Geralt przysypiał spoglądają za szybę rozpędzonego busa. Wraz z każdym mijanym kilometrem, wzrastało jego znużenie. Jak każdy mieszkaniec stolicy, nienawidził opuszczać miasta. Tym razem skłoniło go do tego wesele jednej z koleżanek. Tak naprawdę gardził tą gnojuwą, ale wiedział, że podtrzymywanie znajomości czasem procentuje. Poza tym postawił sobie za cel zjeść tylko ile będzie to możliwe a możliwości miał duże. Monica do tej pory wypominała mu jego zachowanie na ślubie Ore Ore. Geralt usmiechnął się pod nosem...rzeczywiście przesadził wtedy, przez niego, na poprawinach były tylko paluszki. Znów głośno westchnął. Na jego nieszczęście data urodzin Monici niemal pokrywała się z weselem, co oznaczało, że musiał jej wręczyć jakiś prezent. Miał zamiar pobiec do kiosku na dworcu, ale jego uwagę przykuły koszulki sprzedawane przez ulicznych handlarzy. Zadowolony, zakupił koszulkę, która jego zdaniem najlepiej współgrała z jubilatką i jechał teraz z czystym sumieniem. Lublin powitał go jak zawsze pochmurną pogodą i smrodem. Na dodatek te skąpiradła nawet nie raczyły wysłać po niego taksówki i musiał fatygować się miejskim. U Ore Ore wszystko było po staremu...Monica snuła się po mieszkaniu w szlafroku, Dzianni handlował gdzieś na mieście...Pyskacja pojechała do domu zostawiając Geraltowi swój pokój.
-Mam coś dla Ciebie- zwrócił się Geralt do Monici, której oczy rozbłysły natychmiast. Była łasa na wszystko co za darmo, nawet jeśli to miały być pieluchy dla dorosłych. Chwyciła szybko foliową reklamówkę rozdzierając ją jak szczur worek na śmieci. Triumfalnie wyciągnęła koszulkę i odczytała napis.
- DYFB? Co to znaczy?- spojrzała skonsternowana na Geralta?
- Zobacz z tyłu-polecił Geruś z szyderczym uśmiechem.
Monica łapczywie odwróciła koszulkę i głupawy uśmiech zamarł jej na ustach.
-DIE YOU FAT BITCH??
Trzymała koszulkę w rękach łypiąc okiem to na napis to na Geralta.
-Dzięki- wykrztusiła wreszcie i zapakowała koszulkę do pudełka podpisanego "OUT".
Rozmowa przeniosła się na najbardziej wdzięczny temat jaki mogli wymyślić, czyli barwne życie Dzianniego.
-Słuchaj- popiskiwała podekscytowana Monica- Dzianni dostał pracę umysłową!!
- O, to świetnie- mruknął Geralt z powątpiewaniem- a co robi?
-Yyyy...-zawahała się Monica- pracuje w warsztacie samochodowym i tam załatwia papierkowe sprawy.
W tej właśnie chwili wpadł Dzianni.
- Cześć Geri!! Podobają Ci się moje nowe rurki?-okręcił się dookoła jak baletnica na tabletach.
- Tak tak...słyszałem, że masz pracę papierkową, gratulacje!
- Papierkową?- zdziwił się Dzianni ślepy na sygnały dawane mu przez żonę- raczej ścierkową! Sprzątam w serwisie.
- Sprząta w sensie porządkowania dokumentów itede- pospieszyła Monica z wyjaśnieniem i szturchnęła mocno biednego cygana.
-Za co!!!!-wrzasnął Dzianni i rzucił się na żonę. Zaczęli się kotłować po podłodze, ale Dzianni czym prędzej odklepał trzy razy. Rurki były ładne, ale ograniczały swobodę ruchów a z tak zażartym przeciwnikiem jak Monica, można było tylko walczyć lub zginąć.
Po obiedzie (o ile można nazwać obiadem dziwną mieszkankę makaronu i sera, którą Monica pichciła przez 15 minut) wszyscy ruszyli na poszukiwania prezentu na ślub. Pierwszym, odwiedzonym przez nich sklepem był W CHUY DROGOU. Gerlat miał gest, toteż nie patrzył na cenę. Co prawda oficjalna pensja sądowego urzędnika nie była wysoka, ale drugie tyle zarabiał na łapówkach. Wybrał kosztowny serwis i ruszył z nim do kasy. Monica i Dzianni, jako cyganie, nie zostali wpuszczeni do sklepu, ale usłyszawszy ile kosztuje prezent, Monica postanowiła interweniować.
-Geralt!!-wrzasnęła co sił- najpierw kupmy wino, niech Pani Ci zapakuje a Ty zaraz zapłacisz.
Geralt zdziwił się nieco na taką prośbę, ale posłusznie nakazał zapakowanie prezentu i podszedł do przyjaciół. Natychmiast został zaatakowany przez farbowaną cygankę.
-Czy ty do reszty ochujałeś??? Milioner się znalazł kurwa mać! Jedziemy do Bierdony i nie odpierdalaj, widziałam tam ładne pojemniki na żywność.
Zapakowali się wszyscy do samochodu ignorując ustyskiwanie Dzianniego na ceny benzyny i pojechali do Bierdony, znanego sklepu dla biedaków. Przed wejściem, założyli specjalnie na ten cel przygotowane ciemne okulary i flanelowe koszule i wmieszali się w tłum innych osób w ciemnych okularach i flanelowych koszulach. W Bierdonie każdy był incognito poza ludźmi z Bronowic, którym było wszystko jedno (byli z Bronowic).
Monica wypatrzyła zestaw trzech pojemników za 9, 99 i triumfalnie podsunęła je pod nos Geraltowi.
-Widzisz??
Geralt pierwszy raz w życiu był pod wrażeniem. Monica miała mało talentów, ale talent do oszczędzania był niewątpliwie jednym z nich. Czasem oszczędzała bez względu na wszystko, co skutkowało regularnymi odwiedzinami, jakie Ore ore składali na Izbie przyjęć po zatruciach nieświeżym, promocyjnym jedzeniem.
Wieczór u Ore był jak zawsze fascynujący. Zabrali Geralta na turniej gry w bierki a po powrocie do domu przygotowali ucztę pełną chipsów.
-Słuchajcie- zaczął Geralt w te słowa- Karol podrzuci mnie jutro na to wesele?To znaczy najpierw do kościoła, potem na wesele a potem przyjedzie po mnie i moją łanię.
Ore ore siedzieli z otwartymi ustami, z któych wolna wypadały chipsy. Spojrzeli po sobie, nie wiedząc co odpowiedzieć.
-No spoko- wykrztusiła w końcu Monica- podrzuci.
Później, leżąc już w łóżku, pocieszali się nawazajem.
-Wiesz ile to będzie benzyny?-łkał Dzianni.
-Wiem- odrzekła Monica z zaciśniętymi zębami- ale jak trafisz do więzienia to tylko jego w sądzie znamy.
- Dlaczego mam trafić do więzienia?-zapytał zdumiony Dzianni.
-Bo jesteś cyganem, prędzej czy później cię przymkną, Poza tym morda tam, nie mamy wyjścia.
Geralt otworzył powoli zmęczone powieki. Łóżko Pyskacji okazało się mieć taki sam charakter jak właścicielka i miniona noc była dla naszego ulubieńca koszmarem. Wstał powoli i powlókł się do łazienki. Ore Ore jeszcze spali, ale po chwili usłyszał już teatralne syknięcia Monici. Zamknął się czym prędzej w łazience i zapłakał, gdyż ból pleców był nieznośny!
W tym czasie Monica i Dzianni biegali po pokoju ubierając się i poganiając nawzajem.
-Szybko! szybko!- krzyczała Monica- znam go, zaraz nam wypije całą kawę i mleko!
- No już- jęknął Dziani ze łzami w oczach starając się wcisnąć swoje nowe rureczki.
Minuta za mintą, godzina za godziną i nadeszła pora kiedy Geralt musiał wyjść na wesele. Pstryknął palcami w stronę Dzianniego.
-Dzianni!Jedziemy.
-Zara Geri- odkrzyknął Cygan- muszę założyć libierię. Jak coś robię to porządnie.
Zaiste, Dzianni był wybornym szoferem. Nie tylko zawiózł Geralta na miejsce, ale zadowalając się restzkami z pańskiego stołu, czekał pod weselnym lokalem aż Geralt się wybawi. Wraz z nim czekała jego wierna jak Penelopa żona. Siedzieli w samochodzie umilając sobie czas rozmową i czytaniem.....Nagle zadzwonił telefon.
-Twój tata do mnie dzwoni!!-krzyknęła Monica kipiąc radością. Odchrząknęła trzy razy po czym nacisnęła zieloną słuchawkę.
-Abba Ojcze- zaczęła słodkim głosikiem.
-Monica, ty gówniaro- ojciec Dzianniego jak zawsze nie owijał w bawełnę- czego odbierasz dopiero po trzecim sygnale???
-Wybacz Don Ojcze Santa Padre.
-Dobra, następnym razem zacznij myśleć głową a nie chujem. Albo jakoś tak. Jest tam mój syneczek?
-Tak Ojcze, siedzi obok mnie.
-Dobra, to przekaż chujowi, że pozaciągał jedną kołdrę i ta gnojuwa nie może jej teraz sprzedać.
-Przekażę Ojcze. Czy coś jeszcze? Jak zdrowie? Wiem, że dokuczała Ci główka? Może powinieneś się leczyć?
-Ty gnojuwo! Jak będe chciał się leczyć to będę!!!!! Nie ty będziesz o tym decydować.
-Oczywiście ojcze, to tylko takie heheszki. Czy coś jeszcze?
-Nie, zamknij już japę. Narka.
-Żegnaj Ojcze.
Monica z ulgą odłożyła telefon. Tata Dzianniego był niezwykle dystyngowanym i poważanym Cyganem, więc rozmowa z nim wymagała wspięcia się na wyżyny elokwencji i erudycji.
-Mam nadzieję, że nie rozdrażniłaś znów mojego tatusia?-Dzianni spojrzał podejrzliwe na żonę. Taki już był jego los, życie w strachu. Wziął sobie za żonę nie dość, że gadzię to jeszcze żydówkę. Rodzice nie mogli mu tego darować.
-Nie, co Ty...chyba lubi mnie coraz bardziej...O, Geralt idzie...-Monica przymknęła lekko powieki- ale zara zara...kogo on ciągnie ze sobą?
Istotnie, Geralt szedł wraz ze swoją foką i dwiema innymi osobami...
poniedziałek, 7 lipca 2014
środa, 18 czerwca 2014
Odcinek 19
Traciła powoli siły. Wokół było ciemno i nic nie wskazywało na to, że znajdzie się w tej głuszy ktoś, kto przyjdzie jej z pomocą. Przestała krzyczeć. Krzyk męczył ją i był daremny pośród białych wydm i zmarzniętych drzew. ON stale był tuż za nią...chwilami zdawało się jej, że GO zgubiła ale nim zdołała złapać głębszy oddech, chwytał ją za ręce lub nogi, zmuszając do ponownej ucieczki, która stawała się coraz bardziej rozpaczliwa. Zaczęła sobie zdawać sprawę, że nie ma szans, ale w jej naturze nie było poddawanie się. Przeżyła 30 lat walcząc ze śmiercią i co dnia starając się wydrzeć kostusze kolejny dzień. "I tym razem też mi się uda"-pomyślała buńczucznie. Wiedziała, że jej patykowate nogi nie mogą nieść jej bez końca i że z każdą chwilą traci ułamek stopnia ciepłoty ciała, która i tak wynosiła tylko 28 stopni, ale biegła dalej niczym gnojuwa, która zdecydowała się ruszyć pizdę. Nagle poczuła jak chwycił ją za ramię i zaczął szarpać z siłą mastifa. "A więc to już!"- pomyślała zrozpaczona. Ziąb szarpał coraz mocniej.
"Ty kasztanieeee- wyrwało się z młodej piersi Anemietki i nagle otworzyła oczy. Rozejrzała się zdezorientowana po pokoju. A więc nie była na północy za murem, ale w biurze Sądu. Geralt stał nad nią i patrzył pogardliwym wzrokiem.
-Sama jesteś kasztanem dziwko- rzekł mściwie i zasiadł za swoim biurkiem. Ana zignorowała Geralta i na chwilę odetchnęła głośno, ale jej koszmar się nie skończył. Spojrzała w stronę okna...było otwarte...Ana zacisnęła zęby. Zrozumiała, że jej krucjata przeciwko zimnu nadal trwa. Nie wiedziała czy po wyczerpującym śnie wystarczy jej sił aby zamknąć okno, ale wolała umrzeć walcząc niż poddać się bez słowa. Powoli uniosła dupę i wsparła kościste dłonie na biurku. Krok za krokiem...przegryzła wargi starając się nie oddychać zbyt często gdyż jej oddech zamieniał się w parę, które mroziła jej twarz. Okno było coraz bliżej ale i chłód od niego bijący przejmował ją coraz bardziej. Jeszcze chwila...nagle! Anie wyrosła przed oczyma postać Pulpecji.
-Wybierasz się gdzieś?- syknęła Pulpa podpierając się pod boki.
Aneta przełknęła z trudem ślinę.
-Pulpa...proszę...-jęknęła resztą sił. Ale Radomianka była nieprzejednana.
-Weź się do roboty to może Ci się cieplej zrobi, tu jest 25 stopni ty gnojuwo!
- Pulpecja, ja dziecko niese codziennie do przedszkola, co ty se wyobrażasz wieśniaro!
Pulpecja zamarła. Geralt, oniemiały, podniósł głowę znad papierów. Wulewu zastygła z drożdżówką w ustach.. świat się na chwilę zatrzymał, samochody przestały jeździć pod oknami Sądu i nawet żadna mucha nie śmiała zatrzepotać skrzydłami.
Nie wiadomo kto zadał pierwszy cios ani kto pierwszy krzyknął w trwodze. Kierowniczka, zwabiona wrzaskami niczym sęp padliną, przybiegła do sekretariatu. Jej oczom ukazał się dziwny, kłębiący się twór złożony z kilku bardzo grubych i kilku bardzo chudych kończyn, które tarzały się po podłodze. Geralt i Wulewu stali dookoła podskakując i dopingując swoją faworytkę. Geralt cieszył się niemal tak samo jak tamtego błogosławionego roku gdy Cygadytka wygrywała Euroschizję. Oto dwóch jego wrogów walczyło zacięcie wyrywając sobie włosy i kolczyki z uszu. Nieoczekiwanie dla wszystkich, Pulpecja nie zgniotła Any jednym ciosem. Chuderlawa bojowniczka wbijała swoje szkieletowe palce w miękkie ciało Pulpecji czyniąc tym spore szkody. Anemietka walczyła z całych sił, coraz wyraźniej czując jak podnosi się ciepłota jej ciała. Krew, która ją zalewała była coraz cieplejsza. Ana nie wiedziała co się dzieje, co to za cud się zdarzył, ale radość z odzyskanego czucia w skostniałych palcach dodała jej sił. Ku rozczarowaniu wszystkich, ochrona rozdzieliła prychające kocice. Ana rzucała się jak ryba wyjęta z wody, starając się chwycić przeciwniczkę za fałdy. Pulpecja stała oniemiała patrząc na Anę. Nie mogła uwierzyć w to, że nieomal została pokonana przez kobietę, która była definicją słabizny i mizerii.
Ore Ore wrócili z wojaży po wschodniej granicy. Weszli do swojego przytulnego mieszkania, które za grosze użyczał im przyjaciel Dzianniego.
- W końcu w domu- westchnęła Monica otwierając drzwi lodówki. W towarzystwie starała się mało jeść, dopiero w zaciszu domowym mogła ulżyć swojej chuci. Zajęta opychaniem się kaszanką, dopiero po chwili usłyszała zgrzyt klucza w zamku. "Pyskacja" pomyślała. Zdziwiły ją nieco nieudolne próby otworzenia drzwi, toteż podbiegła do nich i jednym szarpnięciem otwarła podwoje apartamentu. Jakież było jej zdziwienie, gdy na progu ujrzała dwie dziwki.
-My do toalety- zakrzyknęły dziwki. Monica w pierwszej chwili zwietrzyła w uprzejmiej prośbie młodych dam szansę na zarobek, ale po chwili zorientowała sie, że prośba dziewczyn jest nieco osobliwa.
- Chcemy do łazienki!- ponowiły swe błagania dziewoje- Pyskacja już idzie.
Monica zmarszczyła brwi gdy Pyskacja ukazała się wreszcie u szczytu schodów. Nie była jednak sama. Zaraz za nią weszło trzech mężczyzn. Przedstawiali specyficzny widok, ale nie można było odmówić im klasy i elegancji. Pierwszy z nich miał od 20 do 40 lat, ubrany w świeżo uprasowane dresy, nieskazitelnie czyste, białe addidasy i elegancką koszulkę w serek. Drugi był nieco młodszy, przedstawił się jako Khal Drogo. Trzeci był podobny zupełnie do nikogo. Wesołego obrazu tej trupy dopełniały ubrane jak zjeby dziewczyny. Pyskacja wkroczyła na środek trupy, tupnęła nogą i zaintonowała krakowiaka. Chwycili się za ręce i poczęli podskakiwać w rytm wygwizdywanej przez Pyskę melodii. Pyskcja (jak i cała reszta) była pod wyraźnym wpływem alkoholu, toteż myliła kroki.
- Mam pomysł- wrzasnęła jedna z dziwek- chodźmy pić na grobach!!
- Pod warunkiem, że zjemy kota- stwierdził Khal Drogo.
- Zjemy, ale tylko jeśli będzie kradziony- dodał Al Capone w dresach.
-Naprzód drużyno!!!!- zakrzyknęła Pyskcja kierując się w stronę drzwi.
Monica, która do tej pory przyglądała się tym harcom (niekiedy nawet starając się tupać do rytmu) złapała Pyskację za rękę.
- Ty nie idziesz. Kitraj się na łóżko a reszta wypierdalać.
Dzianni, który schował się fotelem, nieśmiało zerknął w stronę korytarza. Hardość Monici mogła sprowadzić na nich kłopoty, ale o dziwo, grupa po krótkich naradach wyszła z mieszkania. Monica uśmiechnęła się na kilka sekund przed tym jak Pyskacja wymierzyła jej siarczysty policzek.
- Ty fmtao- Pyskacji plątał się nieco język- jak mogłaś mnie tak poniszyś przet znajomi!!!
Pyskacja, szlochając, pobiegał do swojej komnaty, gdzie poczęła rwać sobie włosy z głowy i zanosić się płaczem i jękiem. Monica poszła uspokoić roztrzęsionego Dziannigo. Po chwili rozległ się dzwonek jej telefonu. Dzwonił tata.
- Oszalałaś Monica??-wrzeszczał.
- O co chodzi Ojcze nasz?- spytała zdziwiona Monica.
- Pysia dzwoniła! Dlaczego ośmieszyłaś ją przed znajomymi?!! Pojebało Cię???
- Przecież to były jakieś elementy...oni..
- Elementy???-krzyczał ojciec do słuchawki- Pysia mówiła, że to byli przyjaciele z Klubu Przyjaciół Książki! Masz bana na kaszankę- krzyknął jeszcze ojciec i odłożył słuchawkę.
Monica spojrzała ponuro na trzymany w ręku kawałek kaszanki i ugryzła go z głupawym uśmiechem.
Geralt szedł do pracy z zafrasowaną miną. Nie miał zbyt wielu powodów do radości. No może poza tym, że po bójce Any z Pulpecją, Ana przestała zamykać okna i podkręcać grzejniki. Wręcz przeciwnie. Prosiła o otworzenie wszystkich okien jak tylko wchodziła do biura, włączała wszystkie wentylatory i dodatkowo okładała swój kark workami z mrożonym brokułem. Brokuł rozmrażał się na niej błyskawicznie a Ana zjadała go na surowo. Geralt zauważył, że codziennie ma więcej sińców i krwiaków, ale nie wnikał w to. Najważniejsze, że mógł w pracy oddychać.
W biurze byli już wszyscy pracownicy. Geralt mruknął pod nosem słowa powitania i zasiadł czym prędzej przy swoim biurku aby uniknąć rytualnych całusów.Po drodze pstryknął tylko palcami w stronę biurka Kuszę.
- Wulewu, kanapka!
- Geeeeeruśśś, z czym zjesz dziś?
- kurwa, Wule- zirytował się Geralt - mówiłem Ci, żebyś zwracała się do mnie maj lajon.
Geralt westchnął ciężko i ukryła zmęczoną twarz w dłoniach: "Tak trudno wyegzekwować cokolwiek, dziwki się panoszą, kurestwo kwitnie..." Rozmyślania nieszczęśnika przerwało nadejście kierowniczki Ewy. Za nią przyczłapała sędzia Pigwa.
-Pulpecjo- kierowniczka zwróciła się w stronę Radomianki. Pulpecja uniosła głowę. Jej twarz do tej pory nosiła ślady po bójce z Anemietką. Od tamtego dnia nie odzywały się do siebie i każda udawała, że druga nie istnieje, co nie znaczy, że wojna została zakończona. Pulpecja była nękana setkami smsów o wygranych, w konkursach, w których nie brała udziału a Anemietka musiała udawać, że nie słyszy teatralnego szeptu Pulpy, która starała się zdyskredytować swoją oponentkę nawet przed panem Kanapką.
- Słucham pani kierowniczko- zaczęła przymilnie Pulpecja.
- Dlaczego nie wykonałaś wszystkich zaleceń sędzi Pigwy? Przecież słyszałam jak Geralt Ci o tym mówił...
-Tak...ale...ale ja nigdy nie zaufam Geraltowi, on hoduje marihuanen!
Sędzia i kierowniczka spojrzały zdumione na Geralta i wyszły z sekretariatu. Jak tylko zamknęły się za nimi dzrwi, Geralt zwrócił się do Pulpecji z nurtującym go pytaniem:
-Dlaczego to powiedziałaś ty gnojuwo!!!
-Oj żartowałam tylko...nie wiedziałam, że wszyscy usłyszą.
Geralt opadł na swoje krzesło. Po chwili zadzwonił telefon.
-Czego?!- odebrał Geralt.
- D-bry. Mogę z Matką Smoków?- pytał mężczyzna po drugiej stornie słuchawki.
- Pomyłka, to sąd- odrzekł Geralt i chciał już odłożyć słuchawkę, gdy Ana wyrwała mu ją z ręki.
-Matka smoków z tej strony. Tak.....aha....tak tak, będe.....o której?...W jakiej kategorii wagowej??Ok. Pa.
Ana odłożyła słuchawkę i jak gdyby nigdy nic, powróciła do nic nie robienia.
-Matka smoków?- parsknął śmiechem Geralt- nie przesadzaj, twój synalek nie jest aż tak brzydki- wysilił się na słaby dowcip albowiem tylko na takie było go stać.
Ana zgromiła go wzrokiem.
-Dobra...powiem wam.... biorę udział w amatorskich walkach w klatce. Dzięki bójce z Pulpą zdałam sobie sprawę, że mogę pokonać Ziąb bójkami. I dołączyłam do praskiego klubu amatorskich walk. W sumie...-Ana spojrzała w stronę Pulpecji- powinnam Ci podziękować.
Pulpecja odpowiedziała tylko złym spojrzeniem,
-Ale dlaczego Matka Smoków?- nie mógł wyjść ze zdziwienia Geralt.
- Bo mamy z syneczkiem 3 jaszczurki w domu...w sumie to takie małe smoki...
środa, 28 maja 2014
Majóweczka
Ore Ore podążali swym mechanicznym rumakiem w kierunku wschodnich rubieży. Matez zaprosił ich do swej letniej rezydencji. Dzianni pewnie trzymał kierownicę pokonując kolejne kilometry a Monica wiła się na przednim siedzeniu poprawiając swój nieskazitelny makijaż. Nie było jej wygodnie siedzieć w samochodzie w balowej sukni na kole, ale czego się nie robi żeby zrobić wrażenie. Dzianni również co chwilę poprawiał żabot swej wizytowej koszuli i prostował kark uginający się pod pozłacanym łańcuchem.
-Dobrze, że Geralt nie jedzie- stwierdziła Monica z mściwą satysfakcją.
-Dlaczego właściwie? Lubię go- posmutniał Dzianni.
- Oj weź przestań, nikt nie lubi tej mendy. Kumplujemy się z nim tylko z powodu znajomości w sądzie.
-Kto tam jeszcze będzie?-spytał Dzianni
-Jacyś znajomi tej-dziwki-której-dałam-swoje-buty. Nie wiem dokładnie kto to, ale to biznesmeni, więc wiesz, nie wyskocz z czymś- strofowała męża Monica.
- Z czym na przykład?- zastanowił się jak zawsze prostolinijny Dzianni.
-No wiesz, powiemy im, że my też prowadzimy firmę.Poczyniłam nawet pewne przygotowania- uśmiechnęła się chytrze Monica- założyłam profil naszej firmy na pejsie.
-Ale Monica, my nie mamy firmy- Dzianni się nie posiadał ze zdumienia.
-Jak dziecko, jak dziecko-pokręciła głową Monica- twoja matka handluje patelniami na targu?Handluje. Twój ojciec sprzedaje kradzione koce?Sprzedaje. A więc nie tylko mamy firmę ale należymy od pokoleń do klasy biznesowej.
-Ja należę- uściślił złośliwie Dzianni. Lubił czasem przypominać Monice, że dopiero weszła do jego rodziny i dopóki nie urodzi 10-tego syna, nie będzie mogła być pełnoprawnym członkiem.
Monica posmutniała, ale popatrzyła na swoje oczy w lusterku i natychmiast poprawił się jej humor. Przymknęła swe czarowne powieki i oddała się rozmyślaniom o ostatnich świętach wielkanocnych podczas których wreszcie miała przyjemność zasiąść przy rodzinnymi ognisku Ore Ore. Co prawda siedziała troszkę dalej niż pełnoprawni członkowie, ale była wystarczająco zadowolona. No może siedziała więcej niż troszkę dalej. No dobra, siedziała przy innym ognisku ale i tak była zadowolona. Wiedziała, że musi minąć trochę czasu zanim ją w pełni zaakceptują.
-Gdzie to kurwa jest- wyrwał ją z rozmyślań głos męża- jedziemy i jedziemy a madzia coraz bardziej zakurzona.
- Jeszcze trochę, Dżipies mówi, że jeszcze 30 km.
- Ech- westchnął Dzianni- dżi-pi--es...dziadek nie potrzebował takich wynalazków. Wsiadało się do taboru i jechało gdzie poniosła fantazja...dziś prawdziwych cyganów już nie ma....pełna miska i radiopoemat zamiast płaczu co zrywał się z płuc...
-Zamknij ryj i patrz na drogę.
Po kilkunastu minutach jazdy Ore Ore zajechali z animuszem pod hacjendę Mateza. Matez wraz z gośćmi jedli właśnie wyborną jajecznicą z przepiórek z truflowym pire. Obok Mateza siedziała naburmuszona Minia, która wyglądała jakby przed chwilą przywiązywała krowom kołki do szyi. Na przeciw nich siedzieli Myszewscy: Jerry j jego żona Mouse. Obok Chudy- kolega Jerrego, który swą ksywkę miał z powodu swej zatrważającej chudości. Monica patrzyła na niego z zazdrością ale jednocześnie uśmiechnęła się pod wąsem. Obie kobiety wyglądały przy niej jakby przyjechały na kemping do wiejskiej chatki. Nie dziw się więc drogi czytelniku, że obie czmychnęły czym prędzej na salony by doprowadzić do porządku swoje mordy i włosy.
Hacjenda Mateza była okazała i przepiękna. Ogromna działka ogrodzona kutą bramą z kamiennymi lwami na kolumnach. Trawa była równiutko przystrzyżona przez ogrodnika Alojzego a wszędzie rosły okazałe kwiaty. Sam dom zbudowany był w stylu bardzo wczesnokolonialnym i składał się z kliku sypialni i kuchni. Łaźnie, zgodnie z najnowszymi trendami, znajdowały się poza domem. Niebyt spodobało się to Dzianniemu, jako królewski syn nawykł do wygód. Po skończonym śniadaniu, Matez zdecydował, że pokaże gościom okolice, która zaiste była przepiękna. Jednak Monicę i Dzianniego najbardziej zachwyciły tanie lody, wzięli sobie po 10 gałek i ku zdziwieniu reszty, kupili jeszcze 50 z zamiarem sprzedania ich dwie ulice dalej. Wieczorem wczasowiczów czekała niespodzianka. Odwiedzili ich rodzice Mateza: baron i baronessa przywożąc ze sobą swojego małego pupilka: suczkę rasy york o wdzięcznym imieniu Dżu. Monica zmywała w tym czasie naczynia pomstując na służącą, którą zabrało pogotowie z powodu obciętych palców. Baronessa weszła do kuchni a ujrzawszy Monicę przy zlewie zakrzyknęła:
-Wypierdalaj mi z kuchni, ja pozmywam!
Monica ucieszona pobiegła do mężczyzn, którzy raczyli się w tym czasie wybornym bimbrem. Myszewscy byli przedsiębiorcami pełną gębą. Hodowali koniki polne w liczbie 3000 sztuk.Monica patrzyła na nich z nieskrywaną zazdrością.
- Muszę schudnąć- stwierdził Jerry- jak tak dalej pójdzie to nie zmieszczę się do naszej limuzyny.
- Nie jesteś taki gruby wcale- pocieszyła go uprzejmie Monica.
- No w porównaniu z Tobą na pewno nie!- zarechotała Minia.
- A Wy czym się zajmujecie?- Myszewscy spojrzeli pytającą na Ore ore starając się zmienić niewygodny temat- podobno też macie firmę.
-Tak- odpowiedziała pewnie Monica- mamy firmę, zajmujemy się handlem i sprzedażą.
- Handel i sprzedaż to jest to samo- jak zawsze wymądrzał się Matez.
- A co sprzedajecie?- zainteresowała się Mouse Myszewska.
- Yyy- Dzianni popatrzył skonfundowany na żonę- sprzedajemy...
- Artykuły ślubne- wypaliła Monica.
Minia drgnęła. Ślubne tematy wytrącały ją lekko z równowagi. Poszła do kuchni, gdzie baronessa zmywała naczynia starając się głęboko oddychać.
-Minia- rzekła mama Mateza- podaj mi tę białą ścierkę.
- Białą?!!!!- ryknęła Minia tak głośno, że wszyscy zbiegli się do kuchni przestraszeni- białą???!!!!! A kiedy ja się ubiorę na biało co??? No co się gapisz jebana szmato!!!Kiedy twój skurwysyński synalek poprosi mnie o rękę co!!!
Minia wrzeszczała coraz głośniej co przestraszyło również Dżu, którą rozszczekała się jak szalona. Piana ciekła jej z pyska, oczy ciskały gromy a przekrwione ślipia zdawały się hipnotyzować. Dżu nie wyglądała lepiej. Matez obezwładnił Minię i wyniósł ją z kuchni.
- Minia jest nieco nerwowa- stwierdziła Baronessa głaszcząc i uspokajając Dżu.
CDN
piątek, 28 marca 2014
Odcinek 17
Geralt z
daleka zobaczył nadjeżdżającego polskiego busa. Pojazd wtoczył się na odrapany
przystanek i zatrzymał. Geralt spoglądał z napięciem aż wreszcie drzwi się
otworzyły. Najpierw, jak z procy, wyskoczył młody chłopak. Był wyraźnie
wzburzony czemu wyraz dał gwałtownie odwracając się i krzycząc do kogoś w
autobusie:
-Następnym
razem jak zaśniesz to nie ślin się na mnie wariatko!!!- następnie chłopak chyżo
pobiegł w stronę zabudowań dworca.
Przez
chwilę z autobusu nikt nie wysiadał po czym nagle wyleciała z niego torba
podróżna, a po niej następna. Zaraz po nich na ziemi wylądowała kolejna torba,
w której zachrobotało coś jakby szkło. Wreszcie z busa wyskoczył Dzianni dzierżąc w ręku wielką torbę z dumnym logo
Biedronki. Zaraz zanim, sapiąc i ocierając ślinę, wytoczyła się Monica w taką
samą torbą. Przedstawiali oboje dosyć niespotykany widok, nawet na tle
pozostałych, tłumnie przybywających do stolicy, wieśniaków. Dzianni miał na
sobie sportową bluzę z 5 paskami na rękawach, czarne dresy Ambro i niebieskie
pantofle z wielkim napisem Dolcze&Guana. Włosy jak zawsze sowicie
potraktował Taftem Zajebisty LOOK. Monica niestety znów ubrała się w legginsy,
do tego buty sportowe z napisem Puma Najki Addidas. Miała na sobie także
cekinową tunikę i czarną, futrzaną kamizelkę a oprócz siatki z biedronki, małą
złotą torebeczkę. Po wyjściu z autobusu oboje stanęli jak wryci z
rozdziawionymi buziami rozglądając się dookoła. Samochody, bloki, mnóstwo
ludzi…to wszystko zadziwiało i onieśmielało zarazem naszą uroczą parkę. Geralt
widząc ich reakcję uśmiechnął się pod nosem. Sam mieszkał w stolicy już od pół
roku i uważał się za rodowitego warszawiaka, a że jego siostra mieszkała tutaj
już od kilku lat to wszystkim mówił, że jego rodzina mieszka w Warszawie od
pokoleń.
-Cześć-
zakrzyknął w stronę oszołomionych przybyszów. Odwrócili się w stronę Garalta z
otwartymi ustami, ale po chwili doszli do siebie.
-Cześć-
wyjąkała Monica- nie uprzedzałeś, że takie wszystko duże tutaj.
-Tu się
pewnie żyje jak w raju- cmoknął Dzianni- no niech tylko co setna osoba wrzuci
do puszki to przecież już masz wyżebrane kokosy! Geralt, dlaczego Ty nie
zaczniesz żebrać?!- nie mógł się nadziwić Dzianni.
- Chodźcie,
pójdziemy najpierw na brekfast – zaordynował Geralt pewnym siebie tonem-a potem
pokaże wam wieśniaki co nieco.
Geralt
zaprowadził swych gości do jednego z
barów mlecznych, których w okolicach dworca było mnóstwo. Wieśniacy
przyjeżdżający do stolicy lubili zajść do baru i wypić herbatę. Na więcej sobie
nie pozwalali, nie po to przecież wieźli bigos w słoiku żeby wydać pieniądze na
jakieś miastowe jedzenie. Usiedli we trójkę przy stoliku.
-Co
zamawiacie?- spytał Geralt
Monica
patrzy ze zmarszczonymi brwiami na tablicę z wywieszonym menu. Ceny były
powalające…głupie kopytka kosztowały 8 zł.
-Niezbyt tu
tanio- zaczęła niepewnie.
- To
Warszawa, czego się spodziewałaś- zakpił Geralt- ale myślę, że na małe
szaleństwo możecie sobie pozwolić.
- W
sumie..to ja chyba chcę herbatę tylko. Dzianni też. A Ty co zamówisz?
- Ja
naleśniki z dżemem, to co zwykle- powiedział Geralt z nieskrywaną dumą.
Ore Ore
pokiwali głowami z szacunkiem i zarazem zazdrością. Tak, Geralt był już
wielkomiejskim cwaniakiem bez dwóch zdań. Elegancki blezer, mokasyny i fryzura
a’la czeski piłkarz z podgolonymi bokami mówiły same za siebie. Ore Ore dostali
zamówioną herbatę i bez krępacji zaczęli wyciągać ze swoich przepastnych siatek
pierożki i szynkę. Niestety zwróciło to uwagę pani Zosi, która była w owym
barze kucharką, sprzątaczką, kelnerką i menadżerem.
-A co tutaj
robią? Tutaj nie można jeść swoich pierogów! Jak chcą jeść swoją szynkie to
niech idą gdzie indziej!
Monica
zatrzęsła się z oburzenia. Bezczelność obsługi sklepów i innych lokali
doprowadzała ją do szału. Na szczęście Geralt dokończył szybko swoje naleśniki
i pociągnął Ore Ore do drzwi. Rozpoczęli spacer po stolicy. Dzianni biegał po
ulicy i witał się z żebrającymi ziomkami a ich radosne łełe rozbrzmiewało po
całej ulicy. Monica z kolei non stop robiła zdjęcia dosłownie wszystkim i wszystkiemu:
budynki, kosze na śmieci, murzyni, sklepy…
-Jak nie
wstawię zdjęć na pejsa nikt nam nie uwierzy, że byliśmy w stolicy!- krzyczała
zaaferowana. Nagle dojrzała jakąś murzynę.
-E, ty,
foto ze mną, ok?- zaczęła na migi pokazywać kobiecie jakie ma względem niej
zamiary.
- Chce pani
sobie zrobić zdjęcie ze mną?- spytała uprzejmie murzyna.
Monica
stanęła jak wryta.
-Dzianni!-
wrzasnęła w stronę męża- to mówi!!!
Geralt
zasłonił twarz dłońmi i zabrał swych przyjaciół dokładnie w chwili gdy
próbowali założyć murzynie smycz na szyję. Następnym punktem ich wycieczki
miało być ZOO, ale tuż przed wejściem Monica stanęła okoniem.
- A co
jeśli dzik ucieknie z klatki?- spytała z obawą.
- Dzików
się boisz?-zirytował się Dzianni- a lwy, lamparty i tygrysy?
-Przecież
one nie zjadają ludzi- odpowiedziała Monica z wyjątkowo tępym wyrazem twarzy,
Wizyta w
ZOO przebiegła spokojnie ale tylko dlatego, że Geraltowi udało się zapchnąć Ore
Ore za pomocą gofrów i lodów dzięki czemu zwiedzali niemal w milczeniu.
Geralt miał
przygotowaną niespodziankę dla swych przyjaciół. Była to wizyta na stadionie
narodowym. Dla Dzianniego miała to być także wycieczka sentymentalna do miejsca
gdzie niegdyś jego współplemieńcy oddawali się nieskrępowanemu i
nieopodatkowanemu handlowi a także prowadzili liczne boje z konkurencją w
postaci Wietnamczyków i pozostałych Chińczyków. Spacerowali po stadionie
podtrzymując Dzianniego, który walczył ze łzami wzruszenia.
-O tutaj
ciotka Papusza sprzedawała patelnie- łkał. Dzianni był dumny ze swej słynnej cioteczki, która
jako jedna z nielicznych cyganów nauczyła się nie tylko pisać i sylabizować,
ale także układała proste rymowanki przez co okrzyknięto ją cygańską poetką. Dzianni
był zdruzgotany tym w jaki sposób zniszczono to miejsce odwiecznego handlu i
świątynię cygaństwa.
W planie
wycieczki było także zwiedzanie szatni piłkarzy. Dzianni i Monica przymierzali
się do zrobienia zdjęcia na tle koszuli Lewandowskiego, ale była okupowana
przez żądną sławy na pejsbuku swołocz.Wreszcie udało się Ore Ore klapnąć na miejscu Lewandowskiego. Co prawda siedziała tam już jakaś mała dziewczyna, ale krótkie "wypierdalaj suko", które Monica syknęła w jej stronę wystarczyło by dziecko rzuciło się z płaczem w objęcia zszokowanej matki. Wycieczka ruszyła dalej.
Nagle Geralt spostrzegł coś pomiędzy
stadionowymi krzesełkami, na których posadzili Dzianniego by odpoczął po tej
dawce wzruszeń. To był portfel. Zajrzeli do środka. W portfelu znajdowało się
85 zł i legitymacja szkolna na nazwisko Dżessika Kowalska. Była też karteczka: W wypadku odnalezienia odesłać na adres
podany na legitymacji.
- Chyba
trzeba to oddać- zaczął niepewnie Geralt.
-Ale komu?
Przecież my nie znamy tej Dżessiki to jak chcesz oddać?- krzyknął Dzianni,
któremu z wrażenia obeschły łzy.
- Dzianni
ma rację- sapnęła Monica- nie znamy jej to jak mamy oddać.
- W sumie
racja- zgodził się Geralt- tu jest napisane, że mieszka na Chopina 25/27 w WUM.
-My
mieszkamy na Chopina 25/21 więc niestety, ale nie znamy jej.
-No to nie
będziemy się wygłupiać-zarządził Geralt- chodźmy na naleśniki!
CDN
sobota, 8 marca 2014
Odcinek 16
Pojawiali się też kolejni goście. Przyjęcie z okazji sylwestra miało być połączone z przyjęciem urodzinowym Dzianniego, które co prawda wypadało w marcu, ale Ore Ore nie byliby sobą jakby nie próbowali oszczędzić i upiec dwóch pieczeni przy jednym (najlepiej cudzym) ogniu. Gospodarze powitali własnie Michaela i Petro, dwóch gejów, którzy udawali super heteryków a potem kradli sobie pocałunki po kątach. Monica zaprosiła też Halinę, która o dziwo przyjęła zaproszenie i wtoczyła się do mieszkania razem z prezentem i sałatką. Zaraz po niej zjawił się Matez (tym razem sam), Bohdan i Wuj z Klauduś. Wuj był ciotecznym bratem Monici. Chodził w dresach, a jego pasją była filozofia egzystencjalna i wypady na chuligańskie bijatyki. Klauduś była przemiła. Zdobyła sławę posiadaczki największych cycków, które były zarówno skarbem jak i przekleństwem. Kolorowy orszak zakończyła Sabcia.
-Heeej, gadka szmata teges szmeges!- rzekła do Dzianniego wręczając siatkę ugotowanego makaronu.
Wszyscy usiedli przy stole, alkohol lał się strumieniami, jedzenie było pochłanianie kilogramami, co sprawiło, że Monica szczerze żałowania swojego pomysłu reglamentacji żywności. Wraz z każdym wypitym kieliszkiem kraśniały lica, poprawiały się humory ale i odżywały animozje, tego wieczora dojdzie też do kilku kryzysów o czym jeszcze nasi bohaterowie nie wiedzieli. W tym momencie wszyscy byli zadowoleni i radośni. Maua jak zawsze popiskiwała chłeptając swoją łiski z kolą. Muffin również raczy się łiski i spacerował po mieszkaniu z wykrywaczem metali, co chwila triumfalnie wyciągając monetę spod dywanu. Matez siedział z założoną nogą i popijał wódkę co chwila robiąc z zaskoczenia zdjęcia. Posiadanie ojca z SB i dziadka z Wermachtu nie mogło pójść na marne. Miał dziś wyjątkowo designerską koszulę i plakietkę z tytułem naukowym na wszelki wypadek jakby ktoś zapomniał o tym, że dla niego, Mateza. pozostali obecni to niedouczone psy. Geralt jak zawsze jadł starając się unikać karcącego wzroku Monici. Specjalnie na tę okazję założył wielką muchę, która nieco przysłaniała mu twarz i utrudniała jedzenie, ale musiał pokazać wieśniakom jak się chodzi w stolicy. Michael i Petro jak zawsze obściskiwali się na kanapie udając, że się nie obściskują. Bohdan siedział przy komputerze na stronie starealejare.milf.com i przeglądał kolejne zdjęcia mrucząc: "poszłaby", "poszłaby bez całowania". Pyskacja siedziała jak nie ona, cicho słuchając innych i podśmiechując się pod wąsem, ewentualnie rzucając od czasu do czasu: "zamknij się ciotek". Po chwili zaczęła się zbierać do wyjścia.
- Gdzie ty właściwie idziesz?- spytała Monica.
- Do Karoliny- mruknęła cicho Pyskacja zakładając buty.
- Przecież Karolina pojechała do domu, tak wczoraj mówiłaś.
- Oj, ale do innej Karoliny.
- Do jakiej?
-Nie znasz.
- No to pytam do jakiej Karoliny idziesz?- Monica stała za założonymi rękami niczym mama nad zbuntowaną córką.
- Oj Monica, co ty chcesz! Poznałam ją jak kupowałam mięso na obiad.
- Przecież ty nie robisz obiadów!
- Ale kupowałam, weź się odpierdol!
- Dzwonię do mamy!
- Zaraz cię zabije motyką!- wrzasnęła Pyskacja chwytając nagle motykę. Tak, w jej pokoju było wszystko: ubrania, papiery, resztki jedzenia, brudne talerze, buty i nawet motyka.
Na takie dictum Monica się jak zawsze rozpłakała i uciekła do łazienki.
W tym czasie pozostali goście byli coraz bardziej pijani. Halina piła mało, obserwowała i czekała. Była niczym puma, która bezszelestnie krąży i szuka najsłabszej zwierzyny w stadzie. Spojrzała na Geralta, który niegdyś zawrócił jej w głowie, kupował malinowe lody, zaprosił do domu, oglądał z nią sukienki ślubne a następnie porzucił jak zepsuty kawałek tofu. Od lat planowała zemstę i wyczekiwała stosownego momentu. Nie udało jej się zarżnąć go nożem do sera razem z tą wywłoką Pulpecją, ale oto przyszła kryska na matyska lub koza do woza jak kto woli. Wiedziała, że w przypadku Geralta można trafić wszędzie przez żołądek. Przygotowała wyborną sałatkę ze strychniną, którą własnie Geralt się zajadał. Wiedziała, że inni również mogą się nią poczęstować, ale "gdzie drwa robią tam wióry lecą"-pomyślała. Tymczasem dalej lustrowała obecnych. Spodobał się jej Muffin, ale Maua nie wyglądała na kogoś z kim można zadzierać. Kręcone jak spirale włosy nadawały jej demoniczny wygląd a czerwone paznokcie nie zachęcały do konfrontacji. Potem zerknęła na Mateza, który obecnie pochłonięty był próbą umieszczenia aparatu pod spódnicą Klauduś...niestety, mimo,że jak zawsze był chory, to nie wyglądał na zbyt pijanego. Dzianni...hmm....tutaj można by spróbować, Monica to ciota. Chociaż może to pozory? Wygląda na sierotę, ale jej waga budzi respekt. Wuj...hmm...może? Co prawda Klauduś mogła ją zabić jednym cyckiem, ale w tej chwili zajęta była rozmowa z Matezem, który opowiadał jej o tym dlaczego Żydzi są tak naprawdę wyższą rasą. Ruszyła do przodu płynnym krokiem.
-Wuju, muszę mieć z tobą zdjęcie- rzekła przymilnie i klapnęła Wujowi na kolana. Ten nie protestował, przybrał pozę wojownika, a tak mu się przynajmniej wydawało. W rzeczywistości była to poza kota na tabletach. Matez usłużnie pstryknął im foteczkę a Halina zaczęła wygodniej mościć się na kolanach Wuja gdy usłyszała za sobą wściekłe sapnięcie.Gdyby miała trochę refleksu może zdążyłaby się uchylić, a tak niestety, rozpędzony cycek zdzielił ją po głowie. Halina jednak nie straciła rezonu. Troszkę otumaniona ruszyła dalej. Bohdan był całkowicie pochłonięty profilami milfów ale o to Petro siedzi sam. Michael tańczył z krzesłem. Halina podeszła cicho do Petra.
-Hej-zamruczała- może przewietrzymy się w kuchni?
Petro łypnął okiem w stronę Michalea i ruszył za Haliną do kuchni, gdzie rzucili się na siebie jak wygłodniałe zwierzęta. Petro nie był szczególnie zadowolony, ale potrzeba udawania hetero była silniejsza.Starał się również wygryźć na szyi Haliny swoje imię, żeby nie było wątpliwości co do tego kto się z nią migdalił.
Dzianni, nieco smutny z powodu przypalonej żorżety, rozluźnił się w przy aplauzie pozostałych i począł wycinać hołubce na dywanie.Monica wyszła wreszcie z łazienki i jak każda dobra gospodyni poszła do kuchni dołożyć sałatek. Zamarła widząc Petra i Halinę. Oni nie speszyli się zbytnio ale poszli do pokoju. Halina popatrzyła na ledwo przytomnego Michaela i w jej głowie zaświtał plan.
Impreza trwała w najlepsze, tańce, wino i śpiew. Nagle usłyszeli dzwonek do drzwi. Monica poszła otworzyć. Za drzwiami stała sąsiadka z góry.
- Czy wyście powariowali? Mieszkam tutaj 40 lat i nikt tak głośno się nie zachowywał! Moja matka ma pięć chorób i wszystkie śmiertelne! Zaraz wezwę żandarmerię wojskową i ABW gówniarze! Wy..
Sąsiadka nie zdążyła nic więcej powiedzieć bo powalił ją kopniak z półobrotu wykonany przez Dzianniego. Jednak baba była twarda. Po chwili kotłowali się z Dziannim po klatce jak dwa wściekłe psy. Padał cios za ciosem, kopniak za kopniakiem, raz baba była górą, a raz Dzianni. Pozostali próbowali odciągnąć walczących, ale niestety zrobiła to za nich policja wezwana przez innego sąsiada (właściciel 30-letniego psa, w wolnych chwilach przebijał opony). Dzianni został skuty kajdankami i wyprowadzony, na nic nie zdało się jego rozpaczliwe Łłełełełełeę. Baba stawiała jeszcze większy opór, więc spacyfikowano ją pałką a następnie wyprowadzono ze skutymi rękami i nogami oraz metalową kulą przy kostkach.
Wszystkim zrobiło się nieco smutno, ale alkohol we krwi zrobił swoje i po chwili nadal wesoło podskakiwali.
-Hahahaa gadka szmatka teges szmeges hahaahhaaahah hahahaa- zawodziła Sabcia próbując zwrócić się na siebie uwagę Bohdana. Ten rzeczywiście łypnął na nią okiem i zaraz usiadł obok.
-No hej....jestem Bohdan z Zamościa.
-Gadka szmatka, podobno jesteś z Zamościa.
-Oj Wierzba to w sumie dzielnica Zamościa.
-hahhaaaha. Może zatańczymy?
- Ech- westchnął Bohdan- morelą nie pachniesz, ale co mi szkodzi.
Po chwili rytmicznie bujali się na dywanie a pomiędzy nimi śmigał Muffin z wykrywaczem.
Dzianni został wrzucony do celi niczym worek kartofli.
-Przepraszam, naprawdę- próbował ułagodzić policjantów, ale trafił na wyjątkowych skurwysynów, wiec tylko dostał pałką po łapach. Dzianni rozejrzał się po celi gdy ze zdumieniem ujrzał siedzącą na pryczy Pyskację!
- Co ty tu robisz?!- krzyknął.
-Morda tam brudasie- upomniał go policjant.
-Co ty tutaj robisz?- wyszeptał więc Dzianni.
-Oj nic- Pyskacja osiągała apogeum naburmuszenia- wrobili mnie.
-A masz chociaż lusterko?-spytał Dzianni osiągając z kolei szczyt zrozpaczenia.
Pyskacja podała mu maleńkie lusterko, którego nie znaleźli podczas przeszukania. Gerlat zdmuchnął z niego resztki białego proszku by nic nie zakłócało widoku jego lica. Zamarł, gdy ujrzał swe odbicie..rozczochrane włosy, podkrążone oczy i co najgorsze....taka jakby poprawiona buzia..Geralt zapłakał rzewnie."Co ze mną będzie?".
W rezydencji Ore trwało przyjęcie. Halinie udało się zaciągnąć nieprzytomnego Michaela do pokoju Pyskacji. Na łóżku spał Wuj, ale nie przeszkodziło jej to rzucić gejucha na łoże i rzucić się na niego. Michael najpierw zaczął się rozpaczliwie bronić, ale potem już tylko łkał gdy Halina zdzierała z niego i z siebie ubranie. Nie widziała, że za nimi cicho podążył Matez, który teraz dokumentował poczynania Haliny. Za chwilę przybiegł również zaciekawiony Geralt, zajrzał pod ramieniem Mateza do pokoju i wiedział już, że nie pozbędzie się tego widoku do końca życia. Zatoczył się, oparł o ścianę i zwymiotował. Tak o to, zupełnie nieświadomie, uratował swoje życie, gdyż wraz z jedzeniem wyleciała strychnina. Monica, widząc Gerlata rzygającego jak kot po śliwkach, złapała go i zaniosła do wanny a tam poczęła polewać go wodą. Po 15 minutowej kąpieli Geralt czuł się jak nowonarodzony, wyskoczył z wanny i pobiegł hasać z Bohdanem i Sabcią. Po dwóch godzinach wrócił Dzianni prowadząc ze sobą Pyskację. Był bez koszuli, którą musiał zostawić jako kaucję. Od Pyskacji nic nie chcieli. Wszyscy rzucili się na Dzianniego chcąc go pocieszyć.
-Bardzo dobrze postąpiłeś- perrorował Matez-skarciłeś kurwiszona po alfonsiemu!
Impreza miała się już ku końcowi. Maua i Muffin zamówili sobie taksówkę.
-Koniecznie mercedes- piszczała Maua do dyspozytorki- koniecznie!
Sabcia śmiejąc się i zataczając wyszła z mieszkania wołając:
-Gadka teges szmeges szmatka!
Bohdan ułożył się na dywaniku w łazience. Geralt pomógł Monice pozanosić na łóżka lub inne legowiska pozostałych. Wuj i Klauduś również pojechali. Halina spała z Michaelem, ale wściekły na partnera Petro zabrał Michasia na inne łożko, namówił też Dzianniego by spał z nimi. Zasnęli we trzech obejmując się. Geralt rozłożył się na swojej karimacie a Monice nie pozostało nic innego jak zwinąć się na wycieraczce.
-Heeej, gadka szmata teges szmeges!- rzekła do Dzianniego wręczając siatkę ugotowanego makaronu.
Wszyscy usiedli przy stole, alkohol lał się strumieniami, jedzenie było pochłanianie kilogramami, co sprawiło, że Monica szczerze żałowania swojego pomysłu reglamentacji żywności. Wraz z każdym wypitym kieliszkiem kraśniały lica, poprawiały się humory ale i odżywały animozje, tego wieczora dojdzie też do kilku kryzysów o czym jeszcze nasi bohaterowie nie wiedzieli. W tym momencie wszyscy byli zadowoleni i radośni. Maua jak zawsze popiskiwała chłeptając swoją łiski z kolą. Muffin również raczy się łiski i spacerował po mieszkaniu z wykrywaczem metali, co chwila triumfalnie wyciągając monetę spod dywanu. Matez siedział z założoną nogą i popijał wódkę co chwila robiąc z zaskoczenia zdjęcia. Posiadanie ojca z SB i dziadka z Wermachtu nie mogło pójść na marne. Miał dziś wyjątkowo designerską koszulę i plakietkę z tytułem naukowym na wszelki wypadek jakby ktoś zapomniał o tym, że dla niego, Mateza. pozostali obecni to niedouczone psy. Geralt jak zawsze jadł starając się unikać karcącego wzroku Monici. Specjalnie na tę okazję założył wielką muchę, która nieco przysłaniała mu twarz i utrudniała jedzenie, ale musiał pokazać wieśniakom jak się chodzi w stolicy. Michael i Petro jak zawsze obściskiwali się na kanapie udając, że się nie obściskują. Bohdan siedział przy komputerze na stronie starealejare.milf.com i przeglądał kolejne zdjęcia mrucząc: "poszłaby", "poszłaby bez całowania". Pyskacja siedziała jak nie ona, cicho słuchając innych i podśmiechując się pod wąsem, ewentualnie rzucając od czasu do czasu: "zamknij się ciotek". Po chwili zaczęła się zbierać do wyjścia.
- Gdzie ty właściwie idziesz?- spytała Monica.
- Do Karoliny- mruknęła cicho Pyskacja zakładając buty.
- Przecież Karolina pojechała do domu, tak wczoraj mówiłaś.
- Oj, ale do innej Karoliny.
- Do jakiej?
-Nie znasz.
- No to pytam do jakiej Karoliny idziesz?- Monica stała za założonymi rękami niczym mama nad zbuntowaną córką.
- Oj Monica, co ty chcesz! Poznałam ją jak kupowałam mięso na obiad.
- Przecież ty nie robisz obiadów!
- Ale kupowałam, weź się odpierdol!
- Dzwonię do mamy!
- Zaraz cię zabije motyką!- wrzasnęła Pyskacja chwytając nagle motykę. Tak, w jej pokoju było wszystko: ubrania, papiery, resztki jedzenia, brudne talerze, buty i nawet motyka.
Na takie dictum Monica się jak zawsze rozpłakała i uciekła do łazienki.
W tym czasie pozostali goście byli coraz bardziej pijani. Halina piła mało, obserwowała i czekała. Była niczym puma, która bezszelestnie krąży i szuka najsłabszej zwierzyny w stadzie. Spojrzała na Geralta, który niegdyś zawrócił jej w głowie, kupował malinowe lody, zaprosił do domu, oglądał z nią sukienki ślubne a następnie porzucił jak zepsuty kawałek tofu. Od lat planowała zemstę i wyczekiwała stosownego momentu. Nie udało jej się zarżnąć go nożem do sera razem z tą wywłoką Pulpecją, ale oto przyszła kryska na matyska lub koza do woza jak kto woli. Wiedziała, że w przypadku Geralta można trafić wszędzie przez żołądek. Przygotowała wyborną sałatkę ze strychniną, którą własnie Geralt się zajadał. Wiedziała, że inni również mogą się nią poczęstować, ale "gdzie drwa robią tam wióry lecą"-pomyślała. Tymczasem dalej lustrowała obecnych. Spodobał się jej Muffin, ale Maua nie wyglądała na kogoś z kim można zadzierać. Kręcone jak spirale włosy nadawały jej demoniczny wygląd a czerwone paznokcie nie zachęcały do konfrontacji. Potem zerknęła na Mateza, który obecnie pochłonięty był próbą umieszczenia aparatu pod spódnicą Klauduś...niestety, mimo,że jak zawsze był chory, to nie wyglądał na zbyt pijanego. Dzianni...hmm....tutaj można by spróbować, Monica to ciota. Chociaż może to pozory? Wygląda na sierotę, ale jej waga budzi respekt. Wuj...hmm...może? Co prawda Klauduś mogła ją zabić jednym cyckiem, ale w tej chwili zajęta była rozmowa z Matezem, który opowiadał jej o tym dlaczego Żydzi są tak naprawdę wyższą rasą. Ruszyła do przodu płynnym krokiem.
-Wuju, muszę mieć z tobą zdjęcie- rzekła przymilnie i klapnęła Wujowi na kolana. Ten nie protestował, przybrał pozę wojownika, a tak mu się przynajmniej wydawało. W rzeczywistości była to poza kota na tabletach. Matez usłużnie pstryknął im foteczkę a Halina zaczęła wygodniej mościć się na kolanach Wuja gdy usłyszała za sobą wściekłe sapnięcie.Gdyby miała trochę refleksu może zdążyłaby się uchylić, a tak niestety, rozpędzony cycek zdzielił ją po głowie. Halina jednak nie straciła rezonu. Troszkę otumaniona ruszyła dalej. Bohdan był całkowicie pochłonięty profilami milfów ale o to Petro siedzi sam. Michael tańczył z krzesłem. Halina podeszła cicho do Petra.
-Hej-zamruczała- może przewietrzymy się w kuchni?
Petro łypnął okiem w stronę Michalea i ruszył za Haliną do kuchni, gdzie rzucili się na siebie jak wygłodniałe zwierzęta. Petro nie był szczególnie zadowolony, ale potrzeba udawania hetero była silniejsza.Starał się również wygryźć na szyi Haliny swoje imię, żeby nie było wątpliwości co do tego kto się z nią migdalił.
Dzianni, nieco smutny z powodu przypalonej żorżety, rozluźnił się w przy aplauzie pozostałych i począł wycinać hołubce na dywanie.Monica wyszła wreszcie z łazienki i jak każda dobra gospodyni poszła do kuchni dołożyć sałatek. Zamarła widząc Petra i Halinę. Oni nie speszyli się zbytnio ale poszli do pokoju. Halina popatrzyła na ledwo przytomnego Michaela i w jej głowie zaświtał plan.
Impreza trwała w najlepsze, tańce, wino i śpiew. Nagle usłyszeli dzwonek do drzwi. Monica poszła otworzyć. Za drzwiami stała sąsiadka z góry.
- Czy wyście powariowali? Mieszkam tutaj 40 lat i nikt tak głośno się nie zachowywał! Moja matka ma pięć chorób i wszystkie śmiertelne! Zaraz wezwę żandarmerię wojskową i ABW gówniarze! Wy..
Sąsiadka nie zdążyła nic więcej powiedzieć bo powalił ją kopniak z półobrotu wykonany przez Dzianniego. Jednak baba była twarda. Po chwili kotłowali się z Dziannim po klatce jak dwa wściekłe psy. Padał cios za ciosem, kopniak za kopniakiem, raz baba była górą, a raz Dzianni. Pozostali próbowali odciągnąć walczących, ale niestety zrobiła to za nich policja wezwana przez innego sąsiada (właściciel 30-letniego psa, w wolnych chwilach przebijał opony). Dzianni został skuty kajdankami i wyprowadzony, na nic nie zdało się jego rozpaczliwe Łłełełełełeę. Baba stawiała jeszcze większy opór, więc spacyfikowano ją pałką a następnie wyprowadzono ze skutymi rękami i nogami oraz metalową kulą przy kostkach.
Wszystkim zrobiło się nieco smutno, ale alkohol we krwi zrobił swoje i po chwili nadal wesoło podskakiwali.
-Hahahaa gadka szmatka teges szmeges hahaahhaaahah hahahaa- zawodziła Sabcia próbując zwrócić się na siebie uwagę Bohdana. Ten rzeczywiście łypnął na nią okiem i zaraz usiadł obok.
-No hej....jestem Bohdan z Zamościa.
-Gadka szmatka, podobno jesteś z Zamościa.
-Oj Wierzba to w sumie dzielnica Zamościa.
-hahhaaaha. Może zatańczymy?
- Ech- westchnął Bohdan- morelą nie pachniesz, ale co mi szkodzi.
Po chwili rytmicznie bujali się na dywanie a pomiędzy nimi śmigał Muffin z wykrywaczem.
Dzianni został wrzucony do celi niczym worek kartofli.
-Przepraszam, naprawdę- próbował ułagodzić policjantów, ale trafił na wyjątkowych skurwysynów, wiec tylko dostał pałką po łapach. Dzianni rozejrzał się po celi gdy ze zdumieniem ujrzał siedzącą na pryczy Pyskację!
- Co ty tu robisz?!- krzyknął.
-Morda tam brudasie- upomniał go policjant.
-Co ty tutaj robisz?- wyszeptał więc Dzianni.
-Oj nic- Pyskacja osiągała apogeum naburmuszenia- wrobili mnie.
-A masz chociaż lusterko?-spytał Dzianni osiągając z kolei szczyt zrozpaczenia.
Pyskacja podała mu maleńkie lusterko, którego nie znaleźli podczas przeszukania. Gerlat zdmuchnął z niego resztki białego proszku by nic nie zakłócało widoku jego lica. Zamarł, gdy ujrzał swe odbicie..rozczochrane włosy, podkrążone oczy i co najgorsze....taka jakby poprawiona buzia..Geralt zapłakał rzewnie."Co ze mną będzie?".
W rezydencji Ore trwało przyjęcie. Halinie udało się zaciągnąć nieprzytomnego Michaela do pokoju Pyskacji. Na łóżku spał Wuj, ale nie przeszkodziło jej to rzucić gejucha na łoże i rzucić się na niego. Michael najpierw zaczął się rozpaczliwie bronić, ale potem już tylko łkał gdy Halina zdzierała z niego i z siebie ubranie. Nie widziała, że za nimi cicho podążył Matez, który teraz dokumentował poczynania Haliny. Za chwilę przybiegł również zaciekawiony Geralt, zajrzał pod ramieniem Mateza do pokoju i wiedział już, że nie pozbędzie się tego widoku do końca życia. Zatoczył się, oparł o ścianę i zwymiotował. Tak o to, zupełnie nieświadomie, uratował swoje życie, gdyż wraz z jedzeniem wyleciała strychnina. Monica, widząc Gerlata rzygającego jak kot po śliwkach, złapała go i zaniosła do wanny a tam poczęła polewać go wodą. Po 15 minutowej kąpieli Geralt czuł się jak nowonarodzony, wyskoczył z wanny i pobiegł hasać z Bohdanem i Sabcią. Po dwóch godzinach wrócił Dzianni prowadząc ze sobą Pyskację. Był bez koszuli, którą musiał zostawić jako kaucję. Od Pyskacji nic nie chcieli. Wszyscy rzucili się na Dzianniego chcąc go pocieszyć.
-Bardzo dobrze postąpiłeś- perrorował Matez-skarciłeś kurwiszona po alfonsiemu!
Impreza miała się już ku końcowi. Maua i Muffin zamówili sobie taksówkę.
-Koniecznie mercedes- piszczała Maua do dyspozytorki- koniecznie!
Sabcia śmiejąc się i zataczając wyszła z mieszkania wołając:
-Gadka teges szmeges szmatka!
Bohdan ułożył się na dywaniku w łazience. Geralt pomógł Monice pozanosić na łóżka lub inne legowiska pozostałych. Wuj i Klauduś również pojechali. Halina spała z Michaelem, ale wściekły na partnera Petro zabrał Michasia na inne łożko, namówił też Dzianniego by spał z nimi. Zasnęli we trzech obejmując się. Geralt rozłożył się na swojej karimacie a Monice nie pozostało nic innego jak zwinąć się na wycieraczce.
czwartek, 6 marca 2014
Odcinek 15
Geralt spędzał kolejny nudny dzień w pracy. Przeglądał zdjęcia dzieci, samochodów, domów i psów, które jego znajomi dodawali na pejsa jak zwariowani. Monica spamowała postami firmy, którą dopiero co z Dziannim założyli. Firma pod nazwą OreAmore Dzianni&Dzianni& Monica Company Es A świadczyła różne usługi, w zasadzie to nie wiadomo było czym dokładnie się zajmuje, jak na razie ograniczała się do żebrania o lajki...o tak, w żebrach Ore byli wprawieni. Inni znajomi rzucali sobie wyzwania wypicia piwa na czas, wypicia butelki piwa na raz, ugotowania zupy lub zesrania się na wizji.
Nagle dostrzegł czerwoną jedynkę zwiastując wiadomość.
"Co robisz?"- pytała niejaka Samanta Perejro.
"Monica"-pomyślał Geralt i odpisał jak to ciężko haruje. Monica miała na pejsbuku kilka kont. Monica Cweliśniak to było jej oficjalne konto, na którym zamieszczała odpowiednio obrobione zdjęcia, rozsądne posty i lajkowała odpowiednią muzykę. Monica Ore Ore to konto, które służyło do udziału w konkursach i do wyłudzania darmowych próbek. Monica pisała na nim, że ma dzieci i częste zaparcia aby otrzymywać saszetki Jelitonu lub płynu do płukania dla niemowląt. Posuwała się nawet do żałosnych skarg na nietrzymanie moczu żeby otrzymać wkładki dla osób z takimi problemami. Zdobytymi w ten sposób giftami obdarowywała rodzinę i znajomych. Monica była awanturniczej natury i często angażowała się w bezsensowne potyczki słowne na fejsbuku. Kończyły się czasem walką na pięści w realu lub co gorsza wyśmianiem Monici na pejsie. Z tego powodu narodziła się Samanta Perejro. Samanta była syczącą i prychającą żmiją, która toczyła bitwy z każdym i na każdy temat. Wszystkie posty na spotted: WUM były dla niej powodem do rozpętania burzy i lżenia oponentów. Samanta była także swoistym pejsbukowym Zorro, który zwalczał głupotę i inne niż jedyne słuszne opinie a także prowadził krucjatę przeciwko Ukraińcom. Monica miała też łagodną stronę osobowości, której nie mogła ujawnić w obawie przed wyśmianiem. Od tego była Marysia Loczek. Marysia udostępniała posty, które za każde udostępnienie dawały kroplę wody dla Sudanu lub psuły jeden karabin rosyjskiego żołnierza, zbierała fundusze na operację chorych dzieci i na jedzenie dla psów w schroniskach. Byli jeszcze Adrian Picz i Pola Koterska, którzy lajkowali posty Samanty i Marysi, ale w razie potrzeby także posty Monici Cweliśniak. Wszystkie fałszywe konta miały siebie nawzajem w znajomych. Adrian dodatkowo straszył spaleniem domu oponentów Samanty. Prowadzenie kilku kont było dosyć wyczerpujące ale Monica pokochała niezależność jaką jej to dawało.
Geralt chwilę konwersował z Monicą. Polubił też nową fotę Pyskacji, na którym robiła sobie zdjęcie laptopem w łazienkowym lustrze. W tle malowniczo rozpościerały się majtki Dzianniego. Pyskacja zatroszczyła się także o podpis "Nikt mnie nie zna tak jak ja, tylko bóg może mnie sądzić bo nie byłabym sobą gdybym była inna JP JP JP na 300%"
Nagle Geralt zatęsknił za Bohdanem, przyjacielem ze studiów, u którego niegdyś kątem pomieszkiwał. Bohdan był na tyle miły, że pozwalał mu spać w salonie i nawet przynieść swój materac. Być może przeszkadzało to nieco współlokatorowi Bohdana- Wojtkowi Jelito, ale kto by się nim przejmował. Niepodzielnym władcą stancji była Jekaterina, siostra Bohdana. Była dowódcą stancji ale także panią życia i śmierci lokatorów. Wydzielała swojemu bratu jedzenie, urządzała pokazy tańca w mieszkaniu, chorowała też psychicznie. Wybaczano jej to jednak ponieważ była geniuszem. W wieku dwudziestu lat szczyciła się już stypendium naukowym na jednym z najbardziej prestiżowych kierunków ( Gry i zabawy z hulajnogą albo coś w tym stylu). To dawało jej zdecydowanie uprzywilejowaną pozycję w domu rodzinnym i na stancji. Geralt na początku starał się zaprowadzić iście domowe zwyczaje na stancji i zaproponował naprzemiennie gotowanie obiadów na co rodzeństwo Chochelków ochoczo przystało. Geralt zakupił suszone pomidory, steki, karczochy, krewetki, czarny ryż i kawior. Przygotował z tego prawdziwą ucztę, na którą zaproszono nawet Wojtka Jelito, który jednak zadowolił się kawałeczkiem filetu z kurczaka. Na drugi dzień Geralt spieszył do mieszkania zaciekawiony co też Chochelkowie przygotowali w rewanżu. Na klatce powitały go smakowite zapachy, ale zorientował się, że to od dentysty. Pobiegł na górę. Wszedł do mieszkania podśpiewując.
-Geralcie- zawołała Jekaterina z kuchni- szybko bo Ci wystygnie!
Geralt w podskokach znalazł się w kuchni, gdzie zastał ni mniej ni więcej, ale miskę zupki chińskiej. Od tamtego czasu zarzucił pomysł obiadów domowych i regularnie szorował sedes szczoteczką Jekateriny.
Geral otrząsnął się z niemiłych wspomnień i wybrał numer Bohdana.
-Halo?- usłyszał ukochany głos.
-No cześć Bohdan, co porabiasz, masz czas pogadać?
-Spoko, jasne, że mam czas. A właśnie składam wieniec na trumnie a Ty?
Geralt zachichotał. "Cały Bohdan"-pomyślał z rozrzewnieniem.
Tymczasem Monica szykowała obiad. Jak zawsze miała złudzenia, że tym razem nie będzie smakował jak gówno. Usłyszała zgrzyt klucza w zamku, do mieszkania wtoczyła się Pyskacja ciągnąc na sobą koleżankę Karolę. Pyskacja weszła do swojego pokoju i zrzuciła z łóżka brudne ubrania i inne śmieci aby przygotować Karoli miejsce do siedzenia. Monica stanęła w drzwiach pokoju.
-Co tam?- spytała/
-Oj Monica daj mi kurwa spokój!!!- warknęła Pyskacja wściekle zrzucając buty.
-Nie zdała prawka- szepnęła Karola.
-Dlaczego nie zdałaś?
- Bo pomyliłam sie przy wsiadaniu- burknęła Pyskacja.
-To znaczy?- Monica na chuj drążyła temat.
-Wsiadłam na tylne siedzenie.
- Co?? Dlaczego?
- Bo tak chciałam! Weź się ode mnie odpierdol!
Monica załamała ręce i poszła przygotowywać obiad. Zbliżał się sylwester. Wstępnie zaprosiła kilka osób, zastanawiała się teraz co zaserwować, żeby a)było tanio b)wyglądało drogo c) było tanio. Jej rozmyślania przerwał telefon od Mauej.
-No hej!- zaskrzeczała Maua.
- No hej, myślę właśnie co zrobić na sylwestra...
-Słuchaj- zaczęła rzeczowo Maua- to musi być coś rozsądnego, nie ma co się wysilać...może ośmiorniczki w serowej tempurze?
Monica przeliczyła w myślach cenę dania i wiedziała już, że prędzej odetnie sobie palce niż to poda.
- Eeee, a słuchaj...chcieliśmy kupić jakiś drobiazg na urodziny Muffina, co byś nam doradziła?
- Ej, wystraczy, że nas zapraszacie, naprawdę nie musicie nic kupować.
-No ale jakiś drobiazg...wiesz, tak symbolicznie.
- Hm...no ale to naprawdę coś drobnego...może wielbłąda?
Monica niemal usłyszała dźwięk jej szczęki rozbijającej się o kuchenne płytki.
Sylwester nadszedł szybciej niż się spodziewali. Geralt zamówił bilet rok wcześniej, aby jechać za złotówkę. Wiedział czego się może spodziewać po imprezie u Ore Ore i nie chciał płacić za to więcej niż to konieczne. Pojawił się u Ore Ore po południu witany gromkimi brawami i okrzykami zadowolenia. Był niestety pierwszym gościem, co oznaczało pełny udział w przygotowaniach. Na dzień dobry został obdarowany też saszetką Colonu C i gazetą Metro. Pyskacja siedziała w pokoju, ale wychodziła co chwila, szła w stronę lustra, wracała, powtarzała ten manewr trzy razy i zamykała się w pokoju. Cykl rozpoczynał się od nowa co kilka minut. Monica uwijała się jak w ukropie. Jedną ręką kroiła parówki, drugą gotowała makaron a stopą mieszała bigos. Dzianni stał przed lustrem i poprawiał pojedyncze kosmyki psiukając co chwila lakierem, p chwili całe mieszkanie tonęło w oparach Taftu Zajebisty Look.
-Uprasowałaś mi koszulę z żorżety?-krzyknął w stronę żony.
Monica mruknęła i starała się zębami chwycić sznur żelazka. Piotrek ulitował się nad ciemiężoną Monicą i zabrał się za prasowanie koszuli Dzianniego. Była ona majstersztykiem brudasiej roboty. Błękitna żorżeta z wspaniałym żabotem i złoceniami na rękawach. Zabrał się beztrosko do prasowania nie bacząc na to z jak delikatną materią ma do czynienia i zaraz poniósł tego konsekwencję. Na jednej z falban żabotu pojawił się ślad po przypaleniu. Geralt nieco się przestraszył, ale postanowił udawać, że tak było. Oddał Dzianniemu koszulę a ten delikatnie zaczął ją nakładać. Gdy wszystkie guziczki były już idealnie zapięte, Dzianni przystąpił do wnikliwej analizy swego wyglądu. Geralt przygotowywał w tym czasie swoją słynną sałatkę z pietruszki. Sałatka składała się z pociętej natki doprawionej startym korzeniem i solą. Nagle usłyszeli krzyk Dzianniego.
-Co to kurwa ma być?!!
Dzianni wpadł do kuchni z wyrazem weltschmerzu na twarzy pokazując malutkie przypalenie.
-Oj prawie nie widać- stwierdziła Monica.
-Prawie nie widać??! Oszalałaś? Mam pójść w spalonej koszuli? Może od razu worek założę! Po co włosy układałem, na co to wszystko pytam! W jaki celu?!! A komu to potrzebne?!!
- Super koszula kurwo!- wrzasnęła Monica przerywając płacze męża. Ten, jak zawsze, podkulił ogon i poszedł konstruować reaktor atomowy, nad którym pracował od kilku tygodni. Nadszedł wieczór i zaczęli schodzić się goście. A więc najpierw, w paradnym stroju, pojawiła się Pyskacja. Skrytykowała jedzenie przygotowane przez Monicę i została wysłana do Macro po napoje. Zabrzmiał kolejny dzwonek do drzwi. Monica poszła otworzyć.
-Aaaahaaaaa!!!! Zaparkowaliśmy tam bo Muffin nie mógł znaleźć innego miejsca!!! Ahahaaa tu mamy napoje włóż je do lodówki sałatka na stół ciasto pokroić udało się zaparkować czeeeeść Geralt a gdzie Pyska co Dzianni się stało że żorżeta nadpalona aaaa ona ci kazała no to wszystko wyjasnia gdzie whiskey muffin ty co pijesz gdzie cola no ja myślę!- rzekła na początek Maua i usadowiła siebie i męża na kanapie.
Po chwili pojawili się także Matez i Minia. Ich wygląd trochę zaskoczył pozostałych ponieważ Matez był w piżamie a Minia z wałkami na głowie. Mieli ze sobą plecaki i zaczęli się przygotowywać w łazience Ore a potem przystąpili do przygotowania jedzenia. W okolicach północy pojawili się dopiero w pokoju, gdzie w najlepsze trwało przyjęcie. cdn
Nagle dostrzegł czerwoną jedynkę zwiastując wiadomość.
"Co robisz?"- pytała niejaka Samanta Perejro.
"Monica"-pomyślał Geralt i odpisał jak to ciężko haruje. Monica miała na pejsbuku kilka kont. Monica Cweliśniak to było jej oficjalne konto, na którym zamieszczała odpowiednio obrobione zdjęcia, rozsądne posty i lajkowała odpowiednią muzykę. Monica Ore Ore to konto, które służyło do udziału w konkursach i do wyłudzania darmowych próbek. Monica pisała na nim, że ma dzieci i częste zaparcia aby otrzymywać saszetki Jelitonu lub płynu do płukania dla niemowląt. Posuwała się nawet do żałosnych skarg na nietrzymanie moczu żeby otrzymać wkładki dla osób z takimi problemami. Zdobytymi w ten sposób giftami obdarowywała rodzinę i znajomych. Monica była awanturniczej natury i często angażowała się w bezsensowne potyczki słowne na fejsbuku. Kończyły się czasem walką na pięści w realu lub co gorsza wyśmianiem Monici na pejsie. Z tego powodu narodziła się Samanta Perejro. Samanta była syczącą i prychającą żmiją, która toczyła bitwy z każdym i na każdy temat. Wszystkie posty na spotted: WUM były dla niej powodem do rozpętania burzy i lżenia oponentów. Samanta była także swoistym pejsbukowym Zorro, który zwalczał głupotę i inne niż jedyne słuszne opinie a także prowadził krucjatę przeciwko Ukraińcom. Monica miała też łagodną stronę osobowości, której nie mogła ujawnić w obawie przed wyśmianiem. Od tego była Marysia Loczek. Marysia udostępniała posty, które za każde udostępnienie dawały kroplę wody dla Sudanu lub psuły jeden karabin rosyjskiego żołnierza, zbierała fundusze na operację chorych dzieci i na jedzenie dla psów w schroniskach. Byli jeszcze Adrian Picz i Pola Koterska, którzy lajkowali posty Samanty i Marysi, ale w razie potrzeby także posty Monici Cweliśniak. Wszystkie fałszywe konta miały siebie nawzajem w znajomych. Adrian dodatkowo straszył spaleniem domu oponentów Samanty. Prowadzenie kilku kont było dosyć wyczerpujące ale Monica pokochała niezależność jaką jej to dawało.
Geralt chwilę konwersował z Monicą. Polubił też nową fotę Pyskacji, na którym robiła sobie zdjęcie laptopem w łazienkowym lustrze. W tle malowniczo rozpościerały się majtki Dzianniego. Pyskacja zatroszczyła się także o podpis "Nikt mnie nie zna tak jak ja, tylko bóg może mnie sądzić bo nie byłabym sobą gdybym była inna JP JP JP na 300%"
Nagle Geralt zatęsknił za Bohdanem, przyjacielem ze studiów, u którego niegdyś kątem pomieszkiwał. Bohdan był na tyle miły, że pozwalał mu spać w salonie i nawet przynieść swój materac. Być może przeszkadzało to nieco współlokatorowi Bohdana- Wojtkowi Jelito, ale kto by się nim przejmował. Niepodzielnym władcą stancji była Jekaterina, siostra Bohdana. Była dowódcą stancji ale także panią życia i śmierci lokatorów. Wydzielała swojemu bratu jedzenie, urządzała pokazy tańca w mieszkaniu, chorowała też psychicznie. Wybaczano jej to jednak ponieważ była geniuszem. W wieku dwudziestu lat szczyciła się już stypendium naukowym na jednym z najbardziej prestiżowych kierunków ( Gry i zabawy z hulajnogą albo coś w tym stylu). To dawało jej zdecydowanie uprzywilejowaną pozycję w domu rodzinnym i na stancji. Geralt na początku starał się zaprowadzić iście domowe zwyczaje na stancji i zaproponował naprzemiennie gotowanie obiadów na co rodzeństwo Chochelków ochoczo przystało. Geralt zakupił suszone pomidory, steki, karczochy, krewetki, czarny ryż i kawior. Przygotował z tego prawdziwą ucztę, na którą zaproszono nawet Wojtka Jelito, który jednak zadowolił się kawałeczkiem filetu z kurczaka. Na drugi dzień Geralt spieszył do mieszkania zaciekawiony co też Chochelkowie przygotowali w rewanżu. Na klatce powitały go smakowite zapachy, ale zorientował się, że to od dentysty. Pobiegł na górę. Wszedł do mieszkania podśpiewując.
-Geralcie- zawołała Jekaterina z kuchni- szybko bo Ci wystygnie!
Geralt w podskokach znalazł się w kuchni, gdzie zastał ni mniej ni więcej, ale miskę zupki chińskiej. Od tamtego czasu zarzucił pomysł obiadów domowych i regularnie szorował sedes szczoteczką Jekateriny.
Geral otrząsnął się z niemiłych wspomnień i wybrał numer Bohdana.
-Halo?- usłyszał ukochany głos.
-No cześć Bohdan, co porabiasz, masz czas pogadać?
-Spoko, jasne, że mam czas. A właśnie składam wieniec na trumnie a Ty?
Geralt zachichotał. "Cały Bohdan"-pomyślał z rozrzewnieniem.
Tymczasem Monica szykowała obiad. Jak zawsze miała złudzenia, że tym razem nie będzie smakował jak gówno. Usłyszała zgrzyt klucza w zamku, do mieszkania wtoczyła się Pyskacja ciągnąc na sobą koleżankę Karolę. Pyskacja weszła do swojego pokoju i zrzuciła z łóżka brudne ubrania i inne śmieci aby przygotować Karoli miejsce do siedzenia. Monica stanęła w drzwiach pokoju.
-Co tam?- spytała/
-Oj Monica daj mi kurwa spokój!!!- warknęła Pyskacja wściekle zrzucając buty.
-Nie zdała prawka- szepnęła Karola.
-Dlaczego nie zdałaś?
- Bo pomyliłam sie przy wsiadaniu- burknęła Pyskacja.
-To znaczy?- Monica na chuj drążyła temat.
-Wsiadłam na tylne siedzenie.
- Co?? Dlaczego?
- Bo tak chciałam! Weź się ode mnie odpierdol!
Monica załamała ręce i poszła przygotowywać obiad. Zbliżał się sylwester. Wstępnie zaprosiła kilka osób, zastanawiała się teraz co zaserwować, żeby a)było tanio b)wyglądało drogo c) było tanio. Jej rozmyślania przerwał telefon od Mauej.
-No hej!- zaskrzeczała Maua.
- No hej, myślę właśnie co zrobić na sylwestra...
-Słuchaj- zaczęła rzeczowo Maua- to musi być coś rozsądnego, nie ma co się wysilać...może ośmiorniczki w serowej tempurze?
Monica przeliczyła w myślach cenę dania i wiedziała już, że prędzej odetnie sobie palce niż to poda.
- Eeee, a słuchaj...chcieliśmy kupić jakiś drobiazg na urodziny Muffina, co byś nam doradziła?
- Ej, wystraczy, że nas zapraszacie, naprawdę nie musicie nic kupować.
-No ale jakiś drobiazg...wiesz, tak symbolicznie.
- Hm...no ale to naprawdę coś drobnego...może wielbłąda?
Monica niemal usłyszała dźwięk jej szczęki rozbijającej się o kuchenne płytki.
Sylwester nadszedł szybciej niż się spodziewali. Geralt zamówił bilet rok wcześniej, aby jechać za złotówkę. Wiedział czego się może spodziewać po imprezie u Ore Ore i nie chciał płacić za to więcej niż to konieczne. Pojawił się u Ore Ore po południu witany gromkimi brawami i okrzykami zadowolenia. Był niestety pierwszym gościem, co oznaczało pełny udział w przygotowaniach. Na dzień dobry został obdarowany też saszetką Colonu C i gazetą Metro. Pyskacja siedziała w pokoju, ale wychodziła co chwila, szła w stronę lustra, wracała, powtarzała ten manewr trzy razy i zamykała się w pokoju. Cykl rozpoczynał się od nowa co kilka minut. Monica uwijała się jak w ukropie. Jedną ręką kroiła parówki, drugą gotowała makaron a stopą mieszała bigos. Dzianni stał przed lustrem i poprawiał pojedyncze kosmyki psiukając co chwila lakierem, p chwili całe mieszkanie tonęło w oparach Taftu Zajebisty Look.
-Uprasowałaś mi koszulę z żorżety?-krzyknął w stronę żony.
Monica mruknęła i starała się zębami chwycić sznur żelazka. Piotrek ulitował się nad ciemiężoną Monicą i zabrał się za prasowanie koszuli Dzianniego. Była ona majstersztykiem brudasiej roboty. Błękitna żorżeta z wspaniałym żabotem i złoceniami na rękawach. Zabrał się beztrosko do prasowania nie bacząc na to z jak delikatną materią ma do czynienia i zaraz poniósł tego konsekwencję. Na jednej z falban żabotu pojawił się ślad po przypaleniu. Geralt nieco się przestraszył, ale postanowił udawać, że tak było. Oddał Dzianniemu koszulę a ten delikatnie zaczął ją nakładać. Gdy wszystkie guziczki były już idealnie zapięte, Dzianni przystąpił do wnikliwej analizy swego wyglądu. Geralt przygotowywał w tym czasie swoją słynną sałatkę z pietruszki. Sałatka składała się z pociętej natki doprawionej startym korzeniem i solą. Nagle usłyszeli krzyk Dzianniego.
-Co to kurwa ma być?!!
Dzianni wpadł do kuchni z wyrazem weltschmerzu na twarzy pokazując malutkie przypalenie.
-Oj prawie nie widać- stwierdziła Monica.
-Prawie nie widać??! Oszalałaś? Mam pójść w spalonej koszuli? Może od razu worek założę! Po co włosy układałem, na co to wszystko pytam! W jaki celu?!! A komu to potrzebne?!!
- Super koszula kurwo!- wrzasnęła Monica przerywając płacze męża. Ten, jak zawsze, podkulił ogon i poszedł konstruować reaktor atomowy, nad którym pracował od kilku tygodni. Nadszedł wieczór i zaczęli schodzić się goście. A więc najpierw, w paradnym stroju, pojawiła się Pyskacja. Skrytykowała jedzenie przygotowane przez Monicę i została wysłana do Macro po napoje. Zabrzmiał kolejny dzwonek do drzwi. Monica poszła otworzyć.
-Aaaahaaaaa!!!! Zaparkowaliśmy tam bo Muffin nie mógł znaleźć innego miejsca!!! Ahahaaa tu mamy napoje włóż je do lodówki sałatka na stół ciasto pokroić udało się zaparkować czeeeeść Geralt a gdzie Pyska co Dzianni się stało że żorżeta nadpalona aaaa ona ci kazała no to wszystko wyjasnia gdzie whiskey muffin ty co pijesz gdzie cola no ja myślę!- rzekła na początek Maua i usadowiła siebie i męża na kanapie.
Po chwili pojawili się także Matez i Minia. Ich wygląd trochę zaskoczył pozostałych ponieważ Matez był w piżamie a Minia z wałkami na głowie. Mieli ze sobą plecaki i zaczęli się przygotowywać w łazience Ore a potem przystąpili do przygotowania jedzenia. W okolicach północy pojawili się dopiero w pokoju, gdzie w najlepsze trwało przyjęcie. cdn
wtorek, 4 marca 2014
Odcinek 14
Po jakże wyczerpujących wydarzeniach ostatnich dni, Geralt powrócił do pracy. Na razie turowskie zagrożenie minęło. Tego dnia, sekretariat odwiedziła dawna pracownica Kiczencja Płaszczak. Jak zawsze wpadła z hukiem i poczęła z zapamiętaniem czynić zamęt i chaos w życiu sekretariatu.
-Faktyko!-zaskrzeczała- jak mnie tu dawno nie było o jacież nie pitolę masakra! Macie tutaj foty z mojego wesela i dawać prezent skurwysyny.
Pracownicy sekretariatu rzeczywiście zakupili składkowy prezent dla Kiczencji. Były to urocze rękawice kuchenne z kwiatowym motywem. Uroczyście wręczyli je Kiczencji i łapczywie rzucili się do oglądania albumu. Wszyscy z wyjątkiem Geralta.
-Ale Geralt, dlaczego nie oglądasz moich zdjęć? Oglądaj moje zdjęcia. Dlaczego ich nie oglądasz?
-Bo mnie chuj obchodzą- Geralt starał się ważyć słowa- i tak wiem, że wyglądałaś jak biała buła.
Kiczencja roześmiała się promiennie a jej śmiech brzmiał niczym skrzypienie starych drzwi.
- A ty zawsze taki dowcipy Geruś!
"Ech...w tym własnie problem- pomyślał Geralt- jak żartuje to się obrażają a jak mówię serio to myślą, że żartuje...Gdzie popełniłem błąd?"
W czasie gdy pracownicy oglądali wymyślne pozy Kiczencji a Geralt zajął się pracą, Kiczencja kiwnęła lekko głową w stronę Wulewu i obie wyszły z pokoju.
Gdy oddaliły się od sekretariatu, Kiczencja chrumknęła z radości.
-Masz?
-Mam- odpowiedziała Wulewu z błyskiem w oku.
-Dawaj!- niecierpliwiła się Kiczi. Wulewu wręczyła jej reklamówkę wypełnioną pustymi opakowaniami po jogurtach i splątanymi sznurkami. Kiczencja popatrzyła ze zdziwieniem.
-Słuchaj Wulewu....nie uważam się za głupią, ale nie wiem po co mi to dajesz. I gdzie nagrania?
-No właśnie eeeee....yyy, ja używałam tego do podsłuchiwania.
- Tego?-spytała tępo Kiczencja ale za chwilę wzruszyła ramionami- Ok, zobaczę w domu co tam się nagrało. A teraz wracajmy, co prawda to stado baranów, ale mogą domyślić się, że spiskujemy.
Gdy szły do sekretariatu Kiczencja otrzymała smsa.
-Wygrałaś w naszym konkursie samochód marki fakjubicz- odczytała głośno- hurraa!!!!! Hura Hura hura
Kiczencja rozpoczęła swój szalony taniec radości.
-Szybko- krzyknęła do Wuli- muszę sprawdzić jaki to samochód, nigdy o nim nie słyszałam! Hura!!!
Po czym Kiczencja pobiegła do wyjścia zapominając o swoim albumie. Anemietka tymczasem kończyła zamalowywanie na czarno zębów Kiczi na zdjęciach ślubnych. Wtem zjawił się kolejny gość-Rafał Wesołek, również były pracownik.
-Witam wszystkich. Chciałem uroczyście zaprosić was na moje zaślubiny z oblubienicą. Odbędą się dnia pańskiego w niedzielę o 11. Mam nadzieję, że przyjdziecie celebrować ze mną i świętą Karoliną początek naszej wspólnej drogi.
- Świętą?- zdziwiła się Wulewu, która nie znała Rafała.
Anemietka pospieszyła z wyjaśnieniem.
-Narzeczona Rafała została kanonizowana za życia.
-Zaiste- potwierdził Rafał- moja narzeczona została kanonizowana. Udowodniono, że doszło za jej sprawą do trzech ozdrowień i piętnastu cudów. Obcięła sobie też palca i przekazała jako relikwię.
Geralt westchnął. Czekało go kolejne wesele.
Geralt postanowił zaprosić jako osobę towarzyszącą Halinę. Wybaczył jej tajemniczy zamach na jego i Pulpecji życie, wiedział też, że dla Haliny będzie to rzadka okazja do spotkania z ludźmi. Był litościwy i miłosierny. Pulpecja znienawidziła go za to i w odwecie zaprosiła Rapała Jusińskiego z Miasta Scyzoryków aby jej towarzyszył. Geralt nienawidził Rapała.
-"Punkt dla Ciebie tłuściochu-pomyślał uśmiechając się do Pulpecji.
Za chwilę pojawiła się Wulewu z Kryspinkiem i Anemietka. Ana była sama jeżeli nie liczyć śmiercionośnego chłodu, który towarzyszył jej zawsze i wszędzie.
Ślub Rafała i Karoliny odbywał się w katedrze a celebrowało go dwunastu biskupów i papież. Był to jeszcze czas pontyfikatu Benedykta XVI. Pan Młody klęczał u ołtarza z krzyżem na plecach a Panna Młoda sunęła ku niemu na klęczkach prowadzona przez swojego ojca, który był zresztą jednym z biskupów. Suknia Karoliny była zaiste godna świętej. Zamiast welonu miała oczywiście wielki drewniany krzyż a biskup chłostał ją od czasu do czasu biczem. Młodzi klęknęli wreszcie razem przed ołtarzem. Papież wyszedł na ambonę.
-Ostatni raz- rzekł jak zawsze czystą polszczyzną- byłem tutaj w niemieckim mundurze ze swastyką. Strzelałem do Żydów a po maturze, o tam, za róg chodziliśmy na łapanki! Dziś jestem w papieżych sukmanach i mam zaszczyt połączyć te parę węzłem boskiej miłości. Pytam się was święta Karolino i Rafale czy wobec boga i kościoła przysięgacie płodzić dzieci, zwłaszcza te upośledzone, i zaludniać ziemię katolikami?
-Przysięgamy- zakrzyknęli chórem państwo młodzi.
- Na znak złożonej przysięgi wymieńcie się krzyżami!
Rafał zdjął swój krzyż i przekazując żonie szepnął z miłością:
-Oby cię lew zjadł jak pierwszych chrześcijan.
Wzruszona Karolina założyła Rafałowi swój krzyż ze słowami:
-Rafale, nie wiem czy mogę żądać dla ciebie takiej łaski, ale...oby cię ukrzyżowali!
Rafał zadrżał z tłumionego płaczu.
-Karolino....lepszej żony nie mogłem wymodlić!
-Zaiste- rzekł papież- chwalebne są wasze życzenia albowiem cierpienia uszlachetnia katolików, zwłaszcza cudze cierpienie. Przekażmy sobie znak cierpienia.
Słysząc te słowa ministranci pobiegli do zgromadzonych gości biczując ich a tych bardziej pobożnych sztyletując. Geralt był zadowolony, że siedział na końcu i oberwał tylko raz po plecach. Halina miała cztery pręgi na szyi, ale nie zważała na nie chlipiąc, tym razem ze wzruszenia.
Przyjęcie weselne odbywało się w salce katechetycznej katedry. Swym klimatem przypominało ślub a w menu był tylko chleb, wino i gąbki nasączone octem. Wszyscy siedzieli i konwersowali lub cicho modlili się, to było przeurocze wydarzenie. Nagle Halina wybuchnęła płaczem.
-Co się stało?-spytał przejęty Geralt.
-Zobaczyłam to dziecko- szlochając, wskazała na dziewczynkę bawiącą się z rówieśnikami- i przypomniało mi się, że niektóre dzieci jedzą mięso.
Geralt wzruszył jednym ramieniem gdyż na drugim ułożyła swą głowę Halina i poczęło wbijać żuchwę pod obojczyk Geralta. Na szczęście zaczęto już odprawiać tradycyjne gorzkie żale i Geralt udał się do swojego apartamentu. Tym razem nie odprowadzał Karoliny, która została jeszcze na przyjęciu z zamiarem flirtu z diakonami.
Następnego dnia Geralt szedł do pracy na lekkim kacu.
-"I po co mi to było- myślał- po co mieszałem wino z octem? Czy ja się nigdy nie nauczę"
Gdy wszedł do biura, Pulpecja stała przy kserokopiarce.
-Cześć, co tam?-zagadnął na tyle wesoło na ile pozwalał mu galopujący ból głowy.
Odpowiedziało mu tylko wściekłe spojrzenie i lodowate milczenie Pulpecji. Geralt zirytował się.
-Pulpa, o co ci chodzi? Nic nie zrobiłem a ty się cały czas obrażasz.Wyjebać ci?
Odpowiedź Pulpecji przerwało nadejście Anemietki. Tego dnia przedstawiała jeszcze bardziej żałosny widok niż zwykle gdyż przez całą twarz przebiegały dwie wyraźne pręgi po niedzielnym ślubie Rafała. Anemietka prezentowała dziś wyjątkowo interesującą stylizację. Na głowie miała czapkę uszankę. Chuda szyjka okręcona była szalem. Do tego polar, kamizelka, rękawiczki i buty śniegowce.
-I co teraz?-zapytała z satysfakcją- spróbujcie mnie zamrozić chujki.
Pulpecja uśmiechnęła się, podeszła do okna i spokojnie je otworzyła po czym spojrzała na Anę. Na rzęsach nieszczęsnej Anemietki zaczął pojawiać się szron, wydech zamienił się się w parę a nos czerwieniał z każdą sekundą.
-Dobra-wrzasnęła Ana-poddaje się! Nienawidzę was!
Po chwili zorientowała się, że jej anemiczne krzyki nie działają i schowała dumę do kieszeni.A, przepraszam drogi czytelniku. Ana nie miała dumny. Straciła ją rozwodząc się i wracając z podkulonym ogonem do matki, która powitała ją słowami: "A nie mówiłam". W każdym razie zreflektowała się i wyrzekła pokornie:
-Pulpecjo Mumin, zamknij okno.
Pulpecja z krzywym uśmieszkiem zamknęła. Ana postanowiła odbić sobie mszcząc się na Kiczencji. Chciała wymyślić zemstę na miarę konia trojańskiego, ale była dziś nieco zaniepokojona. Oksanuśka spędzała dzień ze swoim ojcem, który nie słynął z odpowiedzialności.Nagle usłyszała dzwonek swojego telefonu. Obcy numer.
-Halo?- spytała pełna złych przeczuć.
- Pani Anemietka Paczkarek?
-Tak, przy telefonie.
- Jestem pracownicą zoo. Pani mąż..
-To nie jest mój mąż- krzyknęła oburzona Ana.
- Ach...przepraszam. W każdym razie ojciec pani dziecka był dziś u nas z Oksaną i włożył ją do klatki niedźwiedzia chcąc zrobić zdjęcie. Na szczęście ten był najedzony, więc pani córce nic się nie stało.
Ana opadła na krzesło.
-Gdzie ona teraz jest?- spytała słabo.
- Została odebrana przez pani rodziców.
- Bogu dzięki. Do widzenia.
- Do widzenia- pracownica zoo się rozłączyła.
Ana siedziała jeszcze chwilę bez ruchu po czym postanowiła wykorzystać sytuację.
-Aaaa..aaaa..ałaaaa-zaczęła jęczeć.
- Co ci?-spytał Geralt bardziej z przyzwyczajenia niż z troski.
-Aaaa...ałaaaaa....mam ból dupy...ałaaaa..idę na L4.
To powiedziawszy, Ana koślawo wyszła z sekretariatu.
-Co za dziwka! Znów będę za nią zapierdalał- wściekł się Geralt. Do pokoju wpadła spóźniona jak nigdy Wulewu. Miała podkrążone powieki i zaczerwienione oczy.
-Cesc- wychrypiała.
- A Ty co? Na seks telefonie nocami robisz?-spytała Pulpecja bezceremonialnie.
Wulewu stanęła jak wryta. Przyszło straszne przypuszczenie, że skoro ona podsłuchiwała to może i sama była podsłuchiwana. Zaczęła skrupulatnie oglądać wszystkie przedmioty na biurku i pod nim. Chwilowo niczego nie znalazła ale postanowiła być czujna. Pulpa miała rację. Dzięki pieniądzom od Kiczencji zakupiła system do domowej pracy i miała za sobą pierwszą noc. Z satysfakcją stwierdziła, że nie wyszła z wprawy. Tylko jedna rozmowa sprawiła jej nieco trudności, najwyraźniej po drugiej stronie był ktoś upośledzony bo co chwila popiskiwał "O chuj w cycki!" i kazał mówić do siebie Fabiano. Poza tym jednak praca przebiegała na ogół przyjemnie. Kryspinek również był zadowolony, że żona zaczęła zarabiać sensowne pieniądze. Nic dziwnego, że Wulewu tryskała szczęściem. Niestety nie spodobało się to Pulpecji.
-Wule!- krzyknęła.
-Co tam Pulpisiu?
-Nie podoba mi się twój ryj.
Wulewu spuściła wzrok i zachlipała cicho.
-Przepraszam..
-Wypierdalaj się pomalować i to już!
- Dobrze- szepnęła Wule i już jej nie było.
"Co za dzień"- pomyślał Geralt. Już był wyczerpany. Spojrzał na zegarek i zapłakał. Była dopiero 11.
-Faktyko!-zaskrzeczała- jak mnie tu dawno nie było o jacież nie pitolę masakra! Macie tutaj foty z mojego wesela i dawać prezent skurwysyny.
Pracownicy sekretariatu rzeczywiście zakupili składkowy prezent dla Kiczencji. Były to urocze rękawice kuchenne z kwiatowym motywem. Uroczyście wręczyli je Kiczencji i łapczywie rzucili się do oglądania albumu. Wszyscy z wyjątkiem Geralta.
-Ale Geralt, dlaczego nie oglądasz moich zdjęć? Oglądaj moje zdjęcia. Dlaczego ich nie oglądasz?
-Bo mnie chuj obchodzą- Geralt starał się ważyć słowa- i tak wiem, że wyglądałaś jak biała buła.
Kiczencja roześmiała się promiennie a jej śmiech brzmiał niczym skrzypienie starych drzwi.
- A ty zawsze taki dowcipy Geruś!
"Ech...w tym własnie problem- pomyślał Geralt- jak żartuje to się obrażają a jak mówię serio to myślą, że żartuje...Gdzie popełniłem błąd?"
W czasie gdy pracownicy oglądali wymyślne pozy Kiczencji a Geralt zajął się pracą, Kiczencja kiwnęła lekko głową w stronę Wulewu i obie wyszły z pokoju.
Gdy oddaliły się od sekretariatu, Kiczencja chrumknęła z radości.
-Masz?
-Mam- odpowiedziała Wulewu z błyskiem w oku.
-Dawaj!- niecierpliwiła się Kiczi. Wulewu wręczyła jej reklamówkę wypełnioną pustymi opakowaniami po jogurtach i splątanymi sznurkami. Kiczencja popatrzyła ze zdziwieniem.
-Słuchaj Wulewu....nie uważam się za głupią, ale nie wiem po co mi to dajesz. I gdzie nagrania?
-No właśnie eeeee....yyy, ja używałam tego do podsłuchiwania.
- Tego?-spytała tępo Kiczencja ale za chwilę wzruszyła ramionami- Ok, zobaczę w domu co tam się nagrało. A teraz wracajmy, co prawda to stado baranów, ale mogą domyślić się, że spiskujemy.
Gdy szły do sekretariatu Kiczencja otrzymała smsa.
-Wygrałaś w naszym konkursie samochód marki fakjubicz- odczytała głośno- hurraa!!!!! Hura Hura hura
Kiczencja rozpoczęła swój szalony taniec radości.
-Szybko- krzyknęła do Wuli- muszę sprawdzić jaki to samochód, nigdy o nim nie słyszałam! Hura!!!
Po czym Kiczencja pobiegła do wyjścia zapominając o swoim albumie. Anemietka tymczasem kończyła zamalowywanie na czarno zębów Kiczi na zdjęciach ślubnych. Wtem zjawił się kolejny gość-Rafał Wesołek, również były pracownik.
-Witam wszystkich. Chciałem uroczyście zaprosić was na moje zaślubiny z oblubienicą. Odbędą się dnia pańskiego w niedzielę o 11. Mam nadzieję, że przyjdziecie celebrować ze mną i świętą Karoliną początek naszej wspólnej drogi.
- Świętą?- zdziwiła się Wulewu, która nie znała Rafała.
Anemietka pospieszyła z wyjaśnieniem.
-Narzeczona Rafała została kanonizowana za życia.
-Zaiste- potwierdził Rafał- moja narzeczona została kanonizowana. Udowodniono, że doszło za jej sprawą do trzech ozdrowień i piętnastu cudów. Obcięła sobie też palca i przekazała jako relikwię.
Geralt westchnął. Czekało go kolejne wesele.
Geralt postanowił zaprosić jako osobę towarzyszącą Halinę. Wybaczył jej tajemniczy zamach na jego i Pulpecji życie, wiedział też, że dla Haliny będzie to rzadka okazja do spotkania z ludźmi. Był litościwy i miłosierny. Pulpecja znienawidziła go za to i w odwecie zaprosiła Rapała Jusińskiego z Miasta Scyzoryków aby jej towarzyszył. Geralt nienawidził Rapała.
-"Punkt dla Ciebie tłuściochu-pomyślał uśmiechając się do Pulpecji.
Za chwilę pojawiła się Wulewu z Kryspinkiem i Anemietka. Ana była sama jeżeli nie liczyć śmiercionośnego chłodu, który towarzyszył jej zawsze i wszędzie.
Ślub Rafała i Karoliny odbywał się w katedrze a celebrowało go dwunastu biskupów i papież. Był to jeszcze czas pontyfikatu Benedykta XVI. Pan Młody klęczał u ołtarza z krzyżem na plecach a Panna Młoda sunęła ku niemu na klęczkach prowadzona przez swojego ojca, który był zresztą jednym z biskupów. Suknia Karoliny była zaiste godna świętej. Zamiast welonu miała oczywiście wielki drewniany krzyż a biskup chłostał ją od czasu do czasu biczem. Młodzi klęknęli wreszcie razem przed ołtarzem. Papież wyszedł na ambonę.
-Ostatni raz- rzekł jak zawsze czystą polszczyzną- byłem tutaj w niemieckim mundurze ze swastyką. Strzelałem do Żydów a po maturze, o tam, za róg chodziliśmy na łapanki! Dziś jestem w papieżych sukmanach i mam zaszczyt połączyć te parę węzłem boskiej miłości. Pytam się was święta Karolino i Rafale czy wobec boga i kościoła przysięgacie płodzić dzieci, zwłaszcza te upośledzone, i zaludniać ziemię katolikami?
-Przysięgamy- zakrzyknęli chórem państwo młodzi.
- Na znak złożonej przysięgi wymieńcie się krzyżami!
Rafał zdjął swój krzyż i przekazując żonie szepnął z miłością:
-Oby cię lew zjadł jak pierwszych chrześcijan.
Wzruszona Karolina założyła Rafałowi swój krzyż ze słowami:
-Rafale, nie wiem czy mogę żądać dla ciebie takiej łaski, ale...oby cię ukrzyżowali!
Rafał zadrżał z tłumionego płaczu.
-Karolino....lepszej żony nie mogłem wymodlić!
-Zaiste- rzekł papież- chwalebne są wasze życzenia albowiem cierpienia uszlachetnia katolików, zwłaszcza cudze cierpienie. Przekażmy sobie znak cierpienia.
Słysząc te słowa ministranci pobiegli do zgromadzonych gości biczując ich a tych bardziej pobożnych sztyletując. Geralt był zadowolony, że siedział na końcu i oberwał tylko raz po plecach. Halina miała cztery pręgi na szyi, ale nie zważała na nie chlipiąc, tym razem ze wzruszenia.
Przyjęcie weselne odbywało się w salce katechetycznej katedry. Swym klimatem przypominało ślub a w menu był tylko chleb, wino i gąbki nasączone octem. Wszyscy siedzieli i konwersowali lub cicho modlili się, to było przeurocze wydarzenie. Nagle Halina wybuchnęła płaczem.
-Co się stało?-spytał przejęty Geralt.
-Zobaczyłam to dziecko- szlochając, wskazała na dziewczynkę bawiącą się z rówieśnikami- i przypomniało mi się, że niektóre dzieci jedzą mięso.
Geralt wzruszył jednym ramieniem gdyż na drugim ułożyła swą głowę Halina i poczęło wbijać żuchwę pod obojczyk Geralta. Na szczęście zaczęto już odprawiać tradycyjne gorzkie żale i Geralt udał się do swojego apartamentu. Tym razem nie odprowadzał Karoliny, która została jeszcze na przyjęciu z zamiarem flirtu z diakonami.
Następnego dnia Geralt szedł do pracy na lekkim kacu.
-"I po co mi to było- myślał- po co mieszałem wino z octem? Czy ja się nigdy nie nauczę"
Gdy wszedł do biura, Pulpecja stała przy kserokopiarce.
-Cześć, co tam?-zagadnął na tyle wesoło na ile pozwalał mu galopujący ból głowy.
Odpowiedziało mu tylko wściekłe spojrzenie i lodowate milczenie Pulpecji. Geralt zirytował się.
-Pulpa, o co ci chodzi? Nic nie zrobiłem a ty się cały czas obrażasz.Wyjebać ci?
Odpowiedź Pulpecji przerwało nadejście Anemietki. Tego dnia przedstawiała jeszcze bardziej żałosny widok niż zwykle gdyż przez całą twarz przebiegały dwie wyraźne pręgi po niedzielnym ślubie Rafała. Anemietka prezentowała dziś wyjątkowo interesującą stylizację. Na głowie miała czapkę uszankę. Chuda szyjka okręcona była szalem. Do tego polar, kamizelka, rękawiczki i buty śniegowce.
-I co teraz?-zapytała z satysfakcją- spróbujcie mnie zamrozić chujki.
Pulpecja uśmiechnęła się, podeszła do okna i spokojnie je otworzyła po czym spojrzała na Anę. Na rzęsach nieszczęsnej Anemietki zaczął pojawiać się szron, wydech zamienił się się w parę a nos czerwieniał z każdą sekundą.
-Dobra-wrzasnęła Ana-poddaje się! Nienawidzę was!
Po chwili zorientowała się, że jej anemiczne krzyki nie działają i schowała dumę do kieszeni.A, przepraszam drogi czytelniku. Ana nie miała dumny. Straciła ją rozwodząc się i wracając z podkulonym ogonem do matki, która powitała ją słowami: "A nie mówiłam". W każdym razie zreflektowała się i wyrzekła pokornie:
-Pulpecjo Mumin, zamknij okno.
Pulpecja z krzywym uśmieszkiem zamknęła. Ana postanowiła odbić sobie mszcząc się na Kiczencji. Chciała wymyślić zemstę na miarę konia trojańskiego, ale była dziś nieco zaniepokojona. Oksanuśka spędzała dzień ze swoim ojcem, który nie słynął z odpowiedzialności.Nagle usłyszała dzwonek swojego telefonu. Obcy numer.
-Halo?- spytała pełna złych przeczuć.
- Pani Anemietka Paczkarek?
-Tak, przy telefonie.
- Jestem pracownicą zoo. Pani mąż..
-To nie jest mój mąż- krzyknęła oburzona Ana.
- Ach...przepraszam. W każdym razie ojciec pani dziecka był dziś u nas z Oksaną i włożył ją do klatki niedźwiedzia chcąc zrobić zdjęcie. Na szczęście ten był najedzony, więc pani córce nic się nie stało.
Ana opadła na krzesło.
-Gdzie ona teraz jest?- spytała słabo.
- Została odebrana przez pani rodziców.
- Bogu dzięki. Do widzenia.
- Do widzenia- pracownica zoo się rozłączyła.
Ana siedziała jeszcze chwilę bez ruchu po czym postanowiła wykorzystać sytuację.
-Aaaa..aaaa..ałaaaa-zaczęła jęczeć.
- Co ci?-spytał Geralt bardziej z przyzwyczajenia niż z troski.
-Aaaa...ałaaaaa....mam ból dupy...ałaaaa..idę na L4.
To powiedziawszy, Ana koślawo wyszła z sekretariatu.
-Co za dziwka! Znów będę za nią zapierdalał- wściekł się Geralt. Do pokoju wpadła spóźniona jak nigdy Wulewu. Miała podkrążone powieki i zaczerwienione oczy.
-Cesc- wychrypiała.
- A Ty co? Na seks telefonie nocami robisz?-spytała Pulpecja bezceremonialnie.
Wulewu stanęła jak wryta. Przyszło straszne przypuszczenie, że skoro ona podsłuchiwała to może i sama była podsłuchiwana. Zaczęła skrupulatnie oglądać wszystkie przedmioty na biurku i pod nim. Chwilowo niczego nie znalazła ale postanowiła być czujna. Pulpa miała rację. Dzięki pieniądzom od Kiczencji zakupiła system do domowej pracy i miała za sobą pierwszą noc. Z satysfakcją stwierdziła, że nie wyszła z wprawy. Tylko jedna rozmowa sprawiła jej nieco trudności, najwyraźniej po drugiej stronie był ktoś upośledzony bo co chwila popiskiwał "O chuj w cycki!" i kazał mówić do siebie Fabiano. Poza tym jednak praca przebiegała na ogół przyjemnie. Kryspinek również był zadowolony, że żona zaczęła zarabiać sensowne pieniądze. Nic dziwnego, że Wulewu tryskała szczęściem. Niestety nie spodobało się to Pulpecji.
-Wule!- krzyknęła.
-Co tam Pulpisiu?
-Nie podoba mi się twój ryj.
Wulewu spuściła wzrok i zachlipała cicho.
-Przepraszam..
-Wypierdalaj się pomalować i to już!
- Dobrze- szepnęła Wule i już jej nie było.
"Co za dzień"- pomyślał Geralt. Już był wyczerpany. Spojrzał na zegarek i zapłakał. Była dopiero 11.
poniedziałek, 3 marca 2014
Odcinek 13
Pomimo płaczów i jęków Monici, zdecydowali się udać na konną przejażdżkę. Monica wzięła ze sobą gaz pieprzowy do obrony przed koniem i ewentualnie dzikami. Usadzona na koniu przez koniuszego Piertuszkę, w majestacie i z godnością pokłusowała w stronę lasów. Jechali przez dziewicze ostępy puszczy okrzejskiej już kilka godzin. Gerlat znał te okolice jak własną kieszeń więc nie obawiali się zabłądzić (naiwni). Monica po pewnym czasie zasmakowała w tej ziemiańskiej rozrywce. Dzianni zdobył dla niej patyk z zaokrągloną końcem, którym wymachiwała jak buławą pokrzykując.
-Zaanektujemy Ukrainę! Ukraińców pogonimy za Dniepr! A po Białorusinach będziemy wsiadać na konie!
-Ale ty jesteś nudna- stwierdziła Minia ze złością.
-Zaanektujemy Ukrainę powiedziałam!!!- ryknęła Monica w jej stronę wymachując buławą z większą zaciętością.
Geralt jechał na końcu z kilku powodów. Po pierwsze starał się nadzorować wycieczkę jako odpowiedzialny gospodarz. Po drugie, dostał chabetę zamiast arabskiego rumaka. Po trzecie, zgubił się już 5 kilometrów wcześniej, ale nie chciał niepokoić przyjaciół. Na czele, lekkim kłusem i trzymając się za ręce, jechali Matez i Dzianni. Rozglądali się dookoła wdychając zapach igliwia i ciesząc uszy trelem leśnych ptaszyn.
-Czyż to nie cudowne?- pytał Matez przyjaciela.
- Łełe- odpowiadał wzruszony Dzianni.
Jeszcze kilka lat wcześniej nikt nie przypuszczał, że tych dwóch się zaprzyjaźni. Dzianni padał ofiarą rasistowskich ataków ze strony Mateza i Geralta, ale nie zdawał sobie z tego sprawy i być może swoją prostodusznością zdobył ich serca.
Minia co prawda zarzuciła Monice, że ta jest nudna, ale nie przeszkadzało jej to w opowiadaniu Monice o milionie spraw, którymi aktualnie Minia była zaabsorbowana. Monica rzucała Geraltowi rozpaczliwe spojrzenia, ale ten ignorował je starają się znaleźć drogę powrotną i wyprowadzić naszych wędrowców z leśnej kniei. . Wtem zadzwonił jego telefon.
-Haaaaalo?
- Hej, co robisz?- szczebiot Pulpecji działał mu na nerwy i nie inaczej było tym razem.
- Siedzę na koniu odpowiedział zgaszony.
- Ty zawsze kurwa musisz sobie robić żarty?!!- wrzasnęła Pulpecja tak głośno, że Geralt musiał odsunąć słuchawkę od ucha w obawie o swoje bębenki słuchowe- na jakim koniu??? Geralt! Spójrz na telefon a teraz na siebie! Co widzisz? Pytam co widzisz!!!! Widzisz pajaca, który cały czas sobie ze mnie kpi!!
- Jak mogę spojrzeć na siebie jak nie mam lusterka- zauważył trzeźwo Geralt.
Pulpecja nie zdążyła już odpowiedzieć, bo słuchawkę Geralta przejęła rozwścieczona Monica.
- Jak mogę spojrzeć na siebie jak nie mam lusterka- zauważył trzeźwo Geralt.
Pulpecja nie zdążyła już odpowiedzieć, bo słuchawkę Geralta przejęła rozwścieczona Monica.
-Słuchaj Pulpa- zaczęła zimnym tonem- jedziemy na koniach i mamy w dupie twoje żale! Geralt musi teraz poświęcić nam uwagę więc usadź swoje grube dupsko na wersalce i się od nas odpierdol.
- Ty szmato- wrzasnęła Pulpecja- co cię to obchodzi! To moja sprawa!
-Właśnie, że mnie obchodzi tłuściochu! Zamknij mordę bo cię zdzielę hetmańską buławą i wysiedlę za miedzę- syknęła Monica z satysfakcją. Lubiła jak ktoś inny był grubszy od niej ale jeszcze bardziej lubiła znać słabe punkty przeciwnika i bezlitośnie to wykorzystywała.
Pulpecja zaniosła się szlochem i przerwała połączenie. Monica kochała angażować się w różnego rodzaju kłótnie i spory (zwłaszcza te internetowe) i zawsze robiła to z nieadekwatną siłą. tym razem także przesadziła i już chwilę po rozłączeniu się z Pulpecją przyszła refleksja.
-Po co ja znów to zrobiłam- załkała- dlaczego zawsze muszę się w to wpakować?!Why why why?
- Because you 're damn, that's why- Minia i tym razem nie zawiodła.
Na szczęście napotkali jakiegoś wędrowca.
-Dziadu, nie wiesz jak dojechać do Okrzejowa?- spytał uprzejmie Geralt.
- Prosto Panie, prosto!- zakrzyknął wędrowiec. Monica rzuciła mu kilka ziaren prosa, które zostały przyjęte z wielką wdzięcznością a przyjaciele galopem rzucili się we wskazanym kierunku. Rzeczywiście po kilkunastu minutach wjechali w granice hacjendy.
Wieczorem odbyło się przyjęcie na świeżym powietrzu. Nieoczekiwanie, największą atrakcją stał się Marianek-synek jednej ze służących. Przyjaciele podawali go sobie z rąk do rąk przytulając, robiąc pamiątkowe zdjęcia lub podrzucając w powietrzu. Marianek również był zadowolony mogąc nasycić się resztkami z pańskiego stołu.
Nazajutrz ruszyli w drogę. Ore Ore, niepomni doświadczeń, postanowili za radą Mateza jechać nieco inną drogą dzięki czemu byli w WUM (Wieś Udająca Miasto) dwie godziny później i przejechali trasę o 115 km dłuższą. Pomstując na czym ziemia stoi zajechali do swej siedziby.
Geralt starał się tymczasem ogarnąć dom po wizycie przyjaciół. Nie było to łatwe. Stosunkowo najmniej kłopotów sprawiał Matez. Co innego Dzianni, który nie tylko kategorycznie odmówił wzięcia prysznica i zażyczył sobie przygotowywania mu kąpieli, to jeszcze żądał dla siebie specjalnego menu...kucharki musiały przygotować dla niego wszystkie potrawy (łącznie z dziczyzną) w wersji wegańskiej. Geralt był zmęczony. Położył się na łożu i pstryknął dwukrotnie palcami. Służąca przybiegał w te pędy i włączyła ostatni koncert Cygadytki. Odpoczynek przerwało nadejście Maryjanny.
-Geralciku, mam złe wieści.
- Co jest?- spytał szybko Geralt.
- Twój szwagier pożyczył sobie twoją klacz i pojechał nią do sklepu..
-Co kurwa? Pożyczył bez pytania Semiramidę???
Semiramida była piękną klaczą arabskiej krwi i karego umaszczenia. Koń był darem od sułtana tureckiego a Geralt otrzymał go od swej najstarszej siostry, która wyszła za mąż za księcia grudziądzkiego i mieszkała obecnie w posiadłości Kotlowskich. Geralt uwielbiał odbywać na Semiramidzie wieczorne przejażdżki po lesie. Była dumą hodowli Ciotków.
-Co za idiota!- zżymał się- a odstawił ją do stajni chociaż?
- No właśnie tu jest problem..Nie wiem jak ci to powiedzieć...ktoś ukradł Semiramidę, Świrek pobiegł od razu do garnizonu ORMO, wszczęli poszukiwania ale odnaleźli tylko kopyta- to mówiąc matka położyła na łóżku Geralta cztery końskie kopyta. Geralt zapłakał rzewnie.
-Nie płacz synu- rzekła pocieszająco matka- nie przystoi płakać następcy tronu okrzejskiego.
-To Mirek jest następcą - Geralt przypomniał gorzko o swoim najstarszym bracie.
-A no tak- zgodziła sie Maryjanna- no to płacz.
Geralt pojawił się na kolacji w wisielczym nastroju. Usiadł po prawicy swego ojca. Świrek siedział po przeciwnej stronie stołu hardo patrząc na Geralta. Lela zapragnęła załagodzić sytuację. Wstała i podeszła do brata.
-Geruś...co prawda nie udało się uratować Semiramidy...ale postanowiliśmy wynagrodzić ci tę stratę..Może nie zastąpi ci to w zupełności konia, ale niech będzie pocieszeniem- rzekła Lela wręczając Geraltowi najlepsze końskie salami jakie znalazła w sklepie, gdzie była zarządcą.
Jagna, bratowa Geralta, parsknęła śmiechem.
-Doceń ten akt pojednania Geralcie- rzuciła ironicznie po czym dała swej rodzinie (mężowi i dwóm synom) sygnał do jedzenia- Żreć!
- Because you 're damn, that's why- Minia i tym razem nie zawiodła.
Na szczęście napotkali jakiegoś wędrowca.
-Dziadu, nie wiesz jak dojechać do Okrzejowa?- spytał uprzejmie Geralt.
- Prosto Panie, prosto!- zakrzyknął wędrowiec. Monica rzuciła mu kilka ziaren prosa, które zostały przyjęte z wielką wdzięcznością a przyjaciele galopem rzucili się we wskazanym kierunku. Rzeczywiście po kilkunastu minutach wjechali w granice hacjendy.
Wieczorem odbyło się przyjęcie na świeżym powietrzu. Nieoczekiwanie, największą atrakcją stał się Marianek-synek jednej ze służących. Przyjaciele podawali go sobie z rąk do rąk przytulając, robiąc pamiątkowe zdjęcia lub podrzucając w powietrzu. Marianek również był zadowolony mogąc nasycić się resztkami z pańskiego stołu.
Nazajutrz ruszyli w drogę. Ore Ore, niepomni doświadczeń, postanowili za radą Mateza jechać nieco inną drogą dzięki czemu byli w WUM (Wieś Udająca Miasto) dwie godziny później i przejechali trasę o 115 km dłuższą. Pomstując na czym ziemia stoi zajechali do swej siedziby.
Geralt starał się tymczasem ogarnąć dom po wizycie przyjaciół. Nie było to łatwe. Stosunkowo najmniej kłopotów sprawiał Matez. Co innego Dzianni, który nie tylko kategorycznie odmówił wzięcia prysznica i zażyczył sobie przygotowywania mu kąpieli, to jeszcze żądał dla siebie specjalnego menu...kucharki musiały przygotować dla niego wszystkie potrawy (łącznie z dziczyzną) w wersji wegańskiej. Geralt był zmęczony. Położył się na łożu i pstryknął dwukrotnie palcami. Służąca przybiegał w te pędy i włączyła ostatni koncert Cygadytki. Odpoczynek przerwało nadejście Maryjanny.
-Geralciku, mam złe wieści.
- Co jest?- spytał szybko Geralt.
- Twój szwagier pożyczył sobie twoją klacz i pojechał nią do sklepu..
-Co kurwa? Pożyczył bez pytania Semiramidę???
Semiramida była piękną klaczą arabskiej krwi i karego umaszczenia. Koń był darem od sułtana tureckiego a Geralt otrzymał go od swej najstarszej siostry, która wyszła za mąż za księcia grudziądzkiego i mieszkała obecnie w posiadłości Kotlowskich. Geralt uwielbiał odbywać na Semiramidzie wieczorne przejażdżki po lesie. Była dumą hodowli Ciotków.
-Co za idiota!- zżymał się- a odstawił ją do stajni chociaż?
- No właśnie tu jest problem..Nie wiem jak ci to powiedzieć...ktoś ukradł Semiramidę, Świrek pobiegł od razu do garnizonu ORMO, wszczęli poszukiwania ale odnaleźli tylko kopyta- to mówiąc matka położyła na łóżku Geralta cztery końskie kopyta. Geralt zapłakał rzewnie.
-Nie płacz synu- rzekła pocieszająco matka- nie przystoi płakać następcy tronu okrzejskiego.
-To Mirek jest następcą - Geralt przypomniał gorzko o swoim najstarszym bracie.
-A no tak- zgodziła sie Maryjanna- no to płacz.
Geralt pojawił się na kolacji w wisielczym nastroju. Usiadł po prawicy swego ojca. Świrek siedział po przeciwnej stronie stołu hardo patrząc na Geralta. Lela zapragnęła załagodzić sytuację. Wstała i podeszła do brata.
-Geruś...co prawda nie udało się uratować Semiramidy...ale postanowiliśmy wynagrodzić ci tę stratę..Może nie zastąpi ci to w zupełności konia, ale niech będzie pocieszeniem- rzekła Lela wręczając Geraltowi najlepsze końskie salami jakie znalazła w sklepie, gdzie była zarządcą.
Jagna, bratowa Geralta, parsknęła śmiechem.
-Doceń ten akt pojednania Geralcie- rzuciła ironicznie po czym dała swej rodzinie (mężowi i dwóm synom) sygnał do jedzenia- Żreć!
niedziela, 2 marca 2014
Odcinek 12
Nasi bohaterowie zapakowani do ore limuzyny planowali początkowo wrócić do swych domów ale zaraz po wyjeździe z Zadupia otrzymali telefon od komendanta Borowicza, który oznajmił im, że dostał cynk od niejakiego Tutki, iż Turo może zaatakować siedzibę Mateza lub Ore Ore-Cweliśniak. Po krótkiej naradzie zdecydowali się udać do Okrzejowa, gdzie znajdowała się hacjenda rodziny Ciotków. Posiadłość ukryta była w lesie i otoczona przez nieprzyjazne obcym plemiona Pietruszków więc wydawała się idealnym miejscem schronienia. Matez nalegał by udali się tam trasą przez Międzymorze Podlaskie, ale Ore Ore nie byli w ciemię bici i wyśmiali Mateza. Zdecydowano więc, że Matez i Minia pojadą autostopem do Międzymorza, Geralt pociągiem do Okrzejowa by przygotować wszystko na przybycie szanownych gości a Ore Ore udadzą się do swojego mieszkania po lakier do włosów, którego Dzianni zapomniał z Zadupia. Przyjaciele uściskali się na pożegnanie obiecując solennie, że spotkają się za kilka godzin u Ciotków.
Minia i Matez udali się na pobocze by złapać okazję do Międzymorza. Początkowo nie tracili nadziei, że stanie się to szybko, ale po 2h zdecydowali się przenieść na główną drogę.
-Mówiłam ci Matez, że na polnych drogach to się nie uda.
-Oj Minia, ale czego ty jesteś taki ciapciak? Przynajmniej mogliśmy nowych ludzi poznać i tak było bardziej alternatywnie.
Szczęście im jednak dopisało bo wkrótce zatrzymał się obok nich tir, do którego ochoczo wskoczyli.
Monica i Dzianni wpadli do mieszkania jak burza. Chcieli szybko spakować kilka drobiazgów i ruszyć w drogę, u kresu której czekało ich darmowe jedzenie, ale ujrzeli siedzącą na łóżku, zapłakaną Pyskację. Obok niej siedziała jej dawna przyjaciółka Fufa.
-Co się stało?!-zakrzyknęła Monica.
Pyskacja podniosła zapłakaną twarz i wtedy ujrzeli na jej twarzy wielki tatuaż.
- Co to kurwa ma być?!!- wrzeszczała Monica.
-To nie moja wina!-chlipnęła Pyskacja- kupowałam wędlinę w stonce i pisałam smsa, podbiegł do mnie jakiś koleś, wyrwał mi telefon i zanim zdążyłam się obejrzeć wytatuował mi na twarzy wielkiego królika a potem zrobił trzy salta, wybił szybę w stokrotkowych drzwiach, wypuścił dwa kuliste pioruny i uciekł z moim telefonem!
Fufa kiwała potakująco głową jedząc w tym czasie kebaba. Nagle zaprzestała konsumpcji.
-Dobre, ale klajstruje mordę!- stwierdziła i rzuciła kebabem o ścianę. Pokój Pyskacji rzeczywiście przypominał śmietnik, więc nie było znaczenia gdzie wyrzuca się resztki jedzenia.
Monica zmarszczyła brwi.
-Zaraz...coś mi się w twojej historii nie zgadza...Przecież w stonce nie ma wędliny!
-Daj mi spokój- zapłakała Pyskacja- no to może ser kupowałam!
Monica westchnęła głęboko i poszła zadzwonić do kosmetyczki, która będzie w stanie usunąć tatuaż z twarzy Pyskacji. Wiedziała, że w przeciwnym razie zostanie ukarana przez rodziców za niedopilnowanie siostry. W tym czasie Fufa rozglądała się po pokoju. Nagle złapała do ręki jedną z podkolanówek poniewierających się po pokoju.
-Ej! To chyba moja!! Ukradłaś mi- krzyknęła oburzona Fufa do Pyskacji.
Dzianni, który układał w tym czasie włosy, spojrzał zaskoczony na trzymaną przez Fufę podkolanówkę, którą ta zapamiętale wymachiwała.
-Przecież to moje- stwierdził zaskoczony.
Fufa w tym czasie przyjrzała się podkolanówce i odkryła, że rzeczywiście, jest na niej napisane małymi, złotymi literkami "Dzianni". Tym samym konflikt został zażegnany a Ore Ore wyruszyli do Okrzejowa. Wiedzieli, że Matez już tam jest bezpieczny i to dodawało im skrzydeł a ich limuzynie koni mechanicznych.
Po godzinnej jeździe wjechali w bramę hacjendy. Zajechali z rozmachem trąbiąc po drodze. W drzwiach wejściowych, które ozdobione były malowniczymi gzymsami, stała cała rodzina Ciotków: na czele Maryjanna, głowa domu. Trzymała w ręku tacę z chlebem i dwoma kieliszkami wódki. Obok niej, z lewej strony stał mąż, cichy i spokojny. Strona prawa zajęta była przez Geralta i jego siostrę Ronę. Zza Rony wychylała się głowa jej męża Koralika, który z namaszczeniem jadł chleb razowy z chlebem pszennym i domieszką grahama. Troszkę z tyłu trzymała się rodzina Kopalskich, czyli starsza córka Maryjanny- Lela z dwójką dzieci (brakowało tylko jej męża, którego na czas uroczystości przywiązano łańcuchem na podwórzu) Gdy tylko Ore Ore wysiedli z limuzyny, Geralt pstryknął palcami i zza szergegu wyskoczyła córka Leli- Hana Montana, która dygnęła ładnie i rozpoczęła śpiew powitalny:
"Dzień - wspomnienie lata
Dzień - słoneczne ćmy (aha)
Nagle w tłumie w samym środku miasta
Ty po prostu ty "
-Wspaniale- mruknął Dzianni- lubię Marylę Rodowicz.
Monia spojrzała na niego z pogardą, ale nie mogła teraz go strofować, nie w czasie uroczystości powitalnych na ich cześć. Podeszli oboje do Maryjanny, uskubnęli chleba, wypili wódkę i przy wiwatach rzucili kieliszki za siebie. Następnie Geralt, gnąc się w ukłonach odezwał się w te słowa:
-Zapraszam na piano nobile.
Monia wiedziała, że to przytyk do Dzianniego, który znał tylko język polski i tylko na średnim poziomie.
-Piano nobile- wytłumaczyła mężowi Monica- to łełe łe łe, po polsku najwyższe piętro.
Po chwili zasiedli przy stole wraz z całą rodziną. Służba biegała wokół nich donosząc coraz to nowe potrawy i napoje. Pieczone gołąbki, marynowane strzępiele, nadziewane kuropatwy, dzik z rożna, marmolada z pigwy i cztery rodzaje miodów pitnych to tylko część przygotowanych na przybycie gości smakołyków. Co prawda nie podano sztućców, ale nasi bohaterowie poradzili sobie palcami. Początkowo Monica chciała zaprotestować, zwłaszcza, że brak specjalnego wiedelca do jedzenie kuropatwy utrudniał jej konsumpcję tej delicji, ale została zgromiona wzrokiem przez Mateza. Najszczęśliwszy był Dzianni, który przypomniał sobie beztroskie czasy taborów. Po obiedzie mieli udać się na konną przejażdżkę toteż pojawiła się służąca z informacją, że koniuszy przygotował 4 rumaki i jedną chabetę.
-Geralt- zagaił Matez- a dlaczego Twój koniuszy z nami nie usiądzie? Mój koniuszy by od razu z nami usiadł i zagadał. A co z ochmistrzynią? Dlaczego nie klapnie na tyłek?
Geralt strapił się, że jego koniuszy i ochmistrzyni nie są zbyt towarzyscy, ale zaraz wszyscy wyszli na zewnątrz by odbyć obiecaną przejażdżkę. Na widok pięciu koni Monica stanęła jak wryta.
-Co to ma być- jęknęła.
-Konie- odrzekła Minia- to ssaki parzystokopytne, udomowione przez człowieka, jedzą głównie owies i..
-Zamknij się Flaczek- Matez jak zawsze się nie pierdolił.
-Myślałam, że macie na myśli konie mechaniczne!! Ja nie wsiądę na konie- piekliła się Monica- to potwory, boję się!!
Hana Montana popatrzyła z pogardą na Monicę.
-Dupka - wyrzekła dziewczynka i zabrzmiało to jak wyrok.
Minia i Matez udali się na pobocze by złapać okazję do Międzymorza. Początkowo nie tracili nadziei, że stanie się to szybko, ale po 2h zdecydowali się przenieść na główną drogę.
-Mówiłam ci Matez, że na polnych drogach to się nie uda.
-Oj Minia, ale czego ty jesteś taki ciapciak? Przynajmniej mogliśmy nowych ludzi poznać i tak było bardziej alternatywnie.
Szczęście im jednak dopisało bo wkrótce zatrzymał się obok nich tir, do którego ochoczo wskoczyli.
Monica i Dzianni wpadli do mieszkania jak burza. Chcieli szybko spakować kilka drobiazgów i ruszyć w drogę, u kresu której czekało ich darmowe jedzenie, ale ujrzeli siedzącą na łóżku, zapłakaną Pyskację. Obok niej siedziała jej dawna przyjaciółka Fufa.
-Co się stało?!-zakrzyknęła Monica.
Pyskacja podniosła zapłakaną twarz i wtedy ujrzeli na jej twarzy wielki tatuaż.
- Co to kurwa ma być?!!- wrzeszczała Monica.
-To nie moja wina!-chlipnęła Pyskacja- kupowałam wędlinę w stonce i pisałam smsa, podbiegł do mnie jakiś koleś, wyrwał mi telefon i zanim zdążyłam się obejrzeć wytatuował mi na twarzy wielkiego królika a potem zrobił trzy salta, wybił szybę w stokrotkowych drzwiach, wypuścił dwa kuliste pioruny i uciekł z moim telefonem!
Fufa kiwała potakująco głową jedząc w tym czasie kebaba. Nagle zaprzestała konsumpcji.
-Dobre, ale klajstruje mordę!- stwierdziła i rzuciła kebabem o ścianę. Pokój Pyskacji rzeczywiście przypominał śmietnik, więc nie było znaczenia gdzie wyrzuca się resztki jedzenia.
Monica zmarszczyła brwi.
-Zaraz...coś mi się w twojej historii nie zgadza...Przecież w stonce nie ma wędliny!
-Daj mi spokój- zapłakała Pyskacja- no to może ser kupowałam!
Monica westchnęła głęboko i poszła zadzwonić do kosmetyczki, która będzie w stanie usunąć tatuaż z twarzy Pyskacji. Wiedziała, że w przeciwnym razie zostanie ukarana przez rodziców za niedopilnowanie siostry. W tym czasie Fufa rozglądała się po pokoju. Nagle złapała do ręki jedną z podkolanówek poniewierających się po pokoju.
-Ej! To chyba moja!! Ukradłaś mi- krzyknęła oburzona Fufa do Pyskacji.
Dzianni, który układał w tym czasie włosy, spojrzał zaskoczony na trzymaną przez Fufę podkolanówkę, którą ta zapamiętale wymachiwała.
-Przecież to moje- stwierdził zaskoczony.
Fufa w tym czasie przyjrzała się podkolanówce i odkryła, że rzeczywiście, jest na niej napisane małymi, złotymi literkami "Dzianni". Tym samym konflikt został zażegnany a Ore Ore wyruszyli do Okrzejowa. Wiedzieli, że Matez już tam jest bezpieczny i to dodawało im skrzydeł a ich limuzynie koni mechanicznych.
Po godzinnej jeździe wjechali w bramę hacjendy. Zajechali z rozmachem trąbiąc po drodze. W drzwiach wejściowych, które ozdobione były malowniczymi gzymsami, stała cała rodzina Ciotków: na czele Maryjanna, głowa domu. Trzymała w ręku tacę z chlebem i dwoma kieliszkami wódki. Obok niej, z lewej strony stał mąż, cichy i spokojny. Strona prawa zajęta była przez Geralta i jego siostrę Ronę. Zza Rony wychylała się głowa jej męża Koralika, który z namaszczeniem jadł chleb razowy z chlebem pszennym i domieszką grahama. Troszkę z tyłu trzymała się rodzina Kopalskich, czyli starsza córka Maryjanny- Lela z dwójką dzieci (brakowało tylko jej męża, którego na czas uroczystości przywiązano łańcuchem na podwórzu) Gdy tylko Ore Ore wysiedli z limuzyny, Geralt pstryknął palcami i zza szergegu wyskoczyła córka Leli- Hana Montana, która dygnęła ładnie i rozpoczęła śpiew powitalny:
"Dzień - wspomnienie lata
Dzień - słoneczne ćmy (aha)
Nagle w tłumie w samym środku miasta
Ty po prostu ty "
-Wspaniale- mruknął Dzianni- lubię Marylę Rodowicz.
Monia spojrzała na niego z pogardą, ale nie mogła teraz go strofować, nie w czasie uroczystości powitalnych na ich cześć. Podeszli oboje do Maryjanny, uskubnęli chleba, wypili wódkę i przy wiwatach rzucili kieliszki za siebie. Następnie Geralt, gnąc się w ukłonach odezwał się w te słowa:
-Zapraszam na piano nobile.
Monia wiedziała, że to przytyk do Dzianniego, który znał tylko język polski i tylko na średnim poziomie.
-Piano nobile- wytłumaczyła mężowi Monica- to łełe łe łe, po polsku najwyższe piętro.
Po chwili zasiedli przy stole wraz z całą rodziną. Służba biegała wokół nich donosząc coraz to nowe potrawy i napoje. Pieczone gołąbki, marynowane strzępiele, nadziewane kuropatwy, dzik z rożna, marmolada z pigwy i cztery rodzaje miodów pitnych to tylko część przygotowanych na przybycie gości smakołyków. Co prawda nie podano sztućców, ale nasi bohaterowie poradzili sobie palcami. Początkowo Monica chciała zaprotestować, zwłaszcza, że brak specjalnego wiedelca do jedzenie kuropatwy utrudniał jej konsumpcję tej delicji, ale została zgromiona wzrokiem przez Mateza. Najszczęśliwszy był Dzianni, który przypomniał sobie beztroskie czasy taborów. Po obiedzie mieli udać się na konną przejażdżkę toteż pojawiła się służąca z informacją, że koniuszy przygotował 4 rumaki i jedną chabetę.
-Geralt- zagaił Matez- a dlaczego Twój koniuszy z nami nie usiądzie? Mój koniuszy by od razu z nami usiadł i zagadał. A co z ochmistrzynią? Dlaczego nie klapnie na tyłek?
Geralt strapił się, że jego koniuszy i ochmistrzyni nie są zbyt towarzyscy, ale zaraz wszyscy wyszli na zewnątrz by odbyć obiecaną przejażdżkę. Na widok pięciu koni Monica stanęła jak wryta.
-Co to ma być- jęknęła.
-Konie- odrzekła Minia- to ssaki parzystokopytne, udomowione przez człowieka, jedzą głównie owies i..
-Zamknij się Flaczek- Matez jak zawsze się nie pierdolił.
-Myślałam, że macie na myśli konie mechaniczne!! Ja nie wsiądę na konie- piekliła się Monica- to potwory, boję się!!
Hana Montana popatrzyła z pogardą na Monicę.
-Dupka - wyrzekła dziewczynka i zabrzmiało to jak wyrok.
piątek, 28 lutego 2014
Odcinek 11
Plan opracowany był już od wczoraj. Dzianni miał w nim grać
główną rolę i zamówić usługi Bananowej Księżniczki. Zdobyli pseudonim, który nadano Matezowi dzięki Kubkowi. Kubek Tutka był piosenkarzem-romantykiem
i przyjacielem Tura, ale wystarczyły dwie szklanki piwa by Kubek zaczął sypać.
Dzianni wziął głęboki oddech. Chciał się wycofać, ale Monica obiecała mu nowy
tatuaż po wykonaniu misji… spojrzał na swoją rękę i łzy zaświeciły mu w oczach..biedny
i samotny króliczek potrzebował drugiego króliczka bezapelacyjnie!
-Dzianni, dzięki, że się tak postarałeś i nawet ubrałeś się
na potrzeby akcji jak gej na paradę równości- wyszeptała wzruszona Minia.
Dzianni miał na sobie koszulkę polo (była różowa, ale co
najważniejsze Lacoste), jasne dżinsy z przecierkami i naszywkami, do tego skarpetki
stopki i odsłaniające kostkę buty najki.
-Co? Wcale się nie przebierałem- zdziwił się Dzianni. Minia
wzruszyła ramionami. Popełniała gafy tak
często, że przestała się nimi
przejmować.
-Dosyć pierdolenia. Idziemy- Monica jak zawsze nie traciła z oczu celu.
Dzianni i Monica skierowali się w stronę baru.
- Czego sobie życzysz słoneczko?-spytał barman Dzianniego.
-Jedno modżajto dla mojej świni. A dla mnie godzinka z
Bananową Księżniczką- przemówić nasz cygan pewnym głosem.
-Fiu fiu- gwizdnął barman i pokiwał z uznaniem głową- jesteś
odważny chłopczyku. Księżniczka jest u nas nowa, ale dosyć duża. Poradzisz
sobie z nią?
-Bez obaw- Dzianni zrobił chytrą minę- nie z takimi sobie
radziłem.
-Ok- barman skinął głową i postawił na ladzie szklankę z
mohito – świnia zostaje, ty rycerzyku idziesz ze mną, płacicie po usłudze.
Tylko bez numerów bo Wielki A załatwi cię tak, że cię matka nie pozna.
Wzrok Monici i Dzianniego powędrował w stronę ściany, pod
którą stał rzeczony A. Monica zakrztusiła się swoim modżajto. Wielki A to był
Arkadiusz Kąpka, który studiował z Monicą, Geraltem, Matezem i Turem. Monica skierowała się w jego stronę a Dzianni
z barmanem zniknęli za zasłoną z
koralików. Dzianni został wprowadzony do małego pokoju. Na środku stało łóżko,
które zajmowało praktycznie całe pomieszczenie. Leżał na nim Matez ubrany w
żółty lateksowy strój. W ustach miał piłeczkę pingpongowa a ręce przywiązane do
poręczy. Barman zostawił ich samych. Dzianni nie tracił czasu na wyciąganie
piłeczki z ust Mateza tylko szybko wybrał numer telefonu alarmowego.
Policja pojawiła się błyskawicznie. Szajka prowadząca lokal była tak zaskoczona,
że nie zareagowali i udało się uwolnić wszystkich przetrzymywanych mężczyzn bez
żadnych ofiar. Bohaterscy przyjaciele byli potem długo przesłuchiwani przez
policję. Grupa specjalna już dawno wpadła na trop bandy, ale cygan okazał się
dla tajniaków zaporą nie do przebycia. Za każdym razem słysząc jego zawodzenie
rzucali mu drobne i tym samym zaprzepaszczali szansę na powodzenie misji.
Komendant miał dla bohaterów dwie wiadomości. Po pierwsze mieli dostać medale
za odwagę. Po drugie, Turo zbiegł. Mógł próbować zemścić się więc zalecono
przyjaciołom, aby na jakiś czas zniknęli. Jedynym sensownym pomysłem było
zaszycie się w podmiejskiej rezydencji rodziców Minii. Po wykonaniu stosownych
telefonów do pracy i rodziny, grupa udała się z stronę Zadupia, gdzie owa
rezydencja się mieściła. Minia zadzwoniła jeszcze do rodziców upewnić się czy
rezydencja jest wolna, chcieli bowiem mieć trochę spokoju i prywatności,
ponadto nie chcieli narażać rodziny Minii na ewentualne niebezpieczeństwo
związane z najzadem Tura. Jechali limuzyną Ore ore, gdzie było dosyć ciasno dla
5 osób, ale przytulnie. Musieli wstąpić
jeszcze do szpitala, gdzie Matez miał być profilaktycznie przebadany.
Lekarz osłuchał biednego Mateza, pobrali
mu krew i zrobili prześwietlenia.
-No cóż panie Matez, miał pan mimo wszystko trochę szczęścia.
Piłeczka pingpongowa wyłamała panu dwa zęby i ma pan kiłę, ale jest pan tak
inteligentny, że zęby odrosną a kiła się sama wyleczy.
Uzyskawszy te wiadomości ruszyli ku przeznaczeniu. Po drodze
Matez opowiadał im jak został wzięty przez Tura w jasyr. Tak jak przypuszczali,
Turo zwabił Mateza obietnicą nakręcenia Owocowego szaleństwa 2. Na planie podał
niczego nie podejrzewającemu Matezowi banana
z tabletką gwałtu. Matez obudził się w już w pokoju, gdzie potem zastał
go Dzianni. Przyjaciół martwiła jeszcze jedna kwestia. Zarówno komendant jak i
Matez twierdzili, że Turo jest zaledwie płotką w tej szajce. Świadczył o tym
choćby fakt, że jeździł zielonym seatem a nie charakterystyczną dla tuzów organizacji
czarną wołgą z napisem WC Group. Tak rozprawiając dojechali do Zadupia. Byli
nieco zaskoczeni, gdy na miejscu okazało się, że są tam rodzice Minii, jej
rodzeństwo z rodzinami, rodzeństwo cioteczne z rodzinami, teściowie rodzeństwa,
kuzyni, babcie i dziadkowie. Matez spuścił nos na kwintę ale zaraz nieco się
rozchmurzył gdy zobaczył Bastusia z żoną, dziećmi i Pusią. Wieczór upłynął im
na rozpakowywaniu się, szukaniu miejsca na rozbicie namiotu (rezydencja była
zbyt mała żeby pomieścić aż tyle osób),
szukaniu strumienia lub rzeki aby mieć dostęp do wody i słuchaniu jęków Monici,
której przeszkadzały dzieci, komary, psy, krowy i wszystko inne. Panicznie bała
się też dzików.
-Monica, dziki żyją w lesie- wyjaśniała Minia, której wiedzy
dorównywało tylko 20 tomów encyklopedii PWN- tutaj nie ma lasu i nie ma dzików.
-Minia, a czy ty skończyłaś psychologię dzika? Skąd wiesz,
że jakiemuś dzikowi nie przyjdzie do głowy tutaj przybiec? Jesteś pewna
mądralo?
Na takie argumenty
Minia spasowała. Dzianni zwrócił uwagę, że dzieci zrobiły sobie łuk z
leszczyny i sznurka. Pokręcił głową z
dezaprobatą.
-Słuchajcie dzieci- przemówił do zebranej wokół siebie
gromadki niczym Don Wasyl do cygańskich gwiazd- jak chcecie się bawić to róbcie
to porządnie. Dajcie mi ten łuk a za kilka godzin oddam wam go w ulepszonej
formie.
Dzieci oddały łuk stojąc z rozdziawionymi buziami. Dzianni
jawił im się jak Mojżesz rozdzielający morze Żydom. Dzianni czym prędzej wyjął
laptopa i przystąpił do ściągania programów, za pomocą których zamierzał ściągnąć
program do projektowania łuków. Z uwagi na słaby zasięg, zdenerwował się i
rozrysował projekt na piasku.
Pozostali tymczasem rozkładali namiot. Nie udałoby im się to
gdyby nie Bastian i Pusia. Cóż to było za urocze i rozkoszne stworzenie. Miała
za sobą co prawda chorobę i musiała biegać w kasku i maseczce przeciwpyłowej,
ale zachowała radość życia. Bastek dyrygował rozkładającymi namiot jak Jagiełło
pod Grunwaldem i wystarczyło 4 godziny by imponujący ortalionowy schron stanął
na zboczu pagórka. Dzianni także zrealizował misję i oddał dzieciom łuk. Cienką
leszczynę zastąpił grubszą leszczyną, zamiast sznurka przymocował żyłkę.
Strzały wykonał z grubego drutu a ich groty z zaostrzonych kamieni. Wypróbował
łuk i voila! Strzała wbiła się w drzewo jak nóż w masło. Zadowolony oddał łuk
grupie pięciolatków.
Wieczorem, wraz z całą rodziną Minii zasiedli przy ognisku,
na którym pieczono upolowaną zwierzynę. Monica, która wypiła już kilka piw i
była w znacznie lepszym nastroju, zaintonowała „Przybądźcie z nieba na głos
naszych modlitw, mieszkańcy chwały wszyscy święci Boży; Z obłoków jasnych
zejdźcie aniołowie, Z rzeszą zbawionych
spieszcie na spotkanie. Anielski orszak
niech twą duszę przyjmie, Uniesie z
ziemi ku wyżynom nieba…”, za chwilę przyłączył się do niej Geralt, który
postanowił nawet w rytm pieśni skakać przez ogień a za nim wszyscy obecni wesoło
śpiewali tę wspaniałą pieśń. Wieczorną sielanką przerwał nagle rozpaczliwy
krzyk Bastusia.
Wszyscy rzucili się w stronę balii gdzie Bastuś odbywał swe
codziennie oblucje. Płakał i wskazywał palcem na drzewo. Przyświecając sobie
latarkami, dostrzegli na drzewie Pusię, która była do niego przybita na
wysokości ok 70 cm. Nieopodal stała mała Ola trzymając w ręku łuk…
Pomimo akcji reanimacyjnej nie udało się uratować Pusi. Wszyscy
poszli spać zrozpaczeni. Matez zaoferował
się spać z Bastianem, którego bólu nic nie mogło ukoić. Nazajutrz miał
się odbyć pogrzeb.
Dzień był piękny. Słońce błyszczało na niebie nie
przysłonięte nawet jedną chmurką. Ptaki wyśpiewywały swoje trele w koronach
drzew a pszczoły wesoło bzykały w zaroślach. Świat nie zatrzymał się pomimo
smutku jaki spadł na Zadupie. Pogrzeb był kameralny. Pusię zakopano za
wychodkiem. Ola została zabrana w kajdankach na komisariat a młodzi przyjaciele
zdecydowali się mimo wszystko powrócić do swych domów, gdyż atmosfera w
rezydencji stała się nieznośna. Matez przed wyjazdem długo rozmawiał z
Bastudiem starając się mu wytłumaczyć
sens tej tragicznej i niepotrzebnej śmierci. Po tej dyspucie, młodzi zapakowali
się do ore-limuzyny i odjechali.
czwartek, 27 lutego 2014
Odcinek 10
Monica szła gwarnymi uliczkami ze skwaszoną miną. Dzisiejsze
polowanie nie było udane. Niestety, była niczym samotna lwica podczas gdy
rywalizowała ze stadami hien. Od pierwszego kontenera Caritasu odgoniły się
prychające Rumunki zanim jeszcze zdążyła się do niego zbliżyć. Do drugiego
udało jej się doskoczyć i włożyć ręce i głowę przez mały otwór na ubrania, ale
zaraz poczuła na łydkach wściekłe
ugryzienia i musiała znów ustąpić przez dosyć liczebnym stadem Czeczenów.
Trzeci, najlepszy kontener, znajdował się już poza jej rewirem. Ze złości kopnęła
przechodzące obok dziecko ale czy coś mogło jej poprawić nastrój gdy zamiast
wypchanego bogactwem worka niosła tylko jedną bluzkę, którą udało się jej
chwycić zębami gdy Czeczeńcy wyciągali ją od tego życiodajnego źródła? Nic więc
dziwnego, że powlokła się do mieszkania ponura jak co najmniej Dolinkowie.
Chcąc podnieść się na duchu zaczęła nucić ulubione hity: „ O stworzycielu duchu
przyjdź, nawiedź dusz wiernych Tobie krąg, niebieską łaskę zesłać racz
sercom co dziełem są Twych rąk….”
Gdy była już przy wejściu do klatki natknęła się na
Pyskację, która właśnie wychodziła.
-Gdzie idziesz?-spytała jak zawsze uprzejmie Monica.
-Na zajęcia.
-Przecież masz wakacje!
-A co, książkę piszesz?-odburknęła Pyskacja swoim zwyczajem.
-Posprzątałaś pokój?!-zapiszczała Monica głosem ostatniej
szansy.
- A weź spierdalaj, sama posprzątaj!
- Kup coś słodkiego!- zdołała jeszcze pisnąć Monica i już
miała wkładać klucz do zamka gdy ujrzała biegnącą w jej stronę Minię. Minia
miała jeszcze rękę w temblaku po niefortunnym weselu Dolinków. Biegła nieco
koślawo, płacząc i krzycząc na przemian.
-Coż się stało?!- zapytała Monica.
- Ogólnie- chlipnęła Minia- to nie mówi się ‘coż’ tylko ‘cóż’
, ale w końcu jesteś osobą, która nie wiedziała po co krowom kołki na szyi,
więc chyba nie mogę wiele wymagać.
Monica wzięła głęboki oddech szykując morderczą replikę gdy
Minica zaszlochała:
-Słuchaj, coś się stało z Matezem!
-To znaczy co?- Monica na chwilę zapomniała o gniewie gdy
usłyszała imię Mateza, w którym się skrycie podkochiwała jak wszystkie polskie
kobiety.
- Miał kręcić coś z Turem w Wielkim Mieście, ale od dwóch
dni się nie odzywa i…
-Kręcić coś z Turem??!!- ryknęła Monica- czy on postradał
zmysły?! Co kręcić?! Zresztą wejdźmy do mieszkania, zrobię kawę i wszystko mi
opowiesz!
Po chwili Minia siedziała w fotelu trzymając w zdrowej ręce kubek
z dziwną, lurowatą kawą. Monica szybko wyjaśniła:
-To kawa z orzechów włoskich, kupiliśmy blender i otworzyły
nam się oczy na świat. A teraz mów szybko!
-Nie wiem czy mogę, bo Matez mi zakazał ale…
-Minia! Jeśli mam ci pomóc muszę wszystko wiedzieć! Nie
wstydź się, jesteś wśród przyjaciół!- powiedziała Monica dyskretnie ustawiając
nagrywanie na telefonie. „Ale będzie wyświetleń na you tubie!”- cieszyła się w
duchu.
- Matez…no…Turo zaproponował mu udział w filmie i okazało
się…że
-Owocowy fetysz?-spytała domyślnie Monica.
-Skąd wiesz?-zdziwiła się Minia. Monica zarumieniła się
gwałtownie i dyskretnie starała się wsunąć skrzynkę mandarynek pod łóżko.
-Nie mówimy o mnie. Mów co dalej, każda minuta się liczy.
-No więc…Matez miał wziąć udział w filmie z owocowym
fetyszem i dostać za to skrzynkę dowolnie wybranych owoców…wahaliśmy się, ale
wiesz…skrzynka owoców…I Matez wziął udział, ale okazało się, że to nic
strasznego…miał chodzić tylko na szpilkach i deptać jakieś banany…spodobał się…I
pojechał na jeszcze jedno nagranie, ale to było dwa dni temu..Monica! on nie
daje znaku życia...ja nawet nie wiem kim jest Turo, jedyną osobą, która mogła
pomóc jest Bastek, ale wyjechał z Pusią na turnus rehabilitacyjny po dżumie,
która ostatnio przeszła i …
-Cicho! Minia, nie ma czasu, trzeba działać szybko.
Słyszałam pogłoski o tym, że osoby z wyjątkowo zgrabnymi nogami nie wracają z
nagrań u Tura, ale nie wierzyłam…musimy działać. Ty dzwoń do Geralta, a ja…..-Monica
zamilkła nagle.
- A ty co?-spytała Minia.
Monica popatrzyła ponad głową Minii niczym Ordon na swej
reducie i rzekła z mocą:
- A ja pójdę do Tzatzika.
Minia otworzyła usta ze zdziwienia. Wiedziała, że będzie to
duże poświęcenie ze strony Monici, która niegdyś zamieszana była w skandal
obyczajowy z udziałem Tzatzika. Dawno temu coś ich łączyło. Tzatzik po wszystkim
ubiegał się o alimenty na swoje dziecko, ale Monica nie przyznała się do
matkostwa a sąd niczego jej nie udowodnił (dzięki wymiernej pomocy Geralta).
Niemniej od tamtego czasu nie mieli kontaktu. Wzruszona postawą Monici szybko
wybrała numer Geralta.
Tzatzik przepisywał ostatnią stronę dzieła „Ryby, żaby i
raki” Jana Brzechwy, gdy w drzwiach kopiarni, gdzie pracował wspólnie z Turem, stanęła Monica.
-Słuchaj Tzatzik, nie będę się rozdrabniała. Matez zniknął a
ja wiem, że to sprawka Tura. Gadaj co wiesz.
Tzatzik sztywnym krokiem podszedł do stolika i wziął z małej
skrzynki jabłko. Obrał je i zaczął niespiesznie zjadać, ale przypomniał sobie,
że jest na nie uczulony, więc czym prędzej wypluł zabójczą substancję. Teraz
już nic nie chroniło go od konfrontacji z Monicą.
-Skąd wiesz, że to sprawka Tura? Masz dowody?
-Nie przyszłabym gdybym nie miała.
-A może chcesz zobaczyć zdjęcie Pameli? Ma już 4 lata i
ciągle pyta kto jest jej mamą.
Monica zacisnęła zęby.
- Wiesz dobrze, że to nie ja. Mów co wiesz o zniknięciu
Mateza bo pogadamy inaczej- rzekła Monica kładąc na ladzie scyzoryk.
Tzatzik zmieszał się. Szybko napisał na małej karteluszce
adres wielkomiejskiego klubu nocnego.
-Jakby co to nie wiesz tego ode mnie. Za dwa dni przewiozą
go do Frankfurtu a stamtąd do Brukseli. Trafi za szybę na ulicy czerwonych latarni.
Monica bez słowa wyszła. Zadzwonił do niej Geralt, któremu
podała nazwę klubu by uruchomił swoje praskie znajomości.
-Już jedziemy Matez-rzekła Monica do siebie-już jedziemy,
trzymaj się.
Wieczór był bardzo zimny więc ulice były niemal puste. Gdzie
niegdzie tylko pohukiwały sowy lub słychać było przejeżdżający w oddali
samochód. Cztery cienie przemknęły między śmietnikami i ruszyły dalej ku
jaśniejącej neonami bramie. Starali się zachować dyskrecję ale w ciszy
wrześniowej nocy nawet kroki brzmiały
jak wystrzał. Dotarli wreszcie do bramy. Ciężko oddychali starając się uspokoić
rozszalałe serca.
-Na bramce stroi jakiś
rumun lub cygan, z nim się trzeba głównie dogadać-Geralt podzielił się z
przyjaciółmi informacjami uzyskanymi od praskich przyjaciół. Wszyscy spojrzeli
na Dzianniego, który właśnie chował lusterko do kieszeni.
-No co, sprawdzałem tylko czy mi się włosy nie zwichrzyły.
-Trzeba się dogadać z cyganem na bramce-Monica spojrzała
wymownie na Dzianniego.
-Mhm…tylko skąd wziąć kogoś kto się dogada?-Dzianni patrzyła
na pozostałych z niewinnym wyrazem twarzy.
-Do jasnej anielki!-nie wytrzymała Minia- ty jesteś
cyganem!! Skończ z tym udawaniem, tu chodzi o życie Mateza! A przynajmniej o
jego godność!
-Godność to Matez stracił biorąc udział w tej owocowej
farsie-stwierdziła kwaśno Monica, która specjalizowała się w mądrych radach po
fakcie.
-Dobra Monica, nie teraz-zirytował się Geralt- Dzianni,
wiemy, że jesteś cyganem, twoja rodzina to cyganie.
-Nie oceniajcie mnie poprzez ich pryzmat!!-zawołał
płaczliwie Dzianni i schował się za Monicą. Monica wyciągnęła męża zza swoich
pleców.
-Dosyć tego. Wypierdalaj dogadać się z cyganem!-krzyknęła do
struchlałego ze strachu Dzianniego.
-Dobra, ale nie mówcie nikomu, że jestem cyganem-poprosił.
Nie było Mateza, który przewróciłby teatralnie oczami więc zrobił to Geralt.
Ruszyli do wejścia. Otworzyli ciężkie, metalowe drzwi. W środku było zupełnie
ciemno, ale gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności zauważyli wąski korytarz,
którym przeszli do drugiego pomieszczenia. Było ono oświetlone tylko małą
lampką, więc minęło trochę czasu nim skuloną w rogu postać, która zaraz się poderwała. Był to
średniego wzrostu Cygan w rozpostartej koszuli, jasnych dżinsach
poprzecieranych i zdobionych brokatem. Na szyi miał złoty łańcuch. Postąpił
krok w ich stronę.
-Łełełe łełe panee łełe panee !
Dzianni wysunął się przodu i nawiązał z cyganem rozmowę. Po
chwili zwrócił się z nieprzeniknionym
wyrazem twarzy do przyjaciół.
-Jesteśmy z tego samego plemienia, wchodzimy za darmo.
Minęli cygana i weszli do wnętrza klubu. W środku
panował dyskretny półmrok, ale z łatwością można było rozróżnić twarze
obecnych. Ściany obite były różową lub czerwoną satyną . Bar, stoliki i kilka
podwyższeń z zamontowanymi rurarmi stanowiło główny element wystroju.
Odetchnęli z ulgą gdy nigdzie nie spostrzegli Tura. Gdyby ich rozpoznał, plan
mógłby spalić na panewce. Wiedzieli, że mają mało czasu i tylko jedną szansę....
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)