Geralt z
daleka zobaczył nadjeżdżającego polskiego busa. Pojazd wtoczył się na odrapany
przystanek i zatrzymał. Geralt spoglądał z napięciem aż wreszcie drzwi się
otworzyły. Najpierw, jak z procy, wyskoczył młody chłopak. Był wyraźnie
wzburzony czemu wyraz dał gwałtownie odwracając się i krzycząc do kogoś w
autobusie:
-Następnym
razem jak zaśniesz to nie ślin się na mnie wariatko!!!- następnie chłopak chyżo
pobiegł w stronę zabudowań dworca.
Przez
chwilę z autobusu nikt nie wysiadał po czym nagle wyleciała z niego torba
podróżna, a po niej następna. Zaraz po nich na ziemi wylądowała kolejna torba,
w której zachrobotało coś jakby szkło. Wreszcie z busa wyskoczył Dzianni dzierżąc w ręku wielką torbę z dumnym logo
Biedronki. Zaraz zanim, sapiąc i ocierając ślinę, wytoczyła się Monica w taką
samą torbą. Przedstawiali oboje dosyć niespotykany widok, nawet na tle
pozostałych, tłumnie przybywających do stolicy, wieśniaków. Dzianni miał na
sobie sportową bluzę z 5 paskami na rękawach, czarne dresy Ambro i niebieskie
pantofle z wielkim napisem Dolcze&Guana. Włosy jak zawsze sowicie
potraktował Taftem Zajebisty LOOK. Monica niestety znów ubrała się w legginsy,
do tego buty sportowe z napisem Puma Najki Addidas. Miała na sobie także
cekinową tunikę i czarną, futrzaną kamizelkę a oprócz siatki z biedronki, małą
złotą torebeczkę. Po wyjściu z autobusu oboje stanęli jak wryci z
rozdziawionymi buziami rozglądając się dookoła. Samochody, bloki, mnóstwo
ludzi…to wszystko zadziwiało i onieśmielało zarazem naszą uroczą parkę. Geralt
widząc ich reakcję uśmiechnął się pod nosem. Sam mieszkał w stolicy już od pół
roku i uważał się za rodowitego warszawiaka, a że jego siostra mieszkała tutaj
już od kilku lat to wszystkim mówił, że jego rodzina mieszka w Warszawie od
pokoleń.
-Cześć-
zakrzyknął w stronę oszołomionych przybyszów. Odwrócili się w stronę Garalta z
otwartymi ustami, ale po chwili doszli do siebie.
-Cześć-
wyjąkała Monica- nie uprzedzałeś, że takie wszystko duże tutaj.
-Tu się
pewnie żyje jak w raju- cmoknął Dzianni- no niech tylko co setna osoba wrzuci
do puszki to przecież już masz wyżebrane kokosy! Geralt, dlaczego Ty nie
zaczniesz żebrać?!- nie mógł się nadziwić Dzianni.
- Chodźcie,
pójdziemy najpierw na brekfast – zaordynował Geralt pewnym siebie tonem-a potem
pokaże wam wieśniaki co nieco.
Geralt
zaprowadził swych gości do jednego z
barów mlecznych, których w okolicach dworca było mnóstwo. Wieśniacy
przyjeżdżający do stolicy lubili zajść do baru i wypić herbatę. Na więcej sobie
nie pozwalali, nie po to przecież wieźli bigos w słoiku żeby wydać pieniądze na
jakieś miastowe jedzenie. Usiedli we trójkę przy stoliku.
-Co
zamawiacie?- spytał Geralt
Monica
patrzy ze zmarszczonymi brwiami na tablicę z wywieszonym menu. Ceny były
powalające…głupie kopytka kosztowały 8 zł.
-Niezbyt tu
tanio- zaczęła niepewnie.
- To
Warszawa, czego się spodziewałaś- zakpił Geralt- ale myślę, że na małe
szaleństwo możecie sobie pozwolić.
- W
sumie..to ja chyba chcę herbatę tylko. Dzianni też. A Ty co zamówisz?
- Ja
naleśniki z dżemem, to co zwykle- powiedział Geralt z nieskrywaną dumą.
Ore Ore
pokiwali głowami z szacunkiem i zarazem zazdrością. Tak, Geralt był już
wielkomiejskim cwaniakiem bez dwóch zdań. Elegancki blezer, mokasyny i fryzura
a’la czeski piłkarz z podgolonymi bokami mówiły same za siebie. Ore Ore dostali
zamówioną herbatę i bez krępacji zaczęli wyciągać ze swoich przepastnych siatek
pierożki i szynkę. Niestety zwróciło to uwagę pani Zosi, która była w owym
barze kucharką, sprzątaczką, kelnerką i menadżerem.
-A co tutaj
robią? Tutaj nie można jeść swoich pierogów! Jak chcą jeść swoją szynkie to
niech idą gdzie indziej!
Monica
zatrzęsła się z oburzenia. Bezczelność obsługi sklepów i innych lokali
doprowadzała ją do szału. Na szczęście Geralt dokończył szybko swoje naleśniki
i pociągnął Ore Ore do drzwi. Rozpoczęli spacer po stolicy. Dzianni biegał po
ulicy i witał się z żebrającymi ziomkami a ich radosne łełe rozbrzmiewało po
całej ulicy. Monica z kolei non stop robiła zdjęcia dosłownie wszystkim i wszystkiemu:
budynki, kosze na śmieci, murzyni, sklepy…
-Jak nie
wstawię zdjęć na pejsa nikt nam nie uwierzy, że byliśmy w stolicy!- krzyczała
zaaferowana. Nagle dojrzała jakąś murzynę.
-E, ty,
foto ze mną, ok?- zaczęła na migi pokazywać kobiecie jakie ma względem niej
zamiary.
- Chce pani
sobie zrobić zdjęcie ze mną?- spytała uprzejmie murzyna.
Monica
stanęła jak wryta.
-Dzianni!-
wrzasnęła w stronę męża- to mówi!!!
Geralt
zasłonił twarz dłońmi i zabrał swych przyjaciół dokładnie w chwili gdy
próbowali założyć murzynie smycz na szyję. Następnym punktem ich wycieczki
miało być ZOO, ale tuż przed wejściem Monica stanęła okoniem.
- A co
jeśli dzik ucieknie z klatki?- spytała z obawą.
- Dzików
się boisz?-zirytował się Dzianni- a lwy, lamparty i tygrysy?
-Przecież
one nie zjadają ludzi- odpowiedziała Monica z wyjątkowo tępym wyrazem twarzy,
Wizyta w
ZOO przebiegła spokojnie ale tylko dlatego, że Geraltowi udało się zapchnąć Ore
Ore za pomocą gofrów i lodów dzięki czemu zwiedzali niemal w milczeniu.
Geralt miał
przygotowaną niespodziankę dla swych przyjaciół. Była to wizyta na stadionie
narodowym. Dla Dzianniego miała to być także wycieczka sentymentalna do miejsca
gdzie niegdyś jego współplemieńcy oddawali się nieskrępowanemu i
nieopodatkowanemu handlowi a także prowadzili liczne boje z konkurencją w
postaci Wietnamczyków i pozostałych Chińczyków. Spacerowali po stadionie
podtrzymując Dzianniego, który walczył ze łzami wzruszenia.
-O tutaj
ciotka Papusza sprzedawała patelnie- łkał. Dzianni był dumny ze swej słynnej cioteczki, która
jako jedna z nielicznych cyganów nauczyła się nie tylko pisać i sylabizować,
ale także układała proste rymowanki przez co okrzyknięto ją cygańską poetką. Dzianni
był zdruzgotany tym w jaki sposób zniszczono to miejsce odwiecznego handlu i
świątynię cygaństwa.
W planie
wycieczki było także zwiedzanie szatni piłkarzy. Dzianni i Monica przymierzali
się do zrobienia zdjęcia na tle koszuli Lewandowskiego, ale była okupowana
przez żądną sławy na pejsbuku swołocz.Wreszcie udało się Ore Ore klapnąć na miejscu Lewandowskiego. Co prawda siedziała tam już jakaś mała dziewczyna, ale krótkie "wypierdalaj suko", które Monica syknęła w jej stronę wystarczyło by dziecko rzuciło się z płaczem w objęcia zszokowanej matki. Wycieczka ruszyła dalej.
Nagle Geralt spostrzegł coś pomiędzy
stadionowymi krzesełkami, na których posadzili Dzianniego by odpoczął po tej
dawce wzruszeń. To był portfel. Zajrzeli do środka. W portfelu znajdowało się
85 zł i legitymacja szkolna na nazwisko Dżessika Kowalska. Była też karteczka: W wypadku odnalezienia odesłać na adres
podany na legitymacji.
- Chyba
trzeba to oddać- zaczął niepewnie Geralt.
-Ale komu?
Przecież my nie znamy tej Dżessiki to jak chcesz oddać?- krzyknął Dzianni,
któremu z wrażenia obeschły łzy.
- Dzianni
ma rację- sapnęła Monica- nie znamy jej to jak mamy oddać.
- W sumie
racja- zgodził się Geralt- tu jest napisane, że mieszka na Chopina 25/27 w WUM.
-My
mieszkamy na Chopina 25/21 więc niestety, ale nie znamy jej.
-No to nie
będziemy się wygłupiać-zarządził Geralt- chodźmy na naleśniki!
CDN