czwartek, 27 lutego 2014

Odcinek 10

Monica szła gwarnymi uliczkami ze skwaszoną miną. Dzisiejsze polowanie nie było udane. Niestety, była niczym samotna lwica podczas gdy rywalizowała ze stadami hien. Od pierwszego kontenera Caritasu odgoniły się prychające Rumunki zanim jeszcze zdążyła się do niego zbliżyć. Do drugiego udało jej się doskoczyć i włożyć ręce i głowę przez mały otwór na ubrania, ale zaraz poczuła na łydkach  wściekłe ugryzienia i musiała znów ustąpić przez dosyć liczebnym stadem Czeczenów. Trzeci, najlepszy kontener, znajdował się już poza jej rewirem. Ze złości kopnęła przechodzące obok dziecko ale czy coś mogło jej poprawić nastrój gdy zamiast wypchanego bogactwem worka niosła tylko jedną bluzkę, którą udało się jej chwycić zębami gdy Czeczeńcy wyciągali ją od tego życiodajnego źródła? Nic więc dziwnego, że powlokła się do mieszkania ponura jak co najmniej Dolinkowie. Chcąc podnieść się na duchu zaczęła nucić ulubione hity: „ O stworzycielu duchu przyjdź, nawiedź dusz wiernych Tobie krąg, niebieską łaskę zesłać racz sercom  co dziełem są Twych rąk….”
Gdy była już przy wejściu do klatki natknęła się na Pyskację, która właśnie wychodziła.
-Gdzie idziesz?-spytała jak zawsze uprzejmie Monica.
-Na zajęcia.
-Przecież masz wakacje!
-A co, książkę piszesz?-odburknęła Pyskacja swoim zwyczajem.
-Posprzątałaś pokój?!-zapiszczała Monica głosem ostatniej szansy.
- A weź spierdalaj, sama posprzątaj!
- Kup coś słodkiego!- zdołała jeszcze pisnąć Monica i już miała wkładać klucz do zamka gdy ujrzała biegnącą w jej stronę Minię. Minia miała jeszcze rękę w temblaku po niefortunnym weselu Dolinków. Biegła nieco koślawo, płacząc i krzycząc na przemian.
-Coż się stało?!- zapytała Monica.
- Ogólnie- chlipnęła Minia- to nie mówi się ‘coż’ tylko ‘cóż’ , ale w końcu jesteś osobą, która nie wiedziała po co krowom kołki na szyi, więc chyba nie mogę wiele wymagać.
Monica wzięła głęboki oddech szykując morderczą replikę gdy Minica zaszlochała:
-Słuchaj, coś się stało z Matezem!
-To znaczy co?- Monica na chwilę zapomniała o gniewie gdy usłyszała imię Mateza, w którym się skrycie podkochiwała jak wszystkie polskie kobiety.
- Miał kręcić coś z Turem w Wielkim Mieście, ale od dwóch dni się nie odzywa i…
-Kręcić coś z Turem??!!- ryknęła Monica- czy on postradał zmysły?! Co kręcić?! Zresztą wejdźmy do mieszkania, zrobię kawę i wszystko mi opowiesz!
Po chwili Minia siedziała w fotelu trzymając w zdrowej ręce kubek z dziwną, lurowatą kawą. Monica szybko wyjaśniła:
-To kawa z orzechów włoskich, kupiliśmy blender i otworzyły nam się oczy na świat. A teraz mów szybko!
-Nie wiem czy mogę, bo Matez mi zakazał ale…
-Minia! Jeśli mam ci pomóc muszę wszystko wiedzieć! Nie wstydź się, jesteś wśród przyjaciół!- powiedziała Monica dyskretnie ustawiając nagrywanie na telefonie. „Ale będzie wyświetleń na you tubie!”- cieszyła się w duchu.
- Matez…no…Turo zaproponował mu udział w filmie i okazało się…że
-Owocowy fetysz?-spytała domyślnie Monica.
-Skąd wiesz?-zdziwiła się Minia. Monica zarumieniła się gwałtownie i dyskretnie starała się wsunąć skrzynkę mandarynek pod łóżko.
-Nie mówimy o mnie. Mów co dalej, każda minuta się liczy.
-No więc…Matez miał wziąć udział w filmie z owocowym fetyszem i dostać za to skrzynkę dowolnie wybranych owoców…wahaliśmy się, ale wiesz…skrzynka owoców…I Matez wziął udział, ale okazało się, że to nic strasznego…miał chodzić tylko na szpilkach i deptać jakieś banany…spodobał się…I pojechał na jeszcze jedno nagranie, ale to było dwa dni temu..Monica! on nie daje znaku życia...ja nawet nie wiem kim jest Turo, jedyną osobą, która mogła pomóc jest Bastek, ale wyjechał z Pusią na turnus rehabilitacyjny po dżumie, która ostatnio przeszła i …
-Cicho! Minia, nie ma czasu, trzeba działać szybko. Słyszałam pogłoski o tym, że osoby z wyjątkowo zgrabnymi nogami nie wracają z nagrań u Tura, ale nie wierzyłam…musimy działać. Ty dzwoń do Geralta, a ja…..-Monica zamilkła nagle.
- A ty co?-spytała Minia.
Monica popatrzyła ponad głową Minii niczym Ordon na swej reducie i rzekła z mocą:
- A ja pójdę do Tzatzika.
Minia otworzyła usta ze zdziwienia. Wiedziała, że będzie to duże poświęcenie ze strony Monici, która niegdyś zamieszana była w skandal obyczajowy z udziałem Tzatzika. Dawno temu coś ich łączyło. Tzatzik po wszystkim ubiegał się o alimenty na swoje dziecko, ale Monica nie przyznała się do matkostwa a sąd niczego jej nie udowodnił (dzięki wymiernej pomocy Geralta). Niemniej od tamtego czasu nie mieli kontaktu. Wzruszona postawą Monici szybko wybrała numer Geralta.


Tzatzik przepisywał ostatnią stronę dzieła „Ryby, żaby i raki” Jana Brzechwy, gdy w drzwiach kopiarni, gdzie pracował wspólnie  z Turem, stanęła Monica.
-Słuchaj Tzatzik, nie będę się rozdrabniała. Matez zniknął a ja wiem, że to sprawka Tura. Gadaj co wiesz.
Tzatzik sztywnym krokiem podszedł do stolika i wziął z małej skrzynki jabłko. Obrał je i zaczął niespiesznie zjadać, ale przypomniał sobie, że jest na nie uczulony, więc czym prędzej wypluł zabójczą substancję. Teraz już nic nie chroniło go od konfrontacji z Monicą.
-Skąd wiesz, że to sprawka Tura? Masz dowody?
-Nie przyszłabym gdybym nie miała.
-A może chcesz zobaczyć zdjęcie Pameli? Ma już 4 lata i ciągle pyta kto jest jej mamą.
Monica zacisnęła zęby.
- Wiesz dobrze, że to nie ja. Mów co wiesz o zniknięciu Mateza bo pogadamy inaczej- rzekła Monica kładąc na ladzie scyzoryk.
Tzatzik zmieszał się. Szybko napisał na małej karteluszce adres wielkomiejskiego klubu nocnego.
-Jakby co to nie wiesz tego ode mnie. Za dwa dni przewiozą go do Frankfurtu a stamtąd do Brukseli. Trafi za szybę na ulicy czerwonych latarni.
Monica bez słowa wyszła. Zadzwonił do niej Geralt, któremu podała nazwę klubu by uruchomił swoje praskie znajomości.
-Już jedziemy Matez-rzekła Monica do siebie-już jedziemy, trzymaj się.

Wieczór był bardzo zimny więc ulice były niemal puste. Gdzie niegdzie tylko pohukiwały sowy lub słychać było przejeżdżający w oddali samochód. Cztery cienie przemknęły między śmietnikami i ruszyły dalej ku jaśniejącej neonami bramie. Starali się zachować dyskrecję ale w ciszy wrześniowej nocy  nawet kroki brzmiały jak wystrzał. Dotarli wreszcie do bramy. Ciężko oddychali starając się uspokoić rozszalałe serca.
-Na bramce stroi jakiś  rumun lub cygan, z nim się trzeba głównie dogadać-Geralt podzielił się z przyjaciółmi informacjami uzyskanymi od praskich przyjaciół. Wszyscy spojrzeli na Dzianniego, który właśnie  chował  lusterko do kieszeni.
-No co, sprawdzałem tylko czy mi się włosy nie zwichrzyły.
-Trzeba się dogadać z cyganem na bramce-Monica spojrzała wymownie na Dzianniego.
-Mhm…tylko skąd wziąć kogoś kto się dogada?-Dzianni patrzyła na pozostałych z niewinnym wyrazem twarzy.
-Do jasnej anielki!-nie wytrzymała Minia- ty jesteś cyganem!! Skończ z tym udawaniem, tu chodzi o życie Mateza! A przynajmniej o jego godność!
-Godność to Matez stracił biorąc udział w tej owocowej farsie-stwierdziła kwaśno Monica, która specjalizowała się w mądrych radach po fakcie.
-Dobra Monica, nie teraz-zirytował się Geralt- Dzianni, wiemy, że jesteś cyganem, twoja rodzina to cyganie.
-Nie oceniajcie mnie poprzez ich pryzmat!!-zawołał płaczliwie Dzianni i schował się za Monicą. Monica wyciągnęła męża zza swoich pleców.
-Dosyć tego. Wypierdalaj dogadać się z cyganem!-krzyknęła do struchlałego ze strachu Dzianniego.
-Dobra, ale nie mówcie nikomu, że jestem cyganem-poprosił. Nie było Mateza, który przewróciłby teatralnie oczami więc zrobił to Geralt. Ruszyli do wejścia. Otworzyli ciężkie, metalowe drzwi. W środku było zupełnie ciemno, ale gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności zauważyli wąski korytarz, którym przeszli do drugiego pomieszczenia. Było ono oświetlone tylko małą lampką, więc minęło trochę czasu nim skuloną w rogu postać, która zaraz się poderwała. Był to średniego wzrostu Cygan w rozpostartej koszuli, jasnych dżinsach poprzecieranych i zdobionych brokatem. Na szyi miał złoty łańcuch. Postąpił krok w ich stronę.
-Łełełe łełe  panee  łełe panee !
Dzianni wysunął się przodu i nawiązał z cyganem rozmowę. Po chwili zwrócił się  z nieprzeniknionym wyrazem twarzy do przyjaciół.
-Jesteśmy z tego samego plemienia, wchodzimy za darmo.
Minęli cygana i weszli do wnętrza klubu. W środku panował dyskretny półmrok, ale z łatwością można było rozróżnić twarze obecnych. Ściany obite były różową lub czerwoną satyną . Bar, stoliki i kilka podwyższeń z zamontowanymi rurarmi stanowiło główny element wystroju. Odetchnęli z ulgą gdy nigdzie nie spostrzegli Tura. Gdyby ich rozpoznał, plan mógłby spalić na panewce. Wiedzieli, że mają mało czasu i  tylko jedną szansę....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz