Monica szła gwarnymi uliczkami ze skwaszoną miną. Dzisiejsze
polowanie nie było udane. Niestety, była niczym samotna lwica podczas gdy
rywalizowała ze stadami hien. Od pierwszego kontenera Caritasu odgoniły się
prychające Rumunki zanim jeszcze zdążyła się do niego zbliżyć. Do drugiego
udało jej się doskoczyć i włożyć ręce i głowę przez mały otwór na ubrania, ale
zaraz poczuła na łydkach wściekłe
ugryzienia i musiała znów ustąpić przez dosyć liczebnym stadem Czeczenów.
Trzeci, najlepszy kontener, znajdował się już poza jej rewirem. Ze złości kopnęła
przechodzące obok dziecko ale czy coś mogło jej poprawić nastrój gdy zamiast
wypchanego bogactwem worka niosła tylko jedną bluzkę, którą udało się jej
chwycić zębami gdy Czeczeńcy wyciągali ją od tego życiodajnego źródła? Nic więc
dziwnego, że powlokła się do mieszkania ponura jak co najmniej Dolinkowie.
Chcąc podnieść się na duchu zaczęła nucić ulubione hity: „ O stworzycielu duchu
przyjdź, nawiedź dusz wiernych Tobie krąg, niebieską łaskę zesłać racz
sercom co dziełem są Twych rąk….”
Gdy była już przy wejściu do klatki natknęła się na
Pyskację, która właśnie wychodziła.
-Gdzie idziesz?-spytała jak zawsze uprzejmie Monica.
-Na zajęcia.
-Przecież masz wakacje!
-A co, książkę piszesz?-odburknęła Pyskacja swoim zwyczajem.
-Posprzątałaś pokój?!-zapiszczała Monica głosem ostatniej
szansy.
- A weź spierdalaj, sama posprzątaj!
- Kup coś słodkiego!- zdołała jeszcze pisnąć Monica i już
miała wkładać klucz do zamka gdy ujrzała biegnącą w jej stronę Minię. Minia
miała jeszcze rękę w temblaku po niefortunnym weselu Dolinków. Biegła nieco
koślawo, płacząc i krzycząc na przemian.
-Coż się stało?!- zapytała Monica.
- Ogólnie- chlipnęła Minia- to nie mówi się ‘coż’ tylko ‘cóż’
, ale w końcu jesteś osobą, która nie wiedziała po co krowom kołki na szyi,
więc chyba nie mogę wiele wymagać.
Monica wzięła głęboki oddech szykując morderczą replikę gdy
Minica zaszlochała:
-Słuchaj, coś się stało z Matezem!
-To znaczy co?- Monica na chwilę zapomniała o gniewie gdy
usłyszała imię Mateza, w którym się skrycie podkochiwała jak wszystkie polskie
kobiety.
- Miał kręcić coś z Turem w Wielkim Mieście, ale od dwóch
dni się nie odzywa i…
-Kręcić coś z Turem??!!- ryknęła Monica- czy on postradał
zmysły?! Co kręcić?! Zresztą wejdźmy do mieszkania, zrobię kawę i wszystko mi
opowiesz!
Po chwili Minia siedziała w fotelu trzymając w zdrowej ręce kubek
z dziwną, lurowatą kawą. Monica szybko wyjaśniła:
-To kawa z orzechów włoskich, kupiliśmy blender i otworzyły
nam się oczy na świat. A teraz mów szybko!
-Nie wiem czy mogę, bo Matez mi zakazał ale…
-Minia! Jeśli mam ci pomóc muszę wszystko wiedzieć! Nie
wstydź się, jesteś wśród przyjaciół!- powiedziała Monica dyskretnie ustawiając
nagrywanie na telefonie. „Ale będzie wyświetleń na you tubie!”- cieszyła się w
duchu.
- Matez…no…Turo zaproponował mu udział w filmie i okazało
się…że
-Owocowy fetysz?-spytała domyślnie Monica.
-Skąd wiesz?-zdziwiła się Minia. Monica zarumieniła się
gwałtownie i dyskretnie starała się wsunąć skrzynkę mandarynek pod łóżko.
-Nie mówimy o mnie. Mów co dalej, każda minuta się liczy.
-No więc…Matez miał wziąć udział w filmie z owocowym
fetyszem i dostać za to skrzynkę dowolnie wybranych owoców…wahaliśmy się, ale
wiesz…skrzynka owoców…I Matez wziął udział, ale okazało się, że to nic
strasznego…miał chodzić tylko na szpilkach i deptać jakieś banany…spodobał się…I
pojechał na jeszcze jedno nagranie, ale to było dwa dni temu..Monica! on nie
daje znaku życia...ja nawet nie wiem kim jest Turo, jedyną osobą, która mogła
pomóc jest Bastek, ale wyjechał z Pusią na turnus rehabilitacyjny po dżumie,
która ostatnio przeszła i …
-Cicho! Minia, nie ma czasu, trzeba działać szybko.
Słyszałam pogłoski o tym, że osoby z wyjątkowo zgrabnymi nogami nie wracają z
nagrań u Tura, ale nie wierzyłam…musimy działać. Ty dzwoń do Geralta, a ja…..-Monica
zamilkła nagle.
- A ty co?-spytała Minia.
Monica popatrzyła ponad głową Minii niczym Ordon na swej
reducie i rzekła z mocą:
- A ja pójdę do Tzatzika.
Minia otworzyła usta ze zdziwienia. Wiedziała, że będzie to
duże poświęcenie ze strony Monici, która niegdyś zamieszana była w skandal
obyczajowy z udziałem Tzatzika. Dawno temu coś ich łączyło. Tzatzik po wszystkim
ubiegał się o alimenty na swoje dziecko, ale Monica nie przyznała się do
matkostwa a sąd niczego jej nie udowodnił (dzięki wymiernej pomocy Geralta).
Niemniej od tamtego czasu nie mieli kontaktu. Wzruszona postawą Monici szybko
wybrała numer Geralta.
Tzatzik przepisywał ostatnią stronę dzieła „Ryby, żaby i
raki” Jana Brzechwy, gdy w drzwiach kopiarni, gdzie pracował wspólnie z Turem, stanęła Monica.
-Słuchaj Tzatzik, nie będę się rozdrabniała. Matez zniknął a
ja wiem, że to sprawka Tura. Gadaj co wiesz.
Tzatzik sztywnym krokiem podszedł do stolika i wziął z małej
skrzynki jabłko. Obrał je i zaczął niespiesznie zjadać, ale przypomniał sobie,
że jest na nie uczulony, więc czym prędzej wypluł zabójczą substancję. Teraz
już nic nie chroniło go od konfrontacji z Monicą.
-Skąd wiesz, że to sprawka Tura? Masz dowody?
-Nie przyszłabym gdybym nie miała.
-A może chcesz zobaczyć zdjęcie Pameli? Ma już 4 lata i
ciągle pyta kto jest jej mamą.
Monica zacisnęła zęby.
- Wiesz dobrze, że to nie ja. Mów co wiesz o zniknięciu
Mateza bo pogadamy inaczej- rzekła Monica kładąc na ladzie scyzoryk.
Tzatzik zmieszał się. Szybko napisał na małej karteluszce
adres wielkomiejskiego klubu nocnego.
-Jakby co to nie wiesz tego ode mnie. Za dwa dni przewiozą
go do Frankfurtu a stamtąd do Brukseli. Trafi za szybę na ulicy czerwonych latarni.
Monica bez słowa wyszła. Zadzwonił do niej Geralt, któremu
podała nazwę klubu by uruchomił swoje praskie znajomości.
-Już jedziemy Matez-rzekła Monica do siebie-już jedziemy,
trzymaj się.
Wieczór był bardzo zimny więc ulice były niemal puste. Gdzie
niegdzie tylko pohukiwały sowy lub słychać było przejeżdżający w oddali
samochód. Cztery cienie przemknęły między śmietnikami i ruszyły dalej ku
jaśniejącej neonami bramie. Starali się zachować dyskrecję ale w ciszy
wrześniowej nocy nawet kroki brzmiały
jak wystrzał. Dotarli wreszcie do bramy. Ciężko oddychali starając się uspokoić
rozszalałe serca.
-Na bramce stroi jakiś
rumun lub cygan, z nim się trzeba głównie dogadać-Geralt podzielił się z
przyjaciółmi informacjami uzyskanymi od praskich przyjaciół. Wszyscy spojrzeli
na Dzianniego, który właśnie chował lusterko do kieszeni.
-No co, sprawdzałem tylko czy mi się włosy nie zwichrzyły.
-Trzeba się dogadać z cyganem na bramce-Monica spojrzała
wymownie na Dzianniego.
-Mhm…tylko skąd wziąć kogoś kto się dogada?-Dzianni patrzyła
na pozostałych z niewinnym wyrazem twarzy.
-Do jasnej anielki!-nie wytrzymała Minia- ty jesteś
cyganem!! Skończ z tym udawaniem, tu chodzi o życie Mateza! A przynajmniej o
jego godność!
-Godność to Matez stracił biorąc udział w tej owocowej
farsie-stwierdziła kwaśno Monica, która specjalizowała się w mądrych radach po
fakcie.
-Dobra Monica, nie teraz-zirytował się Geralt- Dzianni,
wiemy, że jesteś cyganem, twoja rodzina to cyganie.
-Nie oceniajcie mnie poprzez ich pryzmat!!-zawołał
płaczliwie Dzianni i schował się za Monicą. Monica wyciągnęła męża zza swoich
pleców.
-Dosyć tego. Wypierdalaj dogadać się z cyganem!-krzyknęła do
struchlałego ze strachu Dzianniego.
-Dobra, ale nie mówcie nikomu, że jestem cyganem-poprosił.
Nie było Mateza, który przewróciłby teatralnie oczami więc zrobił to Geralt.
Ruszyli do wejścia. Otworzyli ciężkie, metalowe drzwi. W środku było zupełnie
ciemno, ale gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności zauważyli wąski korytarz,
którym przeszli do drugiego pomieszczenia. Było ono oświetlone tylko małą
lampką, więc minęło trochę czasu nim skuloną w rogu postać, która zaraz się poderwała. Był to
średniego wzrostu Cygan w rozpostartej koszuli, jasnych dżinsach
poprzecieranych i zdobionych brokatem. Na szyi miał złoty łańcuch. Postąpił
krok w ich stronę.
-Łełełe łełe panee łełe panee !
Dzianni wysunął się przodu i nawiązał z cyganem rozmowę. Po
chwili zwrócił się z nieprzeniknionym
wyrazem twarzy do przyjaciół.
-Jesteśmy z tego samego plemienia, wchodzimy za darmo.
Minęli cygana i weszli do wnętrza klubu. W środku
panował dyskretny półmrok, ale z łatwością można było rozróżnić twarze
obecnych. Ściany obite były różową lub czerwoną satyną . Bar, stoliki i kilka
podwyższeń z zamontowanymi rurarmi stanowiło główny element wystroju.
Odetchnęli z ulgą gdy nigdzie nie spostrzegli Tura. Gdyby ich rozpoznał, plan
mógłby spalić na panewce. Wiedzieli, że mają mało czasu i tylko jedną szansę....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz