sobota, 6 stycznia 2018

Monica siedziała  na kanapie w cygańskiej kawalerce i ze skupioną miną malowała kolejne paznokcie. Wymagało to nie lada wprawy i starań aby z pomocą najtańszego lakieru uzyskać efekt Rouge Hula Kula Molę. Gianni leżał tymczasem na małym materacu, który zastępował naszej uroczej parce łóżko. Przeglądał internet chłonąc wiedzę o świecie.
- Wiedziałaś, że nawiązaliśmy stosunki dyplomatyczne z nowym państwem?
-Jakim?-mruknęła Monica
- San Escobar....na południe od Westeros.
-Westeros...coś mi to mówi. Zapamiętaj ten San Escobar.
-Po co?
-Ech..-Monika przewróciła oczami- napiszemy na fejsie, że byliśmy tam na wakacjach.
-Tym razem nam uwierzą?-powątpiewał Gianni
Monica zacisnęła usta i głęboko nabrała powietrza na wspomnienie niedawnej porażki. Geralt zdemaskował ich na facebooku w związku z wakacjami na Karaibach. 
-A propo...musimy zdecydować jakiego państwa jesteś księciem.
- Jak to zdecydować?- zapytał niewinnie- to mogę wybrać państwo i będę tam księciem?
- Matko boska królowo w przestworzach- powiedziała Monika wznosząc oczy ku sufitowi- nie zgłębiaj się w to, po prostu wymyśl nazwę. Chciałabym, żeby była stylowa, nowoczesna, ale czerpała jednocześnie z najlepszych historycznych wzorców....
- San Esco Wsza?
Monika załamała ręce z elegancko umalowanymi paznokciami, Wstała i zaczęła przemierzać kawalerkę w tę i z powrotem.... krok do przodu i powrót, krok do przodu i powrót...
-Nie...za mało historii...chciałabym coś w stylu Związku Socjalistycznych Republik Cygańskich...albo Trzecia Cyganeria....
- A były dwie pierwsze?- zapytywał przytomnie Gianni
-Cicho!A może Cygarea Północna? Dobra, nie ważne, muszę się skupić żeby równo pomalować paznokcie. Uprasowałeś żabot?
- Tak..ale nie rozumiem dlaczego na sylwestra mam iść w żabocie...mam fajną koszulkę z logo Play.
-Nie dobijaj mnie dziś. Powtórzmy jeszcze najważniejsze: jaką funkcję pełnisz w pracy?
- Jestem kierownikiem działu serwisowego firmy- wyrecytował grzecznie Gianni.
-DUŻEJ firmy- poprawiła go Monika- Dobra, a teraz trochę trudniej: jaką funkcję ja pełnię?
- Odkąd Cię zwolnili...- Gianni urwał widząc groźne spojrzenie- to znaczy sama odeszłaś...
- Żegnana...-podpowiadała Monica niczym sufler w kiepskim teatrze.
- ...żegnana łzami...teraz pracujesz na stanowisku kierowniczym.
- Brawo. Ale powtórz tekst jeszcze kilka razy. Nie mogą nas złapać na tej małej nieścisłości.
- A jeśli zapytają czego kierownikiem jesteś?
- Nie zapytają. A jeżeli tak, to masz paść w konwulsjach i udawać, że się dusisz.
Rozmowę przerwał dzwonek telefonu. Monika spojrzała z niesmakiem na wyświetlacz. Odkąd Geralt wyszedł z szafy przyznając się do nietolerancji glutenu, ich relacje nie były tak bliskie jak dawniej.
- Czego?- rzuciła do słuchawki?
- Minia do mnie dzwoniła bo ma pomysł.
-Ta, ona i pomysły. Czego chciała ta dziwka?
- Wiesz, że mają w czerwcu rocznicę ślubu?
-Tak...i?
- Chcą ją obchodzić dziś.
- Jak to dziś?!
- No tak, postanowili połączyć przyjęcia.
- A to suka- wysyczała Monica wiedząc jakim chujem podszyta jest ta propozycja Minii- i co, mamy im kupić pewnie prezent?
-Tak, ale to nie wszystko...
-Jak to nie wszystko?
- Oni postanowili przyspieszyć trochę i chcą jutro obchodzić Złote Gody. Czekaj, wejdź na fejsa, Minia pisze na grupie.
 Moniak, nie wierząc własnym oczom, przeczytała wiadomość od wybranki Mateza. Matez....gdyby wiedział ile Monika musi wycierpieć żeby mieć z nim kontakt.
"Halo przyjaciele he he he- pisała Minia- w związku  z tym, że nie sypnęliście kasą na ślubie, to na złote gody oczekuje bardziej obfitych prezentów" . Obfite to masz biodra, pomyślała Monica, ale napisała: "Minia, przecież wy macie 2 rocznicę ślubu w tym roku. A złote gody to 50"
"Tak, ale postanowiłam, że najlepiej obchodzić je dziś"
" To cudowny pomysł"-pisał Geralt- " Ja kupię tort!"
Monica zacisnęła zęby z wściekłości. Po chwili dostała od Geralta wiadomość prywatną: " Masz się zrzucić na ten tort".

Nieco później tego wieczoru, nowo mianowana para książęca wyruszyła na sylwestrową imprezę. Dzianni niósł whiskey własnej roboty (zabarwiona wódka) a Monica piękne koreczki z cebulki i kiełbasy.
-Sama klasa- mruczała do siebie księżna. W prezencie na Złote Gody niosła obraz.
- A jak się domyślą, że to wydrukowane z internetu?-martwił się Gianni.
- Nie domyślą się dopóki nic nie chlapniesz. Shut up and dance.


Tymczasem,  w małej norce nieopodal sądu, Geralt stał podparty pod boczki nad wijącą się jak piskorz Pulpecją.
- Pulpa, kurwa, nie rób mi tego! Obiecałaś, że ze mną pójdziesz- Geralt z wściekłością zarzucił na szyję swój nowy fair trade cruelty free recykling vegan gluten free laktoza free szal.  Pulpa leżała na łóżku i w dalszym ciągu bezczelnie się wiła.
-Nie dam rady, brzuch mnie boli, mówiłam Ci, żeby kupić wykrywacz składników pochodzenia zwierzęcego! Pewnie wczoraj w Vegan Loco mnie czymś nakarmili!
- Zdrowy rozsądek jest wykrywaczem! Po co jadłaś tą wegańską słoninę?
- Jestem...ała!!.. otwarta..ał!!...na nowe smaki!! Geralt...ja chyba muszę wezwać pogotowie..
-Pogotowie?!- prychnął oburzony weganin- a jaką masz pewność, że wenflony będą wegańskie? Poza tym...chcesz być leczona przez trupożerców?
-Nie- chlipnęła Pulpecja pokornie.
- To cierp ciało jak żeś chciało. Ja idę.
Geralt opuścił mieszkanie Pulpy. Cicho przemknął w stronę piwnicy, rozglądając się czy nie ma świadków. Uspokoiwszy się, postawił na podłodze białe pudełko z logo cukierni i z mściwym wyrazem twarzy stanął na nie.


cdn....




wtorek, 17 stycznia 2017

- Wasza Wysokość...
Monica weszła do pokoju dygając uniżenie.
-Co tam?- zapytał Książę.
- Wasza Królewska Mość, wybacz, że naruszam spokój twojego poobiedniego wypoczynku, ale jeden z Twoich poddanych zgłosił pokorną prośbę aby Wasza Wysokość zechciał zaszczyć jego przyjęcie wydawane z okazji nabycia nowej posiadłości.
-Kto?
- Czcigodny Geralt herbu Ciotek, lord Woli Okrzejskiej.
- Geruś? Jasne, mogę wpaść.
Monica zacisnęła usta.
-Mówiłam Ci Książe, żebyś dostosował język do pozycji społecznej.
-W sumie po co my się w to bawimy wszo?
Monica zaczerwieniła się starając się powściągnąć swą reakcję.
-Nie bawimy się- syknęła przez zęby- jesteś księciem a dopóki nie stać nas...to znaczy dopóki okoliczności nie sprzyjają nabyciu służby to ja będę pełnić podwójną rolę.
-Moja mama mówi, że wymyśliłaś to wszystko żeby dzięki mnie awansować w strukturze społecznej.
-Twoja mama- rzuciła Monica spode łba- nie wie nawet co znaczy słowo 'struktura' a  jak będziesz jej słuchał to za 5 lat będziesz żonglował patelniami na targu w Lublinie.
-Kiedyś szanowałaś moich rodziców...
-Tak, zanim zorientowałam się, że to wszystko ułuda!- załkała Monica- zanim zorientowałam się, że z dawnej potęgi Twego rodu został tylko dywan na ścianie w kuchni Twoich rodziców! Ale dosyć!
Monica wzniosła swe oczy ku sufitowi ich kawalerki i wyciągnęła ręce w geście rozpaczy ale i triumfu.
- Teraz- rzekła- ja zajmę się Twoim wizerunkiem i uczynię z Ciebie....no jeszcze nie wiem kogo, ale kogoś z kogo mogę być dumna i kogoś z moich nadziei i snów.
- Telewizja mnie pytała ostatnio o moje sny i powiedziałem, że...
-Co!?- wrzasnęła Monika- co powiedziałeś???
- Pytali o sny i...
- Ale kto??
- No pani z mikrofonem podeszła i pytała przechodniów jakie maja sny i mnie też zapytała
- Czyli udzieliłeś wywiadu telewizyjnego!
- No nie wiem..po prostu wziąłem udział w sond...
- Cisza!- wrzasnęła świeżo mianowana księżna Cyganów- piszemy na pejsiku, że udzieliłeś wywiadu. A teraz chodź, przygotowałam już sztuczne palmy i trochę piachu,
- Po co?- wyjąkał zdumiony Gianni.
- Jezus! Wakacje na Karaibach, zapomniałeś?! Fejm na pejsie się sam nie robi pajacu..to znaczy Wasza Wysokość.

Geralt wyswobodził się z oparów zapachu Wulewu i gadania Pulpecji. Skupił się na wybraniu numeru Monici. Spodziewał się usłyszeć zwyczajowe "Przez twe nogi grubawe oszalałem...", który to hit Monica miała w muzyce na czekanie ale zamiast tego rozległy się dźwięki przypominajace jakaś pieśń religijną lub hymn.....
- Rezydencja książęca, słucham?
- Co?
- Chujów sto- zirytowała się Monica- ehm, to znaczy...w czym mogę służyć lordzie Geralcie?
- Naćpałaś się?
- Jezus, czego chcesz?
- Chciałem zapytać kiedy wpadniecie- mruknął Geralt z niechęcią.
- My nie wpadamy jak już a jedynie uświetniamy swoją obecnością różne wydarzenia. Może umknął Ci nasz post na pejsie, ale Karol jest księciem i oczekujemy stosownego traktowania.
- Widziałem herb na pejsie, zrobiłaś go w paincie?
- Możesz kpić Geralt, to kolejny krok do- Geralt usłyszał przewracanie kartek- do D-E-K-A-P-I-T-A-C-J-I,
- Dobra, ogarnij pizde księżniczko. Wpadacie czy nie?- Geralt próbował być hardy, ale wiedział, że lepsi tacy znajomi niż żadni.
- Jestem księżną a nie księżniczką ignorancie. Przybędziemy w czwartek wieczorem, czy termin ten Ci odpowiada? Pytam oczywiście z czystej uprzejmości.
- Chyba pasi. A jeszcze jedna rzecz, czemu zamieściłaś na fejsie zdjęcie, na którym obsypujecie się piachem na tle sztucznej palmy?
- Byliśmy na Karaibach. Palmy i piach są prawdziwe,
Geralt wybuchnął szczerym śmiechem.
- Tak sobie prawdziwe jak wasze tytuły. Nara
- Ty sanaw...
Geralt z satysfakcją nacisnął czerwoną słuchawkę.
- Geruś....- zaczepiła go Pulpecja- masz jakiś utytułowanych znajomych?
- Tak- parksnął śmiechem Geralt- bardzo utytułowanych. Widzę się w nimi z czwartek.
- Mogę też przyjść??- Puplecja jak zawsze łaknęła fancy towarzystwa,
- Dobra, weź wino i swoje tłuste dupsko.

środa, 25 maja 2016

Początki w nowym miejscu bywają trudne. Dzianni i Monica także się o tym przekonali. Po przyjeździe do stolicy zamieszkali w hotelu robotniczym. Warunki, jakie tam panowały, można sobie wyobrazić...małe pokoje, karaluchy w toalecie, wspólna kuchnia...to ostatnie nie byłoby takie złe gdyby nie ONA. Wprowadziła się do hotelu w początkach listopada i od razu stała się główną rywalką kuchenną Monici. Gotowała non stop, dniami i nocami, nie dopuszczając Monici ani do dobrej kuchenki (dla naszej bohaterki zostawało tylko rozpalenie ogniska) ani do zlewu (Monica musiała topić śnieg lub zbierać deszczówkę). Nienawiść Monici była tym większa, że ONA była (pfu!)ruską. Sama jej postać mogła budzić niechęć. Średniego wzrostu, otyła ponad miarę, z wodospadem  kruczoczarnych włosów...ubierała się zwykle w pozszywane z niedźwiedzich skór koce. Wyglądała niczym sienkiewiczowska Horpyna, ale umyta. Należy tutaj oddać Monice sprawiedliwość, gdyż starała się nawiązać dobre relacje jak tylko umiała. Pewnego więc razu, Horpyna (tak ją nazwijmy na potrzeby tej historii), po wejściu do kuchni zastała taki o to widok: Monika siedziała w kucki przy swoim ognisku z rękami założonymi z przodu i gdy tylko ujrzała Horpynę poczęła podskakiwać wyrzucając nogi na bok niczym w kozackim tańcu a po chwili zanuciła:
-Gdzieś tam sponad czarnej wody, siada na koń kozak młody....-niestety, nie dane jej było dokończyć, gdyż Horpyna wystrzeliła do przodu niczym strzała ukraińskiego łuku użyta w walkach o Donieck i spoliczkowała biedną Monicę. Ta, zalewając się łzami, pognała w te pędy do swego ukochanego męża. Monica nie byłaby jednak sobą, gdyby się poddała.  Następnego dnia, powtórzyła swoje przedstawienie, z tą tylko różnicą, że zanuciła:
- Nalywajmo, brattia w krysztalewi czaszi, Szczob szabli ne braly, Szczob kuli mynaly, Holiwon'ky naszi.
Horpyna stanęła zaskoczona, ale po chwili powtórzyła manewr z poprzedniego dnia, a biedna Monica podczas haniebnego odwrotu zgubiła ostatnie krzesiwo i tego wieczoru, Ore ore jedli nieugotowany makaron.

Tymczasem zbliżały się święta. Monica wiedziała, że nie mogą pojechać na te święta bryczką z jednym koniem. Już od października myślała co począć. Dzianni tymczasem pracował w zakładzie mechaniczym na wsi pod Józefosławiem. Naprawiali zazwyczaj 20-letnie samochody mieszkańców okolicznych wsi.
-Kiti..mam pomysł-zagruchała nasza gołębica.
-No? Co tam?- Dzianni oderwał się na chwilę od swej ulubionej czynności, czyli jedzenia. Niestety nie pozostało to obojętne dla jego urody o czym świadczyła kolejna fałdka i większe boczki.
-Jaki macie samochód firmowy?
-Fiata uno.
-O matko niebieska! Dałoby radę go pożyczyć?
-Może..ale za darmo szef nie da, trzeba ze 100 zł wyłożyć.
-100 zł? Pogrzało skurwysyna?
-Chyba pogrzało- zgodził się Dzianni.
-Nic to, coś wymyśle- rzekła Monica i potruchtała do pokoju 48. Zapukała delikatnie, gdy wtem, drzwi się gwałtowanie otworzyły i z pokoju wybiegał Pulpecja dysząc i sycząc z wściekłości. Monica skorzystała z okazji i wślizgnęła się do pokoju tuż przed tym jak Geralt wyskoczył na korytarz i wrzasnął z całych sił:
- I nie wracaj tutaj gruba dziwko!!!!
Gdy wrócił do pokoju, wciąż dyszał z wysiłku.
-Czego znów chcesz?-zapytał uprzejmie.
-Cześć Geralciku - zaćwierkała Monica- wiesz...tak sobie pomyślałam, może poratowałbyś nas małą pożyczka?
- Na co kurwa znów chcesz pożyczać tu brudasie jebany?
Monikę połechtało nieco nazwanie jej brudasem, lubiła gdy ludzie utożsamiali ją z królewskim klanem, do którego należała.
- Oj na samochód..proszę...-jęczała żałośnie.
- Dobra, masz, znaj łaskę-mruknął Geralt- ale masz przynieść w zębach z 10% odsetkami. Plus prowizja 5%.
-Dobrze!
Monika wybiegła w podskokach.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Dzianni z dumą wbił ostatni gwóźdź szyldu. Zszedł z drabiny i odsunął się aby podziwiać swoje dzieło. Monica stała nieopodal ze swoją nieodłączną, kwaśną miną. Biały szyld ze złotym napisem wspaniale kontrastował z brązowymi drzwiami garażu. Dzianni Mechanic Enterprajses głosił dumnie napis. 
-Na pewno tak dobrze?-powątpiewał Dzianni- może trzeba było napisać po polsku...
Monica głęboko westchnęła przewracając oczami,
-Ile razy mam Ci tłumaczyć, że po angielsku jest bardziej stylowo? Zastanów się Dzianni-przemawiała do męża jak do upartego dziecka- gdzie wolałabyś ściąć włosy: w zakładzie Fryzjer u Grażyny czy w salonie Grażyna Hairdresser? 
Monica jak zawsze bezbłędnie uderzała w czułe punkty, a włosy były niewątpliwie czułym punktem Dzianniego.
-No kurwa- zakrzyknął nasz cygan- do zakładu u Grażyny nawet bym nie wszedł.
-No właśnie!-klasnęła w dłonie Monica- poza tym pamiętaj, ja myślę a Ty robisz, ok?
-Moja mama mówi, że Ty nie myślisz. 
Monica zacisnęła usta powstrzymując łkanie.
-Twoja mama, her cygan royal highness lubi mnie, ale jeszcze o tym nie wie- wysyczała przez zaciśnięte zęby-lepiej wypoleruj szyld.
Dzianni z zapałem zabrał się do pracy. Wraz z Monicą, uznali, że po kilku miesiącach zamiatania w serwisie samochodowym, cygan posiadł wystarczającą wiedzę by otworzyć własny serwis. Co prawda wynajęcie garażu było dosyć kosztowne i zmusiło nasza uroczą parkę do przeprowadzki do piwnicy, ale te przeszkody były im niestraszne i z nadzieją patrzyli w przyszłość. Tak, drogi czytelniku, nasze cygańsko-żydowskie małżeństwo nie spoczywało na laurach. Od kiedy perfumiarski biznes rodziców Dzianniego upadł z hukiem, cała rodzina utraciła jedyne źródło dochodu. Co prawda teściowie Monici aż rwali się do pracy, ale niestety, prawo cygańskie było w tej kwestii bezlitosne: handel, kradzież lub najbardziej cenione w brudnych cygańskich kręgach: handel ukradzionymi rzeczami. 
Tymczasem pod Dzianni Mechanic Enterprajses zajechał pierwszy klient.
-Heej!- zawołał wesoło Myszewski albowiem to był on. Myszewscy byli znajomymi Minii i Mateza. Ore Ore nienawidzili ich, gdyż Myszewscy posiadali wszystko czego Monica i Dzianni nie mieli: pieniądze, własną firmę, mieszkanie powyżej poziomu gruntu a przede wszystkim samochód w złotym kolorze.

-No cześć- zaskrzeczała Monica z przylepionym do twarzy sztucznym uśmiechem- zapraszamy, zapraszamy...
Myszewski zaparkował swą karocę na podjeździe a Dzianni czym  prędzej przybrał mądrą minę i przystąpił do diagnozy. Monica tymczasem pobiegła do domu by przygotować poczęstunek dla pierwszego klienta. Niebawem pod zakład podjechał także Matez, który również pragnął zaoszczędzić na naprawach. Chociaż Minia przestrzegała swego narzeczonego przed ryzykiem korzystania z cygańskich usług, to wizja redukcji kosztów popchnęła Mateza do tego kroku. Panowie rozłożyli się pod wynajmowanym garażem a Monica donosiła specjały swojej kuchni. Gości i klienci zarazem raczyli się więc różową kawą, białą herbatą, zielonym kakao i innymi wymyślnymi (na pozór) potrawami. Matez znał Monicę jak zły szeląg i wiedział, że w rzeczywistości wszystko zostało w najlepszym przypadku kupione na promocji, w najgorszym wygrzebane ze śmietnika za marketem.

 Monica jednak nie ustawała w wysiłkach realizacji swojej propagandy sukcesu.
-Pamiętaj- perorowała mężowi i każdemu kto chciał słuchać (czyli głównie mężowi)-sukces odnosisz dla innych a nie dla siebie! Sukces nie jest po to, żebyś ty się cieszył, ale żeby te dziwki pozdychały z zazdrości,
- Jakie dziwki?-pytał naiwnie Dzianni.
-Wszystkie !!-ryknęła jego charming princess- nawet gdybyśmy jedli chleb z pasztetem to...
-Przecież jemy chleb z pasztetem- zauważył trzeźwo cygan.
-No właśnie-przytaknęła Monica- a jak jutro Ciotek zapyta Cię na pejsie co jadłeś na kolację to co mu powiesz?
- Yy..że..no nie wiem- jąkał się brudny królewicz,
-Jezus marja- zirytowała się Monica- ile razy mam powtarzać! Na pasztet mówimy fła gra z bruszettą!

Tymczasem Monica stała więc pośród panów na podjeździe i niby przypadkiem, od niechcenia, snuła wizje bajkowego życia jakie wiodą.
-No i wiecie- zawodziła- chciałabym już pójść do pracy, ale nie wiem co wybrać! Przedszkola się wprost zabijają o to bym właśnie u nich była pomocą nauczyciela, szkoły chcą mnie na nauczyciela a kuratorium na dyrektora..nie wiem co wybrać..a co u Was Myszewski?
- Ech- westchnął zagadnięty- okazało się, że obok naszej fermy myszy jest ferma kotów...zjadły nasze myszy,,,musimy szukać innego biznesu.
Monica aż pisnęła próbując powstrzymać uśmiech satysfakcji,
-Ojej- westchnęła nieszczerze- na pocieszenie dodam, że nasz biznes rozwija się śpiewająco.
- W jaki sposób ma go to pocieszyć?-spytał zdziwiony Matez. Monica jednak nie była w ciemię bita i nie straciła fasonu.
- W taki, że może im też coś się w końcu uda. Tymczasem RIP dla waszych myszek. A co u Ciebie i Miniusi- zwróciła się do Mateza.
- Przeprowadzamy się  do Warszawy-odrzekł beztrosko Matez robiąc tajemniczą minę.
Monica tak szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, że odpadła jej sztuczna rzęsa.
- Co? Jak to?
- Znalazłem pracę tam- odrzekł Matez przybierając tym razem chytrą minę.
- O..jak świetnie- wycedziła Monika hiperwentylując się jednocześnie by nie dopuścić do śmierci z zazdrości-to ja pójdę zrobić więcej kawy.
W mieszkaniu Monia rzuciła się na łóżko płacząc i klnąc na czym świat stoi. Po kilku godzinach uspokoiła się i podjęła ważką decyzję. Zasiadła do komputera by przeanalizować pewne dane, gdy zobaczyła w oknie swej piwnicy jakąś postać, która energicznie w to okno stukała. Monica poznała od razu Minię po głupim uśmiechu.
-Wypierdalaj!- wrzasnęła w stronę okna.
-Monica, otwórz, to ja- krzyknęła Minia,
-Wiem, że to Ty kołtunie!
Minia jednak nie odpuszczała, więc chcąc nie chcąc, Monica dźwignęła swe 90 kg by uchylić wrota. Minia weszła przez okno wejściowe.
-Chyba pomyliłaś mnie z Dziannim!- zachichotała.
-Tak- sapnęła ponuro Monica- pomyliłam Cię z Dziannim. W końcu dlaczego miałabym Cię nazywać kołtunem.
-No własnie- Minia śmiała się i dokazywała. Po chwili jednak rzuciła baczne spojrzenie na piwnicę Ore ore.
-Rzeczywiście chujowo tu macie- rzekła z właściwą sobie prostotą. Monica zaczerwieniła się, ale  po chwili obie poszły doglądać naprawy,
-Dzianni- zagadnęła Minia- czemu tak długo to naprawiasz? My jesteśmy już spóźnieni! Poza tym nasz kotuś jest chory i musimy z nich do veta i w ogóle.
- Kotuś-prychnął Myszewski- a niech zdycha ten nadpobudliwy skurwysyn.
- Zaraz już będzie gotowe- krzyknął Dzianni.
- Dzianii- kontynuowała Minia- miałeś wymienić pokrowce tylko, czemu zdjąłeś maskę z przodu?
W tym momencie Matez trzasnął Minię w jej pusty łepek. Nie chciał by swym głupim gadaniem zirytowała cygana, a co gorsza Monicę. Zachowanie Minii irytowało go niejednokrotnie, ale wiedział, że musi ją znosić jeżeli chce mieć pretekst do kontaktu z Sebastiankiem. Ech Sebastianek...Matez odpłynął w świat marzeń, gdzie latali z Sebusiem na jednorożcach pijąc piwo i kąpiąc się nago na działce.

Późnym wieczorem, gdy Ore Ore odpoczywali w swej pieczarze, Monica oznajmiła mężowi radosną nowinę.
-Wyprowadzamy się do Warszawy,
- Ale jak to- załkał Dzianni- a mój zakład? a mój fryzjer?
- Dzianni, mechanik takiej klasy jak Ty może prowadzić warsztaty wszędzie, nawet w Warszawie. A fryzjera znajdziesz i tam.
- Ale dlaczego? Tak daleko od rodziców?
-Monica powstrzymała łzy na myśl, że straci kontakt z ukochanymi teściami.
- Siła wyższa, Oni nas wyprzedzają, rozumiesz? Nie możemy na to pozwolić.



-

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Odcinek 24




Monika siedziała przed komputerem ze łzami w oczach. Niewiele rzeczy miało w jej życiu wartość, ale dobry fejm na pejsbuku był właśnie jedną z nich.  Ale na nic liczne fałszywe konta! Na nic wszelkie starania i wysiłki!  Posąg, który zbudowała sobie za życia na pejsbuku drżał w posadach…. Usłyszała dzwonek do drzwi i z westchnieniem dźwignęła swe 90 kg. Geralt stał w progu z uśmiechem na twarzy.
-Cześć, co tam?- zapytał wesoło, ale widzą kwaśną minę swej przyjaciółki, także posmutniał. A przynajmniej starał się posmutnieć. Gdy Monika była zła, to jej trzy podbródki układały się w zabawną falę. Geralt musiał użyć całej siły woli by nie wybuchnąć śmiechem, widząc jak fala przemieszcza się w rytm kroków Moniki.
-Co się stało?- spytał uprzejmie.
-A jak myślisz?!- warknęła wściekle Monika.
-Tzatzik?
-Niestety…

Tzatzik nie odpuszczał. Od kilu tygodni prowadził intensywną, internetową wojnę wymierzoną właśnie w Monikę. Początkowo radziła sobie z jego zabiegami wykorzystując swoje fałszywe konta oraz groźby, ale ostatnio i to przestało przynosić oczekiwane efekty. Tzatzik założył nawet stronę Szkoła polskiego ojcostwa, która skupiła ojców dzieci, których matki nie chcą płacić należnych alimentów lub nie chcą nawet przyznać się do swoich pociech. Tzatzik zamieszczał na stronie liczne zdjęcia smutnych dzieci, dodając do nich chwytające za serce opisy w stylu:
„-Puk puk
-Kto tam?
-Na pewno nie mama Pamelki!”
Ostatni post zawierał zdjęcie smutnej Pameli z balonikiem w ręku. Fotografia opatrzona była następującym opisem:
„-Puk puk
-Kto za hajs matki baluje?
-Na pewno nie Pamelka!”
Monika wiedziała, że nie da się tego czytać i nie płakać a internauci byli wrażliwi na los dzieci.  Otrzymywała ostatnio pogróżki od osób przejętych losem Pameli, a akcja pozyskiwania 1% podatku na rzecz porzuconej przez matkę Pameli, przyniosła Tzatzikowi dochód liczony w tysiącach złotych. Monika bez efektu zamieszczała na stronie wyroki sądu i wyniki badań jasno wskazujące, że nie jest matką dziewczynki, świat pejsbuka rządził się swoimi prawami i nie liczyły się w nim fakty, a emocje i pozory. Te ostatnie, Tzatzik potrafił tworzyć mistrzowsko.
- Jest tylko jedna rzecz, która może mi pomóc- stwierdziła Monika.
-To znaczy?-spytał Geralt, który jednak wcale nie był zainteresowany problemami Moniki. Fałsz i kariera to były jego prawdziwe imiona.
-Muszę znaleźć prawdziwą matkę Pameli.
-Niby jak?-prychnął Geralt.
- Nie wiem…na razie przydałoby się jakoś odwrócić uwagę tej szui Tzatzika.

Monika myślała intensywnie, odruchowo przeglądając tablicę na pejsie. Nowe zdjęcia dodała właśnie Anna Luba or should I say Maryja Golgota, gdyż takie imię przybrała ta pobożna katoliczka by być bliżej swego boga. Maryja wróciła właśnie z wielkanocnego wyjazdu na Filipiny, gdzie można pełniej doświadczyć męki i zmartwychwstania. Maryja dodała mnóstwo zdjęć. Na niektórych wisiała w uniesieniu przybita do krzyża, na innych brodziła we krwi z błogą miną lub po prostu radośnie poddawała się biczowaniu. Monika zwróciła jednak uwagę zwłaszcza na szczupłą sylwetkę Maryi (efekt 40 dniowego postu na pustyni). Wzbudziło to niekłamaną zazdrość.
-Chuda suka- myślała zazdrośnie Monika- i to jej przybijanie się do krzyża…niby poświęcenie, a pewnie wcale jej nie bolało. Takie chude ręce to pinezka by przebiła a co dopiero gwóźdź…wszedł jak w masło. Kłamliwa suka.

Nie da się ukryć, że Maryja i Monika nie darzyły się sympatią. Korzenie ich konfliktu sięgały zamierzchłych czasów szkoły średniej, gdy to Monika podała Maryi (jeszcze wtedy Ance) serce na dłoni i dobroduszni poradziła jej w kwestii stroju, a ta katolicka suka chwyciła biedne, moniczyne serce i wdeptała w ziemię. Od tamtego czasu nie miały ze sobą kontaktu. Monika nagle podskoczyła uderzając się jednocześnie w czoło.
-Mam!!-wrzasnęła, aż echo poniosło się po Czubach.
-Co?- spytał Geralt niezadowolony, że przerywa mu napawanie się niedawno otrzymanym awansem (jak można się domyślić, nie była to czysta sprawa, jeszcze do tego wrócimy).
- Wiem co zrobić już…Odciągnę tego wściekłego skunksa i za jednym zamachem rzucę go wprost pod pociąg dewocji!
Monika lubiła kwieciste przemowy toteż Geralt czekał spokojnie na wyjaśnienie.

-Wyślę Tzatzika na jego Golgotę! Jak mawiali mędrcy…na każdego się znajdzie stos!!! Lub krzyż.

Odcinek 23

Monika szła wolno ociekając wodą. Do tej pory drżała na wspomnienie walki o życie, którą stoczyła. Nagle, zza drzew wyłonił się nikt inny jak Dzianni  a zaraz za nim szła radosna Minia, zaś obok niej Geralt z jakąś dziwną, odzianą w moro istotą. Przyjaciele padli sobie w ramiona ciesząc się, że wyszło cało z opresji.
-A gdzie Matez?-spytała nagle Monika, która zawsze miała w myślach wspaniałego Mateza.
- Nie wiem-odrzekła poważanie Minia-ale myślę, że o Mateza nie musimy się martwić, da sobie radę, nie jest Tobą.
-Co masz na myśli?-spytała Monika marszcząc czoło. Lecz Dzianni ubiegł replikę Minii i oznajmiając radosną nowinę.
-Uratowałem Halinę z dziczego pogromu!
-Halinę?!-krzyknęli jednocześnie przyjaciele.
-Co ona tu robi?-zawołał zdziwiony Geralt.
-I gdzie jest teraz-dodała Minia,
-No własnie nie wiem, bo odczepiła mi się jak ją holowałem do brzegu-stropił się Dzianni.
-Dobra, dosyć tych pogaduszek- skwitował Geralt, któremu odnalezienie Haliny było nie w smak- idziemy, moja przyjaciółka Wulewu wyprowadzi nas z tych kniei.
Wszyscy ruszyli za dziwną przyjaciółką Geralta z ulgą. Przedzierali się jeszcze chwilę przez gęsty busz, gdy nagle poczuli pod stopani stabilny grunt wybrukowanego chodnika a ich oczom ukazał się znajome szyldy Astoria i KFC. Samochody spokojne przejeżdżały alejami racławickimi, a ludzie niespiesznie zmierzali w znanym tylko sobie kierunku.
-Byliśmy w saskim?!-ryknął wściekle Geralt.

Przyjaciele spuścili głowy i rozeszli się do swych domów.

czwartek, 12 lutego 2015

Odcinek 22

Monica chwilę popłakała, ale zaraz podniosła swe oczęta. Nie była typem ofiary losu, wręcz przeciwnie, starała się być katem. Podumała jeszcze chwilę nad swoim położeniem. O ile z pomocą obrączki na palcu mogła określić, która strona jest lewa to zidentyfikowanie lipy graniczyło z cudem. Doszła jednak do wniosku, że pójdzie po prostu w lewo…przecież prędzej czy później musi trafić do jakiegoś wyjścia (o ile dziadyga mówił prawdę). Szła dosyć raźno gdyż sukces intelektualny, jakiego doznała poprzez rozwiązanie zagadki leśnego sfinksa, dostarczył jej niemałej satysfakcji.
-Po raz kolejny mój piękny umysł wyratował mnie z opresji- myślała przedzierając się przez leśne knieje. Wtem, jej oczom ukazała się rzeka. Mógł to być równie dobrze leśny strumyk , ale dla Monici nie miało to znaczenia. Zastanawiała się gorączkowo przez chwilę czy w leśnej rzece mogą być krokodyle i piranie ale nic nie przyszło jej do głowy. Wtedy właśnie usłyszała ten dźwięk. Powoli odwróciła się w stronę, z której dochodził. Na leśnej polance, nieopodal miejsca gdzie stała, wśród jakiegoś niezidentyfikowanego kwiecia , stała dziwna, owłosiona świnia z kłami. Monica widziała jednak, że to nie świnia. Stwór nie mówił nic, a więc nie była to też Minia. Oto spełniał się jej najgorszy sen. Krew odpłynęła jej z twarzy w nieznanym kierunku a jej miejsca w żyłach i naczyniach włosowatych naszej bohaterki zajął lód. Serce Monici zaczęło bić tak szybko, że nie wiedziała już czy to jej serce czy ktoś stoi obok i uderza w bęben . A propo bębna…w brzuchu poczuła zaciskający się supeł strachu. Stała jak skamieniała nie wiedząc co zrobić i co myśleć.  Ściskała w dłoni puszkę z gazem pieprzowym ale nie wiedziała czy lepiej jej użyć czy też zaniechać by nie rozwścieczać bestii. Dzik (bo to był dzik drogi czytelniku) patrzył na tę grubawą istotę przebierając z wolna tylnymi raciczkami. Bez wątpienia szykował się do ataku. Monica nie zastanawiała się dłużej. Instynkt przetrwania haczykowatonosych przodków podpowiedział jej co robić. Rozpyliła gaz między sobą a dzikiem i rzuciła się ku rzece. Wbiegła w zimną toń niczym szekspirowska Ofelia. Nie powstrzymał jej ani nurt ani prawa fizyki i ani się obejrzała a była na drugim brzegu. Dzika po drugiej stronie już nie było. Nie wiedziała czy uciekł czy może zanurkował by do niej dopłynąć więc nie tracąc czasu, rzuciła się pędem w las.
W czasie gdy Monica toczyła walkę swojego życia, Dzianni siedział na kamieniu przy brzegu tej samej rzeki i kończył  tworzyć projekt  barki, która miała go przewieźć na drugi brzeg. Dzianni był bardzo zniesmaczony warunkami, w których przyszło mu pracować i brakiem higieny w lesie, ale z drugiej strony, brud przypominał mu skąd pochodzi. Dzianni ukończył dumnie swój projekt i począł przeglądać listę rzeczy niezbędnych do jego wykonania.
- Taśma poliprenowa, lutownica, alumnium, drewno…- mruczał sam do siebie- ok, mam wszystko w kieszeni.
Nasz cygański bohater przystąpił żwawo do pracy gdy nagle usłyszał jakichś dźwięk. Rozejrzał się w około, ale niczego nie dostrzegł. Po chwili dźwięk się powtórzył. Była to jakby rozmowa kilku osób. Pomyślał, że jego przyjaciele się już spotkali i przez chwilę wahał czy do nich dołączyć, ale zdecydował się iść głosem sumienia a nie serca i podążył ku nim. Ale im bardziej zbliżał się do źródła hałasu tym był bardziej zdziwiony gdyż głosy nie przypominały dobrze mu znanych głosików przyjaciół a tym bardziej basowego głosu żony.  Dzianni przestraszył się nieco i w oczach błysnęły mu łzy, ale ciekawość okazała się silniejsza. Lata życia w taborze zaprocentowały i zaczął skradać się w stronę źródła dźwięku niczym leśna puma. Wychylił się ostrożnie zza krzaczka i dostrzegł przedziwną scenę. Na środku leśnej polany siedziała grupka ludzi ubranych w ubrania z olbrzymim napisem Tesco. Na środku stał mężczyzna, który jak się zdaje przemawiał do zebranych.
-Nasza krucjata- rzekł mężczyzna- nie skończyła się, a wręcz jest dopiero na starcie. Robicie za mało! Wciąż za mało. Bezczelni mięsożercy śmieją się nam w twarz a Wy co? Jesteście nieudolni i głup! Powtarzam: głupi!!!
Ludzie dookoła spuścili głowy.
-O chuj im chodzi- myślał Dzianni- mięsożercy? Może mówi o lwach? Ale czy lwy się smieją?
Tymczasem mężczyzna kontynuował swoje mobilizujące wystąpienie.
-Dziś, swoim świadectwem podzieli się z nami stara wyjadaczka naszej sekty. Posłuchajcie Halinki i posypcie głowy ziemią.
- A nie popiołem?- spytał przytomnie jeden ze zgromadzonych.
- A w ryj chcesz?-zripostował prowadzący- chcesz sypać głowę czymś co powstało z twojego brata drzewa? Myśli, że to drzewo nie czuło jak było palone? Otóż czuło ty szujo!
Wtem na środek polanki wyszła ni mniej ni więcej….Halina! Dzianni oniemiał. Pamiętał te lubieżne spojrzenia i pocałunki niby przypadkiem. Zdjął go strach ale bał się poruszyć, gdyż wiedział, że Halina ma wzrok jak sokół a refleks jak kot. A nie, jednak nie. Jest prawie ślepa i rusza się jak mucha  w smole. Ale mimo wszystko Dzianni postanowił zostać i zobaczyć co ciekawego ma do powiedzenia Haliczenka.
Halina wyszła powoli na środek, uniosła swą głowę i rozpoczęła śpiewnym, włodawskim akcentem.
- Wiiiiiitajcieeeeeee. Jaaaa ooostaaatnioo …-zaczęła Halina, ale prowadzący przerwał jej.
-Dobra dobra Halinka, to ja im streszczę. Halinka chciała zabić dwoje zajadłych mięsożerców, ale nie udało jej się. Za to w skutek podświadomej perswazji, zdołała przekonać swoją niedoszła ofiarę do tego by ta została wegetarianką. Na razie jeszcze niejaka Pulpecja błądzi po manowcach zjadania swoich braci roślin, ale mam nadzieję, że już niebawem przyłączy się do nas i zostanie aertarianką, czyli jedzącą powietrze.
Halinę nagrodzono wielkimi brawami, które odbiły się echem po całym lesie. Prowadzący chciał kontynuować swój monolog gdy nagle, wielki dzik wpadł z impetem na polankę. Biegał jak szalony trącając kłami i racicami zebranych sekciarzy.  Dzik zachowywał się jakby był ślepy lub czymś mocno rozdrażniony. Prowadzący stał na swoim miejscu i krzyczał do braci w wierze:
- Spokojnie!! To tylko nasz brat, zobaczcie! Podam mu teraz rękę jak brat bratu- wrzeszczał prowadzący jak opętany dopóki kieł rozszalałego dzika nie przebił jego łydek. Dzianni tymczasem nie zastanawiał się długo. Wbiegł w środek tumultu chcąc wyratować dawną przyjaciółkę. Zapomniał o urazach i strachu. Biegł, przykucał, turlał się wśród krzyków, kurzawy z ziemi , krwi i trzasków łamanych kości. Wreszcie udało mu się dotrzeć do nieprzytomnej Halinki. Chwycił ją za odnóża i zaczął wycofywać się z pola bitwy. Wiedział, że musi być twardy i chociaż łzy lały się mu strumieniami to nie zaprzestał swych heroicznych prób do momentu gdy wraz z Halincią znalazł się na brzegu rzeki. Na polanie wciąż trwała wojna. Wiedział, że jego barka nie wytrzyma ciężaru dwóch osób, więc postąpił tak, jak postąpiłby każdy mężczyzna na jego miejscu (każdy cygański mężczyzna). Wsiadł na barkę a Halinkę przywiązał za szyję do barki i popłynął ku drugiemu brzegowi, na którym czekało ocalenie.
Minia tymczasem błądziła po leśnych ostępach. Z wolna docierało do niej, że powinna była jednak zapytać dziada o drogę, tym bardziej, że nie mogła zadzwonić do swojego wszechwiedzącego ojca. Na dodatek dziad miał rację, nie było nigdzie kościoła, do którego mogłaby wstąpić i zapytać boga o radę. Szła więc nadal ścieżką modląc się w duchu, mimo iż zdawała sobie sprawę, że takie modlitwy można o kant dupy potłuc bo bóg słucha tylko w kościele. Wtem usłyszała jakiś warkot i zobaczyła w oddali quada z dwiema osobami.
-Ocalenie-pomyślała Minia a za chwilę poczuła napływ szalonej radości, gdy zobaczyła, że na quadzie siedzą Adam i Joanna Dolinkowie. Minia wiedziała, że Dolinkowie kochają ją jak siostrę a nawet bardziej.
-Cześć-zakrzyknęła.
Dolinkowie siedzieli na quadzie jak dwa posągi buddy a ich twarzy nie rozjaśnił nawet najmniejszy uśmieszek.
-Cześć Minia- wymruczała Aśka- co tu robisz? My sobie urządziliśmy przejażdżkę na quadzie, ale jest tylko dwuosobowy.
-Ja też mam quada- przytaknęła wesoło Minia- ale mój jest ładny i lepiej jeździ.
Dolinkowie, jak na komendę, wzięli głęboki oddech i powoli wypuścili powietrze z płuc.
-A gdzie Matez?-spytał Adam.
- A nie wiem, rozdzieliliśmy się żeby zrobić na złość tej idiotce Monice.
- A więc Mateza nie ma tutaj z Tobą?-upewnił się Adam.
- No jak widzisz Adamie, nie stoi obok- zaśmiała się Minia.
Dolinkowie spojrzeli na siebie i odjechali tak szybko, że Minia musiała uskoczyć by nie zostać przejechana.
-A więc to tak- pomyślała Minia- nie lubią Mateza do tego stopnia, że jak się dowiedzieli, że jest gdzieś w tym lesie to odjechali szybko nie bacząc nawet na miłość do mnie.
Minia postała chwilę na leśnym trakcie i już miała ruszać dalej gdy usłyszała kolejny hałas i zobaczyła w oddali grupę obdartusów, którzy uciekali przed dzikiem wrzeszcząc i płacząc. Grupa zbliżała się szybko w jej kierunku, ale Minia nie była w ciemię bita i wiedziała, że dziki reagują przeważnie na ruch.  Stanęła więc jak słup soli i pozwoliła przedziwnej grupie się wyminąć. Dzik pobiegł za swoimi ofiarami a Minia uznała, że pójdzie  tam, skąd grupa wybiegała.
 Geralt już od jakiejś godziny błądził po leśnych odmętach.  Do tej pory krew w nim kipiała na wspomnienie bezczelności dziada. Gdzieś po drodze zgubił empetrójkę z nagraniami Cygadytki i już nic nie trzymało go na tej ziemi. Szedł jednak przed siebie wiedziony jakimś pierwotnym instynktem przetrwania. Musiał przyznać sam przed sobą, że bał się coraz bardziej. Zewsząd dobiegały go przedziwne odgłosy krzyków i pisków. Nie wiedział czy to przypadkiem jakieś leśne plemiona nie porwały jego towarzyszy ale w zasadzie było mu to obojętne.  Nienawidził ich wszystkich co do jednego. Może jedynie Dzianni budził w nim dziwną tkliwość, ale poza tym jego uczucia były jasno określone. Szedł spokojnie gdy nagle, tuż przed nim, wyskoczyła jak Filip z konopii…Wulweu! Ubrana była w strój moro i miała małą słuchawkę oraz aparat.
-Co ty tu robisz Wuli?-zakrzyknął Geralt.
-Śledzę Cię- odpowiedziała Wule, ale zaraz szybko spoliczkowała się i dodała- to znaczy zbieram grzyby.
-Tutaj zbierasz grzyby? 150 km od Warszawy?- pytał chytrze Geralt. Wiedział, że Wuli kłamie. Już dawno odkrył jej jogurtową maszynę do podsłuchu, ale nie chciał się ujawnić. Wulewu zbierała informacje dla Kiczencji Paszczak. Geralt, dzięki swym znajomościom, wiedział, że ma założoną teczkę w archiwum Kiczencji.
- No tak…bo tutaj jest sporo grzybów- powiedziała Wuli ale za chwilę znów się spoliczkowała- głupia Wuli, niedobra Wuli. Chciałam powiedzieć, że zbieram jagody.
- Dobra Wulewu- Geraltowi znudziły się gierki Wuli- nie wiem ile płaci ci Kiczencja, ale dam dwa razy tyle. Musisz mi pomóc usadzić kogoś.
Wulewu z wrażenia zapomniała zaprzeczyć.
-Kogo?-spytała z tępym wyrazem twarzy- chcę wszystko wiedzieć! Wszystko!
- Ok Wuli, wiem, że nie masz kilka wspólnych cech z psem, na przykład wierność i zapach. Dlatego zaangażuję cię do mojej misji.
-Dzieki Geruś- zarumieniła się na te komplementy Wulewu, ale zaraz spytała chytrze- ale co ja będę z tego miała?
- Nie wyjebię Cię z pracy- odrzekł Geralt z miną srającego kota.
- Super!- wrzasnęła Wulewu ale za chwilę spoliczkowała się po raz trzeci – ale jak to? Przecież ty nie możesz mnie wyjebać.
- Jeszcze nie. Ale wiesz o tym, że nie długo będzie konkurs na kierownika. Szanse mają trzy osoby: ja, Pulpa i Ana.
- A ja?- spytała Wuli
-Ty nie, bo śmierdzisz.
-Aha.
- Słuchaj dalej. Chodzi o to, żeby przekonać kierowniczkę i dyra, że te dwie dziwki się nie nadają. I ty musisz mi w tym pomóc. To jest w twoim interesie Wuli, bo nie ma wątpliwości, że jak któraś z nich dorwie się do władzy do wyjebią cię na zbity pysk.
-Ale dlaczego?-dziwiła się naiwnie Wulewu.
-Eee- zawahał się Geralt- bo zazdroszczą Ci ubrań.
- A to możliwe Geruś- zgodziła się Wule- ostatnio Pulpa pytała czy nie za gorąco mi w tym moim poliestrze.
- Otóż to. Olej Kiczencję i trzymaj ze mną. Powiem Ci więcej Wule…nie tylko nie stracisz pracy. Jak ja zostanę kierownikiem…to wydam zarządzenie, żeby informowano cię o wszystkim co dzieje się w sądzie i żeby każdy wydział musiał pisać dla ciebie streszczenia akt.
-Bożesz! Geruś! Kocham Cię!- piszczała Wulewu w ekstazie.
- Ok. Powiedziałbym, żebyś się nie posikała z radości, ale widzę, że już za późno na te rady- rzekł z niesmakiem Geralt- wyprowadź mnie teraz  z lasu a wszystko ci wytłumaczę.

W czasie gdy nasi bohaterowie nawiązywali nowe sojusze i zdobywali nowe doświadczenia, biedny Matez mocował się z wykopaniem grobu dla dziada. Chciał również odprawić nad jego mogiłą Rosz Haszana, Hanuka albo przynajmniej Bar Micwę. Dziad co prawda zadał sobie śmierć by go zaszantażować, ale jego żydowskie sumienie, nie pozwalało zostawić dziada bez pochówku.
-Jestem jak Antygona- myślał Matez mozolnie kopiąc grób. Wtem! Zobaczył z daleka zbliżającego się quada, na którym jak się okazało, siedzieli jego przyjaciele.
-Szaloom- krzyknął Matez,
-o! Cześć Matez- Dolinkowie mieli nieco niewyraźne miny- co tu robisz?
-Teraz kopię grób dla tego samobójcy ale poza tym to szukam wyjścia. A Wy? Skąd jedziecie? Widzieliście po drodze Minię?
-Nie- odpowiedzieli zgodnie- nie widziliśmy.
-Matez- rzekła Aśka z miną jakby jej ktoś dziadka otruł- daj spokój z tym dziadem i wsiadaj na błotnik. Wywieziemy Cię stąd, tu nie jest bezpiecznie dla takich osesków jak Ty.

Matez pokiwał smutno głową, wsiadł na quada i ruszył z przyjaciółmi ku zachodzącemu słońcu.