrzymał. Geralt spoglądał z napięciem aż wreszcie drzwi się otworzyły. Najpierw, jak z procy, wyskoczył młody chłopak. Był wyraźnie wzburzony czemu wyraz dał gwałtownie odwracając się i krzycząc do kogoś w autobusie:
-Następnym razem jak zaśniesz to nie ślin się na mnie wariatko!!!- następnie chłopak chyżo pobiegł w stronę zabudowań dworca.
Przez chwilę z autobusu nikt nie wysiadał po czym nagle wyleciała z niego torba podróżna, a po niej następna. Zaraz po nich na ziemi wylądowała kolejna torba, w której zachrobotało coś jakby szkło. Wreszcie z busa wyskoczył Dzianni   dzierżąc w ręku wielką torbę z dumnym logo Biedronki. Zaraz zanim, sapiąc i ocierając ślinę, wytoczyła się Monica w taką samą torbą. Przedstawiali oboje dosyć niespotykany widok, nawet na tle pozostałych, tłumnie przybywających do stolicy, wieśniaków. Dzianni miał na sobie sportową bluzę z 5 paskami na rękawach, czarne dresy Ambro i niebieskie pantofle z wielkim napisem Dolcze&Guana. Włosy jak zawsze sowicie potraktował Taftem Zajebisty LOOK. Monica niestety znów ubrała się w legginsy, do tego buty sportowe z napisem Puma Najki Addidas. Miała na sobie także cekinową tunikę i czarną, futrzaną kamizelkę a oprócz siatki z biedronki, małą złotą torebeczkę. Po wyjściu z autobusu oboje stanęli jak wryci z rozdziawionymi buziami rozglądając się dookoła. Samochody, bloki, mnóstwo ludzi…to wszystko zadziwiało i onieśmielało zarazem naszą uroczą parkę. Geralt widząc ich reakcję uśmiechnął się pod nosem. Sam mieszkał w stolicy już od pół roku i uważał się za rodowitego warszawiaka, a że jego siostra mieszkała tutaj już od kilku lat to wszystkim mówił, że jego rodzina mieszka w Warszawie od pokoleń.
-Cześć- zakrzyknął w stronę oszołomionych przybyszów. Odwrócili się w stronę Garalta z otwartymi ustami, ale po chwili doszli do siebie.
-Cześć- wyjąkała Monica- nie uprzedzałeś, że takie wszystko duże tutaj.
-Tu się pewnie żyje jak w raju- cmoknął Dzianni- no niech tylko co setna osoba wrzuci do puszki to przecież już masz wyżebrane kokosy! Geralt, dlaczego Ty nie zaczniesz żebrać?!- nie mógł się nadziwić Dzianni.
- Chodźcie, pójdziemy najpierw na brekfast – zaordynował Geralt pewnym siebie tonem-a potem pokaże wam wieśniaki co nieco.
Geralt zaprowadził swych gości do jednego z  barów mlecznych, których w okolicach dworca było mnóstwo. Wieśniacy przyjeżdżający do stolicy lubili zajść do baru i wypić herbatę. Na więcej sobie nie pozwalali, nie po to przecież wieźli bigos w słoiku żeby wydać pieniądze na jakieś miastowe jedzenie. Usiedli we trójkę przy stoliku.
-Co zamawiacie?- spytał Geralt
Monica patrzy ze zmarszczonymi brwiami na tablicę z wywieszonym menu. Ceny były powalające…głupie kopytka kosztowały 8 zł.
-Niezbyt tu tanio- zaczęła niepewnie.
- To Warszawa, czego się spodziewałaś- zakpił Geralt- ale myślę, że na małe szaleństwo możecie sobie pozwolić.
- W sumie..to ja chyba chcę herbatę tylko. Dzianni też. A Ty co zamówisz?
- Ja naleśniki z dżemem, to co zwykle- powiedział Geralt z nieskrywaną dumą.
Ore Ore pokiwali głowami z szacunkiem i zarazem zazdrością. Tak, Geralt był już wielkomiejskim cwaniakiem bez dwóch zdań. Elegancki blezer, mokasyny i fryzura a’la czeski piłkarz z podgolonymi bokami mówiły same za siebie. Ore Ore dostali zamówioną herbatę i bez krępacji zaczęli wyciągać ze swoich przepastnych siatek pierożki i szynkę. Niestety zwróciło to uwagę pani Zosi, która była w owym barze kucharką, sprzątaczką, kelnerką i menadżerem.
-A co tutaj robią? Tutaj nie można jeść swoich pierogów! Jak chcą jeść swoją szynkie to niech idą gdzie indziej!
Monica zatrzęsła się z oburzenia. Bezczelność obsługi sklepów i innych lokali doprowadzała ją do szału. Na szczęście Geralt dokończył szybko swoje naleśniki i pociągnął Ore Ore do drzwi. Rozpoczęli spacer po stolicy. Dzianni biegał po ulicy i witał się z żebrającymi ziomkami a ich radosne łełe rozbrzmiewało po całej ulicy. Monica z kolei non stop robiła zdjęcia dosłownie  wszystkim  i wszystkiemu: budynki, kosze na śmieci, murzyni, sklepy…
-Jak nie wstawię zdjęć na pejsa nikt nam nie uwierzy, że byliśmy w stolicy!- krzyczała zaaferowana. Nagle dojrzała jakąś murzynę.
-E, ty, foto ze mną, ok?- zaczęła na migi pokazywać kobiecie jakie ma względem niej zamiary.
- Chce pani sobie zrobić zdjęcie ze mną?- spytała uprzejmie murzyna.
Monica stanęła jak wryta.
-Dzianni!- wrzasnęła w stronę męża- to mówi!!!
Geralt zasłonił twarz dłońmi i zabrał swych przyjaciół dokładnie w chwili gdy próbowali założyć murzynie smycz na szyję. Następnym punktem ich wycieczki miało być ZOO, ale tuż przed wejściem Monica stanęła okoniem.
- A co jeśli dzik ucieknie z klatki?- spytała z obawą.
- Dzików się boisz?-zirytował się Dzianni- a lwy, lamparty i tygrysy?
-Przecież one nie zjadają ludzi- odpowiedziała Monica z wyjątkowo tępym wyrazem twarzy,
Wizyta w ZOO przebiegła spokojnie ale tylko dlatego, że Geraltowi udało się zapchnąć Ore Ore za pomocą gofrów i lodów dzięki czemu zwiedzali niemal w milczeniu.
Geralt miał przygotowaną niespodziankę dla swych przyjaciół. Była to wizyta na stadionie narodowym. Dla Dzianniego miała to być także wycieczka sentymentalna do miejsca gdzie niegdyś jego współplemieńcy oddawali się nieskrępowanemu i nieopodatkowanemu handlowi a także prowadzili liczne boje z konkurencją w postaci Wietnamczyków i pozostałych Chińczyków. Spacerowali po stadionie podtrzymując Dzianniego, który walczył ze łzami wzruszenia.
-O tutaj ciotka Papusza sprzedawała patelnie- łkał. Dzianni  był dumny ze swej słynnej cioteczki, która jako jedna z nielicznych cyganów nauczyła się nie tylko pisać i sylabizować, ale także układała proste rymowanki przez co okrzyknięto ją cygańską poetką. Dzianni był zdruzgotany tym w jaki sposób zniszczono to miejsce odwiecznego handlu i świątynię cygaństwa.
W planie wycieczki było także zwiedzanie szatni piłkarzy. Dzianni i Monica przymierzali się do zrobienia zdjęcia na tle koszuli Lewandowskiego, ale była okupowana przez żądną sławy na pejsbuku swołocz.Wreszcie udało się Ore Ore klapnąć na miejscu Lewandowskiego. Co prawda siedziała tam już jakaś mała dziewczyna, ale krótkie "wypierdalaj suko", które  Monica syknęła w jej stronę wystarczyło by dziecko rzuciło się z płaczem w objęcia zszokowanej matki. Wycieczka ruszyła dalej.

 Nagle Geralt spostrzegł coś pomiędzy stadionowymi krzesełkami, na których posadzili Dzianniego by odpoczął po tej dawce wzruszeń. To był portfel. Zajrzeli do środka. W portfelu znajdowało się 85 zł i legitymacja szkolna na nazwisko Dżessika Kowalska. Była też karteczka: W wypadku odnalezienia odesłać na adres podany na legitymacji.
- Chyba trzeba to oddać- zaczął niepewnie Geralt.
-Ale komu? Przecież my nie znamy tej Dżessiki to jak chcesz oddać?- krzyknął Dzianni, któremu z wrażenia obeschły łzy.
- Dzianni ma rację- sapnęła Monica- nie znamy jej to jak mamy oddać.
- W sumie racja- zgodził się Geralt- tu jest napisane, że mieszka na Chopina 25/27 w WUM.
-My mieszkamy na Chopina 25/21 więc niestety, ale nie znamy jej.

-No to nie będziemy się wygłupiać-zarządził Geralt- chodźmy na naleśniki!
CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz