poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Dzianni z dumą wbił ostatni gwóźdź szyldu. Zszedł z drabiny i odsunął się aby podziwiać swoje dzieło. Monica stała nieopodal ze swoją nieodłączną, kwaśną miną. Biały szyld ze złotym napisem wspaniale kontrastował z brązowymi drzwiami garażu. Dzianni Mechanic Enterprajses głosił dumnie napis. 
-Na pewno tak dobrze?-powątpiewał Dzianni- może trzeba było napisać po polsku...
Monica głęboko westchnęła przewracając oczami,
-Ile razy mam Ci tłumaczyć, że po angielsku jest bardziej stylowo? Zastanów się Dzianni-przemawiała do męża jak do upartego dziecka- gdzie wolałabyś ściąć włosy: w zakładzie Fryzjer u Grażyny czy w salonie Grażyna Hairdresser? 
Monica jak zawsze bezbłędnie uderzała w czułe punkty, a włosy były niewątpliwie czułym punktem Dzianniego.
-No kurwa- zakrzyknął nasz cygan- do zakładu u Grażyny nawet bym nie wszedł.
-No właśnie!-klasnęła w dłonie Monica- poza tym pamiętaj, ja myślę a Ty robisz, ok?
-Moja mama mówi, że Ty nie myślisz. 
Monica zacisnęła usta powstrzymując łkanie.
-Twoja mama, her cygan royal highness lubi mnie, ale jeszcze o tym nie wie- wysyczała przez zaciśnięte zęby-lepiej wypoleruj szyld.
Dzianni z zapałem zabrał się do pracy. Wraz z Monicą, uznali, że po kilku miesiącach zamiatania w serwisie samochodowym, cygan posiadł wystarczającą wiedzę by otworzyć własny serwis. Co prawda wynajęcie garażu było dosyć kosztowne i zmusiło nasza uroczą parkę do przeprowadzki do piwnicy, ale te przeszkody były im niestraszne i z nadzieją patrzyli w przyszłość. Tak, drogi czytelniku, nasze cygańsko-żydowskie małżeństwo nie spoczywało na laurach. Od kiedy perfumiarski biznes rodziców Dzianniego upadł z hukiem, cała rodzina utraciła jedyne źródło dochodu. Co prawda teściowie Monici aż rwali się do pracy, ale niestety, prawo cygańskie było w tej kwestii bezlitosne: handel, kradzież lub najbardziej cenione w brudnych cygańskich kręgach: handel ukradzionymi rzeczami. 
Tymczasem pod Dzianni Mechanic Enterprajses zajechał pierwszy klient.
-Heej!- zawołał wesoło Myszewski albowiem to był on. Myszewscy byli znajomymi Minii i Mateza. Ore Ore nienawidzili ich, gdyż Myszewscy posiadali wszystko czego Monica i Dzianni nie mieli: pieniądze, własną firmę, mieszkanie powyżej poziomu gruntu a przede wszystkim samochód w złotym kolorze.

-No cześć- zaskrzeczała Monica z przylepionym do twarzy sztucznym uśmiechem- zapraszamy, zapraszamy...
Myszewski zaparkował swą karocę na podjeździe a Dzianni czym  prędzej przybrał mądrą minę i przystąpił do diagnozy. Monica tymczasem pobiegła do domu by przygotować poczęstunek dla pierwszego klienta. Niebawem pod zakład podjechał także Matez, który również pragnął zaoszczędzić na naprawach. Chociaż Minia przestrzegała swego narzeczonego przed ryzykiem korzystania z cygańskich usług, to wizja redukcji kosztów popchnęła Mateza do tego kroku. Panowie rozłożyli się pod wynajmowanym garażem a Monica donosiła specjały swojej kuchni. Gości i klienci zarazem raczyli się więc różową kawą, białą herbatą, zielonym kakao i innymi wymyślnymi (na pozór) potrawami. Matez znał Monicę jak zły szeląg i wiedział, że w rzeczywistości wszystko zostało w najlepszym przypadku kupione na promocji, w najgorszym wygrzebane ze śmietnika za marketem.

 Monica jednak nie ustawała w wysiłkach realizacji swojej propagandy sukcesu.
-Pamiętaj- perorowała mężowi i każdemu kto chciał słuchać (czyli głównie mężowi)-sukces odnosisz dla innych a nie dla siebie! Sukces nie jest po to, żebyś ty się cieszył, ale żeby te dziwki pozdychały z zazdrości,
- Jakie dziwki?-pytał naiwnie Dzianni.
-Wszystkie !!-ryknęła jego charming princess- nawet gdybyśmy jedli chleb z pasztetem to...
-Przecież jemy chleb z pasztetem- zauważył trzeźwo cygan.
-No właśnie-przytaknęła Monica- a jak jutro Ciotek zapyta Cię na pejsie co jadłeś na kolację to co mu powiesz?
- Yy..że..no nie wiem- jąkał się brudny królewicz,
-Jezus marja- zirytowała się Monica- ile razy mam powtarzać! Na pasztet mówimy fła gra z bruszettą!

Tymczasem Monica stała więc pośród panów na podjeździe i niby przypadkiem, od niechcenia, snuła wizje bajkowego życia jakie wiodą.
-No i wiecie- zawodziła- chciałabym już pójść do pracy, ale nie wiem co wybrać! Przedszkola się wprost zabijają o to bym właśnie u nich była pomocą nauczyciela, szkoły chcą mnie na nauczyciela a kuratorium na dyrektora..nie wiem co wybrać..a co u Was Myszewski?
- Ech- westchnął zagadnięty- okazało się, że obok naszej fermy myszy jest ferma kotów...zjadły nasze myszy,,,musimy szukać innego biznesu.
Monica aż pisnęła próbując powstrzymać uśmiech satysfakcji,
-Ojej- westchnęła nieszczerze- na pocieszenie dodam, że nasz biznes rozwija się śpiewająco.
- W jaki sposób ma go to pocieszyć?-spytał zdziwiony Matez. Monica jednak nie była w ciemię bita i nie straciła fasonu.
- W taki, że może im też coś się w końcu uda. Tymczasem RIP dla waszych myszek. A co u Ciebie i Miniusi- zwróciła się do Mateza.
- Przeprowadzamy się  do Warszawy-odrzekł beztrosko Matez robiąc tajemniczą minę.
Monica tak szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, że odpadła jej sztuczna rzęsa.
- Co? Jak to?
- Znalazłem pracę tam- odrzekł Matez przybierając tym razem chytrą minę.
- O..jak świetnie- wycedziła Monika hiperwentylując się jednocześnie by nie dopuścić do śmierci z zazdrości-to ja pójdę zrobić więcej kawy.
W mieszkaniu Monia rzuciła się na łóżko płacząc i klnąc na czym świat stoi. Po kilku godzinach uspokoiła się i podjęła ważką decyzję. Zasiadła do komputera by przeanalizować pewne dane, gdy zobaczyła w oknie swej piwnicy jakąś postać, która energicznie w to okno stukała. Monica poznała od razu Minię po głupim uśmiechu.
-Wypierdalaj!- wrzasnęła w stronę okna.
-Monica, otwórz, to ja- krzyknęła Minia,
-Wiem, że to Ty kołtunie!
Minia jednak nie odpuszczała, więc chcąc nie chcąc, Monica dźwignęła swe 90 kg by uchylić wrota. Minia weszła przez okno wejściowe.
-Chyba pomyliłaś mnie z Dziannim!- zachichotała.
-Tak- sapnęła ponuro Monica- pomyliłam Cię z Dziannim. W końcu dlaczego miałabym Cię nazywać kołtunem.
-No własnie- Minia śmiała się i dokazywała. Po chwili jednak rzuciła baczne spojrzenie na piwnicę Ore ore.
-Rzeczywiście chujowo tu macie- rzekła z właściwą sobie prostotą. Monica zaczerwieniła się, ale  po chwili obie poszły doglądać naprawy,
-Dzianni- zagadnęła Minia- czemu tak długo to naprawiasz? My jesteśmy już spóźnieni! Poza tym nasz kotuś jest chory i musimy z nich do veta i w ogóle.
- Kotuś-prychnął Myszewski- a niech zdycha ten nadpobudliwy skurwysyn.
- Zaraz już będzie gotowe- krzyknął Dzianni.
- Dzianii- kontynuowała Minia- miałeś wymienić pokrowce tylko, czemu zdjąłeś maskę z przodu?
W tym momencie Matez trzasnął Minię w jej pusty łepek. Nie chciał by swym głupim gadaniem zirytowała cygana, a co gorsza Monicę. Zachowanie Minii irytowało go niejednokrotnie, ale wiedział, że musi ją znosić jeżeli chce mieć pretekst do kontaktu z Sebastiankiem. Ech Sebastianek...Matez odpłynął w świat marzeń, gdzie latali z Sebusiem na jednorożcach pijąc piwo i kąpiąc się nago na działce.

Późnym wieczorem, gdy Ore Ore odpoczywali w swej pieczarze, Monica oznajmiła mężowi radosną nowinę.
-Wyprowadzamy się do Warszawy,
- Ale jak to- załkał Dzianni- a mój zakład? a mój fryzjer?
- Dzianni, mechanik takiej klasy jak Ty może prowadzić warsztaty wszędzie, nawet w Warszawie. A fryzjera znajdziesz i tam.
- Ale dlaczego? Tak daleko od rodziców?
-Monica powstrzymała łzy na myśl, że straci kontakt z ukochanymi teściami.
- Siła wyższa, Oni nas wyprzedzają, rozumiesz? Nie możemy na to pozwolić.



-

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Odcinek 24




Monika siedziała przed komputerem ze łzami w oczach. Niewiele rzeczy miało w jej życiu wartość, ale dobry fejm na pejsbuku był właśnie jedną z nich.  Ale na nic liczne fałszywe konta! Na nic wszelkie starania i wysiłki!  Posąg, który zbudowała sobie za życia na pejsbuku drżał w posadach…. Usłyszała dzwonek do drzwi i z westchnieniem dźwignęła swe 90 kg. Geralt stał w progu z uśmiechem na twarzy.
-Cześć, co tam?- zapytał wesoło, ale widzą kwaśną minę swej przyjaciółki, także posmutniał. A przynajmniej starał się posmutnieć. Gdy Monika była zła, to jej trzy podbródki układały się w zabawną falę. Geralt musiał użyć całej siły woli by nie wybuchnąć śmiechem, widząc jak fala przemieszcza się w rytm kroków Moniki.
-Co się stało?- spytał uprzejmie.
-A jak myślisz?!- warknęła wściekle Monika.
-Tzatzik?
-Niestety…

Tzatzik nie odpuszczał. Od kilu tygodni prowadził intensywną, internetową wojnę wymierzoną właśnie w Monikę. Początkowo radziła sobie z jego zabiegami wykorzystując swoje fałszywe konta oraz groźby, ale ostatnio i to przestało przynosić oczekiwane efekty. Tzatzik założył nawet stronę Szkoła polskiego ojcostwa, która skupiła ojców dzieci, których matki nie chcą płacić należnych alimentów lub nie chcą nawet przyznać się do swoich pociech. Tzatzik zamieszczał na stronie liczne zdjęcia smutnych dzieci, dodając do nich chwytające za serce opisy w stylu:
„-Puk puk
-Kto tam?
-Na pewno nie mama Pamelki!”
Ostatni post zawierał zdjęcie smutnej Pameli z balonikiem w ręku. Fotografia opatrzona była następującym opisem:
„-Puk puk
-Kto za hajs matki baluje?
-Na pewno nie Pamelka!”
Monika wiedziała, że nie da się tego czytać i nie płakać a internauci byli wrażliwi na los dzieci.  Otrzymywała ostatnio pogróżki od osób przejętych losem Pameli, a akcja pozyskiwania 1% podatku na rzecz porzuconej przez matkę Pameli, przyniosła Tzatzikowi dochód liczony w tysiącach złotych. Monika bez efektu zamieszczała na stronie wyroki sądu i wyniki badań jasno wskazujące, że nie jest matką dziewczynki, świat pejsbuka rządził się swoimi prawami i nie liczyły się w nim fakty, a emocje i pozory. Te ostatnie, Tzatzik potrafił tworzyć mistrzowsko.
- Jest tylko jedna rzecz, która może mi pomóc- stwierdziła Monika.
-To znaczy?-spytał Geralt, który jednak wcale nie był zainteresowany problemami Moniki. Fałsz i kariera to były jego prawdziwe imiona.
-Muszę znaleźć prawdziwą matkę Pameli.
-Niby jak?-prychnął Geralt.
- Nie wiem…na razie przydałoby się jakoś odwrócić uwagę tej szui Tzatzika.

Monika myślała intensywnie, odruchowo przeglądając tablicę na pejsie. Nowe zdjęcia dodała właśnie Anna Luba or should I say Maryja Golgota, gdyż takie imię przybrała ta pobożna katoliczka by być bliżej swego boga. Maryja wróciła właśnie z wielkanocnego wyjazdu na Filipiny, gdzie można pełniej doświadczyć męki i zmartwychwstania. Maryja dodała mnóstwo zdjęć. Na niektórych wisiała w uniesieniu przybita do krzyża, na innych brodziła we krwi z błogą miną lub po prostu radośnie poddawała się biczowaniu. Monika zwróciła jednak uwagę zwłaszcza na szczupłą sylwetkę Maryi (efekt 40 dniowego postu na pustyni). Wzbudziło to niekłamaną zazdrość.
-Chuda suka- myślała zazdrośnie Monika- i to jej przybijanie się do krzyża…niby poświęcenie, a pewnie wcale jej nie bolało. Takie chude ręce to pinezka by przebiła a co dopiero gwóźdź…wszedł jak w masło. Kłamliwa suka.

Nie da się ukryć, że Maryja i Monika nie darzyły się sympatią. Korzenie ich konfliktu sięgały zamierzchłych czasów szkoły średniej, gdy to Monika podała Maryi (jeszcze wtedy Ance) serce na dłoni i dobroduszni poradziła jej w kwestii stroju, a ta katolicka suka chwyciła biedne, moniczyne serce i wdeptała w ziemię. Od tamtego czasu nie miały ze sobą kontaktu. Monika nagle podskoczyła uderzając się jednocześnie w czoło.
-Mam!!-wrzasnęła, aż echo poniosło się po Czubach.
-Co?- spytał Geralt niezadowolony, że przerywa mu napawanie się niedawno otrzymanym awansem (jak można się domyślić, nie była to czysta sprawa, jeszcze do tego wrócimy).
- Wiem co zrobić już…Odciągnę tego wściekłego skunksa i za jednym zamachem rzucę go wprost pod pociąg dewocji!
Monika lubiła kwieciste przemowy toteż Geralt czekał spokojnie na wyjaśnienie.

-Wyślę Tzatzika na jego Golgotę! Jak mawiali mędrcy…na każdego się znajdzie stos!!! Lub krzyż.

Odcinek 23

Monika szła wolno ociekając wodą. Do tej pory drżała na wspomnienie walki o życie, którą stoczyła. Nagle, zza drzew wyłonił się nikt inny jak Dzianni  a zaraz za nim szła radosna Minia, zaś obok niej Geralt z jakąś dziwną, odzianą w moro istotą. Przyjaciele padli sobie w ramiona ciesząc się, że wyszło cało z opresji.
-A gdzie Matez?-spytała nagle Monika, która zawsze miała w myślach wspaniałego Mateza.
- Nie wiem-odrzekła poważanie Minia-ale myślę, że o Mateza nie musimy się martwić, da sobie radę, nie jest Tobą.
-Co masz na myśli?-spytała Monika marszcząc czoło. Lecz Dzianni ubiegł replikę Minii i oznajmiając radosną nowinę.
-Uratowałem Halinę z dziczego pogromu!
-Halinę?!-krzyknęli jednocześnie przyjaciele.
-Co ona tu robi?-zawołał zdziwiony Geralt.
-I gdzie jest teraz-dodała Minia,
-No własnie nie wiem, bo odczepiła mi się jak ją holowałem do brzegu-stropił się Dzianni.
-Dobra, dosyć tych pogaduszek- skwitował Geralt, któremu odnalezienie Haliny było nie w smak- idziemy, moja przyjaciółka Wulewu wyprowadzi nas z tych kniei.
Wszyscy ruszyli za dziwną przyjaciółką Geralta z ulgą. Przedzierali się jeszcze chwilę przez gęsty busz, gdy nagle poczuli pod stopani stabilny grunt wybrukowanego chodnika a ich oczom ukazał się znajome szyldy Astoria i KFC. Samochody spokojne przejeżdżały alejami racławickimi, a ludzie niespiesznie zmierzali w znanym tylko sobie kierunku.
-Byliśmy w saskim?!-ryknął wściekle Geralt.

Przyjaciele spuścili głowy i rozeszli się do swych domów.

czwartek, 12 lutego 2015

Odcinek 22

Monica chwilę popłakała, ale zaraz podniosła swe oczęta. Nie była typem ofiary losu, wręcz przeciwnie, starała się być katem. Podumała jeszcze chwilę nad swoim położeniem. O ile z pomocą obrączki na palcu mogła określić, która strona jest lewa to zidentyfikowanie lipy graniczyło z cudem. Doszła jednak do wniosku, że pójdzie po prostu w lewo…przecież prędzej czy później musi trafić do jakiegoś wyjścia (o ile dziadyga mówił prawdę). Szła dosyć raźno gdyż sukces intelektualny, jakiego doznała poprzez rozwiązanie zagadki leśnego sfinksa, dostarczył jej niemałej satysfakcji.
-Po raz kolejny mój piękny umysł wyratował mnie z opresji- myślała przedzierając się przez leśne knieje. Wtem, jej oczom ukazała się rzeka. Mógł to być równie dobrze leśny strumyk , ale dla Monici nie miało to znaczenia. Zastanawiała się gorączkowo przez chwilę czy w leśnej rzece mogą być krokodyle i piranie ale nic nie przyszło jej do głowy. Wtedy właśnie usłyszała ten dźwięk. Powoli odwróciła się w stronę, z której dochodził. Na leśnej polance, nieopodal miejsca gdzie stała, wśród jakiegoś niezidentyfikowanego kwiecia , stała dziwna, owłosiona świnia z kłami. Monica widziała jednak, że to nie świnia. Stwór nie mówił nic, a więc nie była to też Minia. Oto spełniał się jej najgorszy sen. Krew odpłynęła jej z twarzy w nieznanym kierunku a jej miejsca w żyłach i naczyniach włosowatych naszej bohaterki zajął lód. Serce Monici zaczęło bić tak szybko, że nie wiedziała już czy to jej serce czy ktoś stoi obok i uderza w bęben . A propo bębna…w brzuchu poczuła zaciskający się supeł strachu. Stała jak skamieniała nie wiedząc co zrobić i co myśleć.  Ściskała w dłoni puszkę z gazem pieprzowym ale nie wiedziała czy lepiej jej użyć czy też zaniechać by nie rozwścieczać bestii. Dzik (bo to był dzik drogi czytelniku) patrzył na tę grubawą istotę przebierając z wolna tylnymi raciczkami. Bez wątpienia szykował się do ataku. Monica nie zastanawiała się dłużej. Instynkt przetrwania haczykowatonosych przodków podpowiedział jej co robić. Rozpyliła gaz między sobą a dzikiem i rzuciła się ku rzece. Wbiegła w zimną toń niczym szekspirowska Ofelia. Nie powstrzymał jej ani nurt ani prawa fizyki i ani się obejrzała a była na drugim brzegu. Dzika po drugiej stronie już nie było. Nie wiedziała czy uciekł czy może zanurkował by do niej dopłynąć więc nie tracąc czasu, rzuciła się pędem w las.
W czasie gdy Monica toczyła walkę swojego życia, Dzianni siedział na kamieniu przy brzegu tej samej rzeki i kończył  tworzyć projekt  barki, która miała go przewieźć na drugi brzeg. Dzianni był bardzo zniesmaczony warunkami, w których przyszło mu pracować i brakiem higieny w lesie, ale z drugiej strony, brud przypominał mu skąd pochodzi. Dzianni ukończył dumnie swój projekt i począł przeglądać listę rzeczy niezbędnych do jego wykonania.
- Taśma poliprenowa, lutownica, alumnium, drewno…- mruczał sam do siebie- ok, mam wszystko w kieszeni.
Nasz cygański bohater przystąpił żwawo do pracy gdy nagle usłyszał jakichś dźwięk. Rozejrzał się w około, ale niczego nie dostrzegł. Po chwili dźwięk się powtórzył. Była to jakby rozmowa kilku osób. Pomyślał, że jego przyjaciele się już spotkali i przez chwilę wahał czy do nich dołączyć, ale zdecydował się iść głosem sumienia a nie serca i podążył ku nim. Ale im bardziej zbliżał się do źródła hałasu tym był bardziej zdziwiony gdyż głosy nie przypominały dobrze mu znanych głosików przyjaciół a tym bardziej basowego głosu żony.  Dzianni przestraszył się nieco i w oczach błysnęły mu łzy, ale ciekawość okazała się silniejsza. Lata życia w taborze zaprocentowały i zaczął skradać się w stronę źródła dźwięku niczym leśna puma. Wychylił się ostrożnie zza krzaczka i dostrzegł przedziwną scenę. Na środku leśnej polany siedziała grupka ludzi ubranych w ubrania z olbrzymim napisem Tesco. Na środku stał mężczyzna, który jak się zdaje przemawiał do zebranych.
-Nasza krucjata- rzekł mężczyzna- nie skończyła się, a wręcz jest dopiero na starcie. Robicie za mało! Wciąż za mało. Bezczelni mięsożercy śmieją się nam w twarz a Wy co? Jesteście nieudolni i głup! Powtarzam: głupi!!!
Ludzie dookoła spuścili głowy.
-O chuj im chodzi- myślał Dzianni- mięsożercy? Może mówi o lwach? Ale czy lwy się smieją?
Tymczasem mężczyzna kontynuował swoje mobilizujące wystąpienie.
-Dziś, swoim świadectwem podzieli się z nami stara wyjadaczka naszej sekty. Posłuchajcie Halinki i posypcie głowy ziemią.
- A nie popiołem?- spytał przytomnie jeden ze zgromadzonych.
- A w ryj chcesz?-zripostował prowadzący- chcesz sypać głowę czymś co powstało z twojego brata drzewa? Myśli, że to drzewo nie czuło jak było palone? Otóż czuło ty szujo!
Wtem na środek polanki wyszła ni mniej ni więcej….Halina! Dzianni oniemiał. Pamiętał te lubieżne spojrzenia i pocałunki niby przypadkiem. Zdjął go strach ale bał się poruszyć, gdyż wiedział, że Halina ma wzrok jak sokół a refleks jak kot. A nie, jednak nie. Jest prawie ślepa i rusza się jak mucha  w smole. Ale mimo wszystko Dzianni postanowił zostać i zobaczyć co ciekawego ma do powiedzenia Haliczenka.
Halina wyszła powoli na środek, uniosła swą głowę i rozpoczęła śpiewnym, włodawskim akcentem.
- Wiiiiiitajcieeeeeee. Jaaaa ooostaaatnioo …-zaczęła Halina, ale prowadzący przerwał jej.
-Dobra dobra Halinka, to ja im streszczę. Halinka chciała zabić dwoje zajadłych mięsożerców, ale nie udało jej się. Za to w skutek podświadomej perswazji, zdołała przekonać swoją niedoszła ofiarę do tego by ta została wegetarianką. Na razie jeszcze niejaka Pulpecja błądzi po manowcach zjadania swoich braci roślin, ale mam nadzieję, że już niebawem przyłączy się do nas i zostanie aertarianką, czyli jedzącą powietrze.
Halinę nagrodzono wielkimi brawami, które odbiły się echem po całym lesie. Prowadzący chciał kontynuować swój monolog gdy nagle, wielki dzik wpadł z impetem na polankę. Biegał jak szalony trącając kłami i racicami zebranych sekciarzy.  Dzik zachowywał się jakby był ślepy lub czymś mocno rozdrażniony. Prowadzący stał na swoim miejscu i krzyczał do braci w wierze:
- Spokojnie!! To tylko nasz brat, zobaczcie! Podam mu teraz rękę jak brat bratu- wrzeszczał prowadzący jak opętany dopóki kieł rozszalałego dzika nie przebił jego łydek. Dzianni tymczasem nie zastanawiał się długo. Wbiegł w środek tumultu chcąc wyratować dawną przyjaciółkę. Zapomniał o urazach i strachu. Biegł, przykucał, turlał się wśród krzyków, kurzawy z ziemi , krwi i trzasków łamanych kości. Wreszcie udało mu się dotrzeć do nieprzytomnej Halinki. Chwycił ją za odnóża i zaczął wycofywać się z pola bitwy. Wiedział, że musi być twardy i chociaż łzy lały się mu strumieniami to nie zaprzestał swych heroicznych prób do momentu gdy wraz z Halincią znalazł się na brzegu rzeki. Na polanie wciąż trwała wojna. Wiedział, że jego barka nie wytrzyma ciężaru dwóch osób, więc postąpił tak, jak postąpiłby każdy mężczyzna na jego miejscu (każdy cygański mężczyzna). Wsiadł na barkę a Halinkę przywiązał za szyję do barki i popłynął ku drugiemu brzegowi, na którym czekało ocalenie.
Minia tymczasem błądziła po leśnych ostępach. Z wolna docierało do niej, że powinna była jednak zapytać dziada o drogę, tym bardziej, że nie mogła zadzwonić do swojego wszechwiedzącego ojca. Na dodatek dziad miał rację, nie było nigdzie kościoła, do którego mogłaby wstąpić i zapytać boga o radę. Szła więc nadal ścieżką modląc się w duchu, mimo iż zdawała sobie sprawę, że takie modlitwy można o kant dupy potłuc bo bóg słucha tylko w kościele. Wtem usłyszała jakiś warkot i zobaczyła w oddali quada z dwiema osobami.
-Ocalenie-pomyślała Minia a za chwilę poczuła napływ szalonej radości, gdy zobaczyła, że na quadzie siedzą Adam i Joanna Dolinkowie. Minia wiedziała, że Dolinkowie kochają ją jak siostrę a nawet bardziej.
-Cześć-zakrzyknęła.
Dolinkowie siedzieli na quadzie jak dwa posągi buddy a ich twarzy nie rozjaśnił nawet najmniejszy uśmieszek.
-Cześć Minia- wymruczała Aśka- co tu robisz? My sobie urządziliśmy przejażdżkę na quadzie, ale jest tylko dwuosobowy.
-Ja też mam quada- przytaknęła wesoło Minia- ale mój jest ładny i lepiej jeździ.
Dolinkowie, jak na komendę, wzięli głęboki oddech i powoli wypuścili powietrze z płuc.
-A gdzie Matez?-spytał Adam.
- A nie wiem, rozdzieliliśmy się żeby zrobić na złość tej idiotce Monice.
- A więc Mateza nie ma tutaj z Tobą?-upewnił się Adam.
- No jak widzisz Adamie, nie stoi obok- zaśmiała się Minia.
Dolinkowie spojrzeli na siebie i odjechali tak szybko, że Minia musiała uskoczyć by nie zostać przejechana.
-A więc to tak- pomyślała Minia- nie lubią Mateza do tego stopnia, że jak się dowiedzieli, że jest gdzieś w tym lesie to odjechali szybko nie bacząc nawet na miłość do mnie.
Minia postała chwilę na leśnym trakcie i już miała ruszać dalej gdy usłyszała kolejny hałas i zobaczyła w oddali grupę obdartusów, którzy uciekali przed dzikiem wrzeszcząc i płacząc. Grupa zbliżała się szybko w jej kierunku, ale Minia nie była w ciemię bita i wiedziała, że dziki reagują przeważnie na ruch.  Stanęła więc jak słup soli i pozwoliła przedziwnej grupie się wyminąć. Dzik pobiegł za swoimi ofiarami a Minia uznała, że pójdzie  tam, skąd grupa wybiegała.
 Geralt już od jakiejś godziny błądził po leśnych odmętach.  Do tej pory krew w nim kipiała na wspomnienie bezczelności dziada. Gdzieś po drodze zgubił empetrójkę z nagraniami Cygadytki i już nic nie trzymało go na tej ziemi. Szedł jednak przed siebie wiedziony jakimś pierwotnym instynktem przetrwania. Musiał przyznać sam przed sobą, że bał się coraz bardziej. Zewsząd dobiegały go przedziwne odgłosy krzyków i pisków. Nie wiedział czy to przypadkiem jakieś leśne plemiona nie porwały jego towarzyszy ale w zasadzie było mu to obojętne.  Nienawidził ich wszystkich co do jednego. Może jedynie Dzianni budził w nim dziwną tkliwość, ale poza tym jego uczucia były jasno określone. Szedł spokojnie gdy nagle, tuż przed nim, wyskoczyła jak Filip z konopii…Wulweu! Ubrana była w strój moro i miała małą słuchawkę oraz aparat.
-Co ty tu robisz Wuli?-zakrzyknął Geralt.
-Śledzę Cię- odpowiedziała Wule, ale zaraz szybko spoliczkowała się i dodała- to znaczy zbieram grzyby.
-Tutaj zbierasz grzyby? 150 km od Warszawy?- pytał chytrze Geralt. Wiedział, że Wuli kłamie. Już dawno odkrył jej jogurtową maszynę do podsłuchu, ale nie chciał się ujawnić. Wulewu zbierała informacje dla Kiczencji Paszczak. Geralt, dzięki swym znajomościom, wiedział, że ma założoną teczkę w archiwum Kiczencji.
- No tak…bo tutaj jest sporo grzybów- powiedziała Wuli ale za chwilę znów się spoliczkowała- głupia Wuli, niedobra Wuli. Chciałam powiedzieć, że zbieram jagody.
- Dobra Wulewu- Geraltowi znudziły się gierki Wuli- nie wiem ile płaci ci Kiczencja, ale dam dwa razy tyle. Musisz mi pomóc usadzić kogoś.
Wulewu z wrażenia zapomniała zaprzeczyć.
-Kogo?-spytała z tępym wyrazem twarzy- chcę wszystko wiedzieć! Wszystko!
- Ok Wuli, wiem, że nie masz kilka wspólnych cech z psem, na przykład wierność i zapach. Dlatego zaangażuję cię do mojej misji.
-Dzieki Geruś- zarumieniła się na te komplementy Wulewu, ale zaraz spytała chytrze- ale co ja będę z tego miała?
- Nie wyjebię Cię z pracy- odrzekł Geralt z miną srającego kota.
- Super!- wrzasnęła Wulewu ale za chwilę spoliczkowała się po raz trzeci – ale jak to? Przecież ty nie możesz mnie wyjebać.
- Jeszcze nie. Ale wiesz o tym, że nie długo będzie konkurs na kierownika. Szanse mają trzy osoby: ja, Pulpa i Ana.
- A ja?- spytała Wuli
-Ty nie, bo śmierdzisz.
-Aha.
- Słuchaj dalej. Chodzi o to, żeby przekonać kierowniczkę i dyra, że te dwie dziwki się nie nadają. I ty musisz mi w tym pomóc. To jest w twoim interesie Wuli, bo nie ma wątpliwości, że jak któraś z nich dorwie się do władzy do wyjebią cię na zbity pysk.
-Ale dlaczego?-dziwiła się naiwnie Wulewu.
-Eee- zawahał się Geralt- bo zazdroszczą Ci ubrań.
- A to możliwe Geruś- zgodziła się Wule- ostatnio Pulpa pytała czy nie za gorąco mi w tym moim poliestrze.
- Otóż to. Olej Kiczencję i trzymaj ze mną. Powiem Ci więcej Wule…nie tylko nie stracisz pracy. Jak ja zostanę kierownikiem…to wydam zarządzenie, żeby informowano cię o wszystkim co dzieje się w sądzie i żeby każdy wydział musiał pisać dla ciebie streszczenia akt.
-Bożesz! Geruś! Kocham Cię!- piszczała Wulewu w ekstazie.
- Ok. Powiedziałbym, żebyś się nie posikała z radości, ale widzę, że już za późno na te rady- rzekł z niesmakiem Geralt- wyprowadź mnie teraz  z lasu a wszystko ci wytłumaczę.

W czasie gdy nasi bohaterowie nawiązywali nowe sojusze i zdobywali nowe doświadczenia, biedny Matez mocował się z wykopaniem grobu dla dziada. Chciał również odprawić nad jego mogiłą Rosz Haszana, Hanuka albo przynajmniej Bar Micwę. Dziad co prawda zadał sobie śmierć by go zaszantażować, ale jego żydowskie sumienie, nie pozwalało zostawić dziada bez pochówku.
-Jestem jak Antygona- myślał Matez mozolnie kopiąc grób. Wtem! Zobaczył z daleka zbliżającego się quada, na którym jak się okazało, siedzieli jego przyjaciele.
-Szaloom- krzyknął Matez,
-o! Cześć Matez- Dolinkowie mieli nieco niewyraźne miny- co tu robisz?
-Teraz kopię grób dla tego samobójcy ale poza tym to szukam wyjścia. A Wy? Skąd jedziecie? Widzieliście po drodze Minię?
-Nie- odpowiedzieli zgodnie- nie widziliśmy.
-Matez- rzekła Aśka z miną jakby jej ktoś dziadka otruł- daj spokój z tym dziadem i wsiadaj na błotnik. Wywieziemy Cię stąd, tu nie jest bezpiecznie dla takich osesków jak Ty.

Matez pokiwał smutno głową, wsiadł na quada i ruszył z przyjaciółmi ku zachodzącemu słońcu. 

piątek, 23 stycznia 2015

Odcinek 21

Nie widzieli się od dłuższego czasu a konkretnie od kiedy Matez, zmuszony przez rodziców Minii, wyjechał za chlebem do Holandii. Niedawno powrócił w chwale w aucie z alufelgami i portfelem wypchanym Euro. Przyjaciele postanowili uczcić ten powrót, wspólnym wyjazdem do puszczy białowieskiej. Zgadza się, drogi Czytelniku, był to pomysł Minii, która nie przebierała w środkach by pognębić Monicę. Od momentu gdy widzieliśmy się ostatnio  drogi Czytelniku,życie nie oszczędzało naszych przyjaciół. Matez zarobił co prawda mnóstwo pieniędzy,ale kosztowało go to zaniechaniem na jakiś czas kariery naukowej oraz utratą szacunku do siebie. Zapytasz Czytelniku, dlaczego? Po pierwsze, wyjazd był pomysłem jego przyszłych teściów. Tak, zgadza się, Matez uległ Minii i naciskom jej rodziny. Po drugie, jedyna praca jaką znalazł, polegała na myciu witryn w dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie. Co gorsza, lubił swoje zajęcie. Oczywiście wersja oficjalna mówiła o tym, że pracował na budowie, ale zdawał sobie sprawę, że wszystko wyda się  niebawem, gdyż jego szef planował otworzyć filię swojej firmy w Lublinie. Matez miał objąć tam stanowisko kierownika a Minia tymczasem miała stanąć za szybą. Matez zastanawiał się czy nie zaoferować tego stanowiska również Monice, która była znów bezrobotna, ale z drugiej strony, gdzie znajdzie taką szeroką szybę? Monica….ach Monica…sytuacja stawała się naprawdę nieciekawa. Nie dość, że musiała przestać oszukiwać siebie i innych, że rozmiar 52 to tak naprawdę M,to na dodatek była tak zdesperowana chęcią znalezienia pracy, że przyjęła stanowisko segregowacza śmieci w jednej z klinik psychiatrycznych. Niestety, wrzuciła rolkę po papierze toaletowym do plastików i kariera legła w gruzach, szefowa nie mogła tolerować takiej niesubordynacji w ekskluzywnym ośrodku. Ponadto jej stosunki z cygańskimi teściami nie układały się tak jak sobie to wyobrażała. Wychodząc na Gianniego roiła sobie, że jako żona następcy tronu, będzie sprzedawała luksusowe wyroby na chodniku pod dworcem, a tymczasem nawet jej mąż nie miał własnego stoiska a ona musiała w dalszym ciągu jeść pod stołem. Teściowa twierdziła, że dopóki nie będzie w stanie wypowiedzieć łełełe bez polskiego akcentu, to nie ma mowy o krześle. Nie podobało jej się także, że Monica nieprawidłowo wyciąga rękę mówiąc "deeej pan".  Monica leżała więc w domu zajadając maxi kingi aż sama stała się maxi kingiem. A propo kingów…książę Gianni miał się jak najlepiej. Sprzedawane przez niego perfumy rozchodziły się na targu jak świeże bułeczki. Rodzice obiecali mu, że jak tak
dalej pójdzie, to otworzą mu jego własne stoisko na targu pod dworcem PKP. Gianni był wniebowzięty. Powody do radości miał także Geralt. W ostatnim miesiącu wdał się w bójkę z Anemietką, co poskutkowało wprawdzie złamaniem palca Geralta, ale potem Anemietka dostała lanie od kierowniczki i za karę musiała klęczeć pod biurkiem przez miesiąc. Geralt przychodził codziennie do pracy w radosnym nastroju widząc płaczącą Anę na klęczkach. Tak, cierpienie innych sprawiało mu radość. Z uwagi na swoje znajomości dostał również bonus pracowniczy w postaci studiów podyplomowych (Sposoby ustawienia biurek w sekretariacie). Był zafascynowany zdobywaną tam wiedzą, co poskutkowało przeorganizowaniem wszystkich biurek w zasięgu jego wzroku. Tymczasem jednak codzienne problemy odeszły w niepamięć gdy piątka przyjaciół mknęła wesoło poprzez las, siedząc w wygodnym kabriolecie Mateza. Minia rozsiadła się jak królowa na miejscu pasażera i opowiadała pasjonującą historię wyprawy z mamą po pościel, którą miała dostać w posagu.
-Moja mama gromadziła pościel na mój posag od kiedy się urodziłam, nie musiała potem dokupować-rzuciła mściwie Monica.
-Moja mama też tak robiła MONICO- syknęła Minia- ale Matez tak zwlekał z oświadczynami, że sprzedała ją za paczkę różańców- tutaj Minia nie omieszkała rzucić Matezowi nienawistnego spojrzenia. Pościel, którą zakupiły u rodziców Gianniego zaczęła się drzeć pomimo, że leżała nierozpakowana.
- Dziewczyny- pisnął Gianni- cieszcie się przyrodą dookoła! Myyy cyyyganieee co pędzimy razem z wiatrem, myyyy cyyyganieee znamy cały świat-zaintonował Gianni a reszta przyjaciół wesoło się do niego przyłączyła. Wtem, radosne śpiewy przerwało rzężenie silnika, który kilka razy zaterkotał a potem zamilkł. Spod maski wydobywał się dym.
-Co do kurwy!-wrzasnął Matez.
Przyjaciele wyskoczyli z auta, Matez rzucił na samochód z płaczem. Giannni podbiegł szybko i otworzył maskę, popatrzył chwilę, postukał wydobytym z kieszeni kluczem… po czym zamilkł, położył dłoń na ramieniu Mateza  i smutno pokręcił głową. Matez padł na kolana zanosząc się szlochem. Rad nie rad, trzeba było zastanowić się co dalej. Stali w środku wielkiej puszczy , nie mieli samochodu, a telefony nie miały zasięgu. Matez obejmował przednie koło samochody, łkając cichutko. Monica,której zabrakło już maxi kingów, zaczynała się już orientować w sytuacji i przejawiała już objawy paniki głośno  oddychając, co dawało naszym bohaterom wrażenie jakby co chwila, wielki smok dmuchał na nich rozżarzonym powietrzem.
-Dobra, słuchajcie- zakrzyknęła Minia w te głosy- musimy się rozdzielić i szukać pomocy.
-Jak to rozdzielić?- warknęła przestraszona Monika, którą wizja samotnej wędrówki po lesie wprawiała w histerię.
-To dobry pomysł- zgodził się Gianni- wtedy mamy większe szanse.
-Tak jakbyśmy w ogóle mieli jakieś szanse- jęknął Geralt- wszędzie dookoła nas śmierć i zatracenie.
Matez łkał tylko nie zważając na nikogo. Po dłuższej dyskusji, pomimo krzyków i protestów Moniki, każdy ruszył w inną stronę by odnaleźć ratunek bądź zgubę. Powiem Ci w tajemnicy drogi czytelniku, że jednego z bohaterów tej opowieści...spotka dziś przykra śmierć.

Monika została zaopatrzona w gaz pieprzowy ale i tak pochlipywała idąc leśnym traktem.
-A to dziwka- pomstowała w duchu- mści się bo ma chińskie kołdry zamiast rosyjskich jedwabi.
Monika szła powoli, trwożliwie rozglądając się na wszystkie strony. Każdy najmniejszy szelest czy świergot ptaszyny leśnej wprawiał ją w stan na granicy histerii. Ściskała w ręku gaz pieprzowy jak mały murzynek ściska ostatnia kromkę placka z manioku. Poruszała się bardzo powoli, toteż już z daleka dostrzega dziwnego mężczyznę siedzącego na skraju drogi. Był stary, miał długą, białą brodę i zielono-brązowe ubranie. Siedział na dużym kamieniu, podpierając się kosturem.  Serce podeszło Monice do gardła, ale ratunku nie widać było znikąd więc chcąc nie chcąc zbliżyła się do leśnego dziada.
-Dzień dobry panu- wyjąkała.
-Dzień dobry dziecko- uśmiechnął się przyjaźnie dziad.
-Czy wie Pan, gdzie jest wyjście z lasu?- zapytała Monika karcąc się jednocześnie  w myślach, gdyż zapewne gdyby wiedział to sam by wyszedł, zamiast siedząc tutaj w brudnym ubraniu.
-Powiem Ci jak trafić do wyjścia, ale musisz najpierw rozwiązać zagadkę- powiedział tajemniczo dziadyga.
- A to Sfinks się znalazł-pomyślała Monika-skurwysyn.
Ale  odezwała się w te słowa:
-Oczywiście, jaka to zagadka?
- Nie je, je pije, chodzi i żyje- wyrzekł dziad podniosłym głosem- co to?
-Zegar.
- Dobrze. Idź prosto, przy małej lipie skręć w lewo.
-Dobra, nara- pożegnała się uprzejmie Monika i ruszyła we wskazanym kierunku. Początkowo szła chyżo, ale po jakimś  czasie zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy: nie wie jak wygląda lipa i nie rozróżnia stron. Na skraju drogi usiadła i zapłakała.
Tymczasem do leśnego dziadka dotarł Gianni.
-Witam, albo jak to mówią u nas łełełe- odezwał się uprzejmie- wie pan może jak wyjść z lasu?
-Powiem Ci jak trafić do wyjścia, ale musisz najpierw rozwiązać zagadkę- powiedział Dziad.
Gianni pomyślał chwilę, po czym rzekł:
- Ok, ale najpierw muszę znaleźć parę patyków i drut żeby zrobić sobie taką małą pomoc w rozwiązywaniu zagadek. Ale jeszcze wcześniej to zrobię sobie specjalną laskę do wyszukiwania patyków.
Dziad patrzył oniemiały jak Gianni przystępuje do dzieła.
-Wiesz co chłopcze..daj sobie spokój, to łatwa zagadka. Powiedz kto to jest: nie je…
-Cicho!-krzyknął Gianni- najpierw przygotuje narzędzia!
-Eeech, odpowiedź to zegar, idź już. Idź prosto a przy małej lipie skręć w lewo.
-Ale chciałem narzędzia..
-Wypierdalaj!
Gianni spojrzał na dziada ze łzami w oczach, rzucił przygotowane narzędzia i ruszył we wskazanym kierunku.  Lipa rzeczywiście rosła niedaleko. Gianni skręcił w lewo, ale nie uszedł daleko gdy jego oczom ukazała się dosyć szeroka rzeka, którą w jakiś sposób trzeba było przebyć.
Minia wyszła na ubity trakt pokąsana przez mrówki, ale zadowolona. Gdy gryzły ją zwierzęta to czuła, że żyje.  Wtem spostrzegła leśnego dziadka.
-Dobrze, że Cię widzę dziadu – zaczęła bez ceregieli.
Dziad westchnął przeciągle.
-Pewnie chcesz wiedzieć, gdzie jest wyjście z lasu?
- To też, ale najpierw chce wstąpić do jakiegoś kościoła.
-Kościoła?- zapytał zdumiony dziad.
- Co ty, ruski, że nie wiesz co to kościół?- zgrzytnęła zębami Minia.
- Tu nie ma kościoła.
- Nie ma….kościoła?!-zapowietrzyła się Minia- a więc to prawda…ateizacja polskich lasów trwa w najlepsze.
- Chcesz wiedzieć gdzie wyjście ?
-Spierdalaj—wrzasnęła wściekła rusałka- poza tym siedzisz na kamieniu ze złej strony, wiem coś o tym. O wszystkim coś wiem! Właściwie wszystko o wszystkim!- wykrzyczała Minia i ruszyła przed siebie. Szła prosto modląc się w duchu i przeklinając jednocześnie na czym świat stoi.
Do dziada dotarł tym czasem Geralt.
-Witam Pana- zagadnął uprzejmie- czy wiem Pan…
-Wiem-przerwał dziad- tylko musisz najpierw..
-Ale zaraz, chwileczkę!- wszedł w słowo Geralt- dlaczego mi Pan przerywa? Czy pan wie kim ja jestem?
Dziad patrzył chwilę na Geralta.
-Wyglądasz mi na warszawskiego cwaniaka
Geralta połechtało przez chwilę, że wstrętny dziad uważa go za warszawiaka, ale nie zamierzał mu darować.
-Jestem wysoko postawionym pracownikiem warszawskiego sądu. Właściwie to jego właścicielem- Geralt postanowił nieco ubarwić rzeczywistość- zaraz zaraz...masz koncesję na siedzenie na tym kamieniu?
-Nie-odparł dziad zgodnie z prawdą.
-Oż ty brudny oszuście- warknął Geralt. Wziął głęboki oddech i szybko odwrócił się zakładając jednocześnie słuchawki na uszy aby zaaplikować sobie uspakajającą dawkę cygańskiej gwiazdy. Po chwili znów przemówił do dziada.
-Tym razem Cię nie zabije. Ale pamiętaj, żeby mi to był ostatni raz!- rzucił i pomaszerował przed siebie pozostawiając oniemiałego dziada. Niestety, dziad nie miał zbyt długiego odpoczynku, gdyż o to z lasu wyłonił się Matez. Był boso i bez spodni, gdyż lubił życie zgodnie z naturą.
-Ahoj leśny dziadku, jak tam ryby? Biorą dziś?- zagadnął.
Dziad popatrzył dookoła:
-Przecież tu nie ma ryb. Nie ma nawet wody- zauważył trzeźwo.
-Jesteś pewien?- zagadnął chytrze Matez- a jaka jest definicja wody?
Dziad popatrzył niepewnie.
-No- ciągnął Matez- wspominasz o wodzie, a nie potrafisz wyjaśnić czym ona jest. Musisz wiedzieć, że jestem doktorantem na uczelni i wiem różne rzeczy. Mogę Cię czegoś nauczyć.
W tym momencie dziad wstał, chwycił oburącz swój kostur i wbił go sobie w gardło. Krew bryznęła jak z fontanny ochlapując i kamień i Mateza, który nie stracił jednak zimnej krwi.
- Dokładnie jak mój klusek-pokręcił głową- tylko szantaż emocjonalny i demonstracje..co, Ciebie też mam o rękę poprosić?
Dziad leżał rozciągnięty u stóp Mateza, popatrzył na niego a potem wydał ostatnie tchnienie.
- Hmm, muszę przyznać, że jesteś lepszy nawet niż Minia. Ale zapytaj sam siebie czym jest śmierć? Podyskutujmy.
Dziad jednak nie wydawał już żadnych odgłosów.
cdn