Dzianni z
dumą wbił ostatni gwóźdź szyldu. Zszedł z drabiny i odsunął się aby podziwiać
swoje dzieło. Monica stała nieopodal ze swoją nieodłączną, kwaśną miną. Biały
szyld ze złotym napisem wspaniale kontrastował z brązowymi drzwiami garażu. Dzianni Mechanic Enterprajses głosił dumnie napis.
-Na pewno tak dobrze?-powątpiewał Dzianni- może trzeba było
napisać po polsku...
Monica głęboko westchnęła przewracając oczami,
-Ile razy mam Ci tłumaczyć, że po angielsku jest bardziej
stylowo? Zastanów się Dzianni-przemawiała do męża jak do upartego dziecka-
gdzie wolałabyś ściąć włosy: w zakładzie Fryzjer u Grażyny czy w salonie
Grażyna Hairdresser?
Monica jak zawsze bezbłędnie uderzała w czułe punkty, a
włosy były niewątpliwie czułym punktem Dzianniego.
-No kurwa- zakrzyknął nasz cygan- do zakładu u Grażyny
nawet bym nie wszedł.
-No właśnie!-klasnęła w dłonie Monica- poza tym pamiętaj,
ja myślę a Ty robisz, ok?
-Moja mama mówi, że Ty nie myślisz.
Monica zacisnęła usta powstrzymując łkanie.
-Twoja mama, her cygan royal highness lubi mnie, ale
jeszcze o tym nie wie- wysyczała przez zaciśnięte zęby-lepiej wypoleruj szyld.
Dzianni z zapałem zabrał się do pracy. Wraz z Monicą,
uznali, że po kilku miesiącach zamiatania w serwisie samochodowym, cygan
posiadł wystarczającą wiedzę by otworzyć własny serwis. Co prawda wynajęcie
garażu było dosyć kosztowne i zmusiło nasza uroczą parkę do przeprowadzki do
piwnicy, ale te przeszkody były im niestraszne i z nadzieją patrzyli w
przyszłość. Tak, drogi czytelniku, nasze cygańsko-żydowskie małżeństwo nie
spoczywało na laurach. Od kiedy perfumiarski biznes rodziców Dzianniego upadł z
hukiem, cała rodzina utraciła jedyne źródło dochodu. Co prawda teściowie Monici
aż rwali się do pracy, ale niestety, prawo cygańskie było w tej kwestii
bezlitosne: handel, kradzież lub najbardziej cenione w brudnych cygańskich
kręgach: handel ukradzionymi rzeczami.
Tymczasem pod Dzianni Mechanic
Enterprajses zajechał pierwszy klient.
-Heej!-
zawołał wesoło Myszewski albowiem to był on. Myszewscy byli znajomymi Minii i
Mateza. Ore Ore nienawidzili ich, gdyż Myszewscy posiadali wszystko czego
Monica i Dzianni nie mieli: pieniądze, własną firmę, mieszkanie powyżej poziomu
gruntu a przede wszystkim samochód w złotym kolorze.-No cześć- zaskrzeczała Monica z przylepionym do twarzy sztucznym uśmiechem- zapraszamy, zapraszamy...
Myszewski zaparkował swą karocę na podjeździe a Dzianni czym prędzej przybrał mądrą minę i przystąpił do diagnozy. Monica tymczasem pobiegła do domu by przygotować poczęstunek dla pierwszego klienta. Niebawem pod zakład podjechał także Matez, który również pragnął zaoszczędzić na naprawach. Chociaż Minia przestrzegała swego narzeczonego przed ryzykiem korzystania z cygańskich usług, to wizja redukcji kosztów popchnęła Mateza do tego kroku. Panowie rozłożyli się pod wynajmowanym garażem a Monica donosiła specjały swojej kuchni. Gości i klienci zarazem raczyli się więc różową kawą, białą herbatą, zielonym kakao i innymi wymyślnymi (na pozór) potrawami. Matez znał Monicę jak zły szeląg i wiedział, że w rzeczywistości wszystko zostało w najlepszym przypadku kupione na promocji, w najgorszym wygrzebane ze śmietnika za marketem.
Monica jednak nie ustawała w wysiłkach realizacji swojej propagandy sukcesu.
-Pamiętaj- perorowała mężowi i każdemu kto chciał słuchać (czyli głównie mężowi)-sukces odnosisz dla innych a nie dla siebie! Sukces nie jest po to, żebyś ty się cieszył, ale żeby te dziwki pozdychały z zazdrości,
- Jakie dziwki?-pytał naiwnie Dzianni.
-Wszystkie !!-ryknęła jego charming princess- nawet gdybyśmy jedli chleb z pasztetem to...
-Przecież jemy chleb z pasztetem- zauważył trzeźwo cygan.
-No właśnie-przytaknęła Monica- a jak jutro Ciotek zapyta Cię na pejsie co jadłeś na kolację to co mu powiesz?
- Yy..że..no nie wiem- jąkał się brudny królewicz,
-Jezus marja- zirytowała się Monica- ile razy mam powtarzać! Na pasztet mówimy fła gra z bruszettą!
Tymczasem Monica stała więc pośród panów na podjeździe i niby przypadkiem, od niechcenia, snuła wizje bajkowego życia jakie wiodą.
-No i wiecie- zawodziła- chciałabym już pójść do pracy, ale nie wiem co wybrać! Przedszkola się wprost zabijają o to bym właśnie u nich była pomocą nauczyciela, szkoły chcą mnie na nauczyciela a kuratorium na dyrektora..nie wiem co wybrać..a co u Was Myszewski?
- Ech- westchnął zagadnięty- okazało się, że obok naszej fermy myszy jest ferma kotów...zjadły nasze myszy,,,musimy szukać innego biznesu.
Monica aż pisnęła próbując powstrzymać uśmiech satysfakcji,
-Ojej- westchnęła nieszczerze- na pocieszenie dodam, że nasz biznes rozwija się śpiewająco.
- W jaki sposób ma go to pocieszyć?-spytał zdziwiony Matez. Monica jednak nie była w ciemię bita i nie straciła fasonu.
- W taki, że może im też coś się w końcu uda. Tymczasem RIP dla waszych myszek. A co u Ciebie i Miniusi- zwróciła się do Mateza.
- Przeprowadzamy się do Warszawy-odrzekł beztrosko Matez robiąc tajemniczą minę.
Monica tak szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, że odpadła jej sztuczna rzęsa.
- Co? Jak to?
- Znalazłem pracę tam- odrzekł Matez przybierając tym razem chytrą minę.
- O..jak świetnie- wycedziła Monika hiperwentylując się jednocześnie by nie dopuścić do śmierci z zazdrości-to ja pójdę zrobić więcej kawy.
W mieszkaniu Monia rzuciła się na łóżko płacząc i klnąc na czym świat stoi. Po kilku godzinach uspokoiła się i podjęła ważką decyzję. Zasiadła do komputera by przeanalizować pewne dane, gdy zobaczyła w oknie swej piwnicy jakąś postać, która energicznie w to okno stukała. Monica poznała od razu Minię po głupim uśmiechu.
-Wypierdalaj!- wrzasnęła w stronę okna.
-Monica, otwórz, to ja- krzyknęła Minia,
-Wiem, że to Ty kołtunie!
Minia jednak nie odpuszczała, więc chcąc nie chcąc, Monica dźwignęła swe 90 kg by uchylić wrota. Minia weszła przez okno wejściowe.
-Chyba pomyliłaś mnie z Dziannim!- zachichotała.
-Tak- sapnęła ponuro Monica- pomyliłam Cię z Dziannim. W końcu dlaczego miałabym Cię nazywać kołtunem.
-No własnie- Minia śmiała się i dokazywała. Po chwili jednak rzuciła baczne spojrzenie na piwnicę Ore ore.
-Rzeczywiście chujowo tu macie- rzekła z właściwą sobie prostotą. Monica zaczerwieniła się, ale po chwili obie poszły doglądać naprawy,
-Dzianni- zagadnęła Minia- czemu tak długo to naprawiasz? My jesteśmy już spóźnieni! Poza tym nasz kotuś jest chory i musimy z nich do veta i w ogóle.
- Kotuś-prychnął Myszewski- a niech zdycha ten nadpobudliwy skurwysyn.
- Zaraz już będzie gotowe- krzyknął Dzianni.
- Dzianii- kontynuowała Minia- miałeś wymienić pokrowce tylko, czemu zdjąłeś maskę z przodu?
W tym momencie Matez trzasnął Minię w jej pusty łepek. Nie chciał by swym głupim gadaniem zirytowała cygana, a co gorsza Monicę. Zachowanie Minii irytowało go niejednokrotnie, ale wiedział, że musi ją znosić jeżeli chce mieć pretekst do kontaktu z Sebastiankiem. Ech Sebastianek...Matez odpłynął w świat marzeń, gdzie latali z Sebusiem na jednorożcach pijąc piwo i kąpiąc się nago na działce.
Późnym wieczorem, gdy Ore Ore odpoczywali w swej pieczarze, Monica oznajmiła mężowi radosną nowinę.
-Wyprowadzamy się do Warszawy,
- Ale jak to- załkał Dzianni- a mój zakład? a mój fryzjer?
- Dzianni, mechanik takiej klasy jak Ty może prowadzić warsztaty wszędzie, nawet w Warszawie. A fryzjera znajdziesz i tam.
- Ale dlaczego? Tak daleko od rodziców?
-Monica powstrzymała łzy na myśl, że straci kontakt z ukochanymi teściami.
- Siła wyższa, Oni nas wyprzedzają, rozumiesz? Nie możemy na to pozwolić.
-
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz