wtorek, 25 lutego 2014

Odcinek 5

Kościół był niewielki i ulokowany na zapomnianej przez boga i ludzi wsi. Nie było jednak łatwo znaleźć miejsce, gdzie ksiądz zgodzi się na dodanie typowo romskich elementów do uroczystości. Geralt, Halina,Minia i Matez zajęli miejsce w niewygodnych ławkach. "Gdybym dawał im prawdziwy prezent to bym odjął z koperty za te ławki"-pomyślał z niesmakiem Geralt. 
Świątynia była pełna. Ławki z prawej strony zajęte były przez odzianych w ciemne stroje Żydów, którym małe pejsy radośnie powiewały. Matez mruknął z zadowoleniem. Od jakiegoś czasu jego wszystkie myśli obracały się wokół Żydów. Chciał z nimi przebywać, rozmawiać i czytać o nich. Próbował zapuścić nawet małe pejsiki, ale chęć podziwu płci pięknej wzięła górę nad chęcią przypodobania się Żydom. Jego żydowska obsesja powstała nagle i Minia miała nadzieję, że równie nagle się zakończy. 
 Goście z lewej strony przedstawiali nieco inny widok: kolorowi, hałaśliwi, ekspresyjni. Weszli do kościoła tanecznym krokiem i od razu zajęli strategiczne pozycje. Zaczęli od obstawienia wszystkich wejść do kościoła przez małe, brudne dzieci z akordeonami, psami i puszkami na drobne. Pozostali modlili się przed ołtarzem zawodząc "Pan daaa, pan daaa". Wreszcie, przy głównym wejściu pojawiła się młoda para. Jedno z nich delikatne, z zaróżowionymi (nieco nienaturalnie) policzkami i zamglonyymi oczętami, które okalały seteki długich i wyraźnie wytuszowanych rzęs. Drugie....no cóż, Monica wyglądała w zasadzie jak zwykle albo jeszcze gorzej. Jasna suknia ślubna z licznymi falbanami i zdobieniami uwydatniła niedoskonałości figury panny młodej. Miała zadowolony wyraz twarzy ale  i z niepokojem oglądała się za siebie. Nie przybyli jeszcze rodzice Dzianniego. Jej rodzice siedzieli już w pierwszej ławce czujnym wzrokiem omiatając wszystko i wszystkich. Ojciec wydawał się nieco nieobecny, ale matka dobitnie zaznaczała swoją bytność wydając polecenia obecnym gościom. Wyraźnie irytowali ją zbyt głośni Cyganie, ale dla dobra córki, postanowiła zacisnąć zęby. Nie co dzień trafia się okazja wydania pasożytnicznej córki za księcia cygańskiego.
Geralt zauważył, że zza Monici wychyla się naburmuszona Pyskacja. Spostrzegł ze zdziwieniem, że jest ubrana  w coś na kształt upiętej zasłony. Dopiero potem miał się dowiedzieć, że zakupiona na wesele suknia pękła na plecach podczas prób wciśnięcia w nią jej właścicielki. Nic dziwnego, że na tyle na ile to możliwe, Pyskacja była bardziej zła i bardziej naburmuszona niż zwykle. 
Monica zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Gdyby teściowie zbojkotowali ten ślub, w oczach społeczności, do której miała należeć byłby on nieważny. Nie dziw się więc drogi Czytelniku, że odetchnęła z ulgą widząc szanownych rodziców Dzianniego. Jak zwykle byli dostojni i poważni. Matka Orszulka spłunęła na Monicę, ale ta wzięła to za dobry omen i gdyby tylko mogła, podskoczyłaby z radości. Rodzice Dzianniego ubrali się skromnie. Nigdy nie epatowali faktem, że są cygańską parą królewską. Dziś także mieli przy sobie tylko podstawowe insygnia władzy w postaci koron, bereł, sobolowej skóry na plecach no i lektyki, na której zostali wniesieni. Ceremonia mogła się rozpocząć. Ksiądz wyszedł po młodą parę i poczęli sunąć ku ołtarzu przy dźwiękach "ore ore siabadabada amore hej amore siabadabada". Znudzony Geralt odpłynął w świat marzeń, w których towarzył Cygadytce na największych scenach świata od Sydney poczynając a na salce Domu Kultury w Łukowie kończąc. Był dumny ze swej małej ojczyzny ponieważ właśnie tam urodziła się Monika Szwaja, znana i ceniona współczesna pisarka. Ocknął się już w sali podczas jedzenie rosołu. Halina pochlipywała nad losem zabitego z tej okazji kurczęcia, Matez starał się skupić na sobie uwagę wszystkich obecnych na sali dziewcząt a Minia z niezadowolonym wyrazem twarzy piła kolejną tego dnia lampkę wina. Geralt starał się zabawiać Halinę rozmową i tańcem, ale w myślach widział ją z narysowaną na twarzy tarczą strzelniczą. Tak, Geralt w myślach rysował na twarzach innych ludzi tarcze strzelnicze, do których potem celował ze swojej Beretty 92. Wraz z rozpadającymi się mózgami ofiar, rozpadał się także gniew Geralta. Zazwyczaj. Dziś nie nie mogło ukoić jego irytacji na Halinę.
-Gerrrraaaaaalt......................wieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeesz, że ................................................Hannavald miaaaaaaaaaaaaaaaaaaaał........................anoreeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeksjęęęęęęęęęęęę?
-Wiem Halina-mruknął podczas gdy na czole Haliny widział coraz wyraźniej środek tarczy.
-Sven to skoczek narciarski, utalentowany zresztą-pospieszyła z wyjaśnieniem Minia a Matez jak zwykle przewrócił oczami starając się zwrócić uwagę jakiejś pannicy. Wreszcie sukces! Młoda blondynka zawiesiła na nim wzrok.
-Patrzcie, leci na mnie!
Halina podniosła się z miejsca i poszła wymusić taniec na Dziannim,który pląsał w rytm harmonii. Jej miejsce znienacka zajęła Monica. 
-To ma wystarczyć też na jutro-syknęła w stronę Geralta, który zjadał szóstą tego dnia porcję sałatki- zaraz pierdolnę. Ta suknia jest za ciasna, mówiłam krawcowej, że nie mam rozmiaru 34, ale ta się uparła.
-Masz raczej 54- stwierdziła Minia.
Zapadła cisza. Wyraz twarzy Monici zmieniał się jak w kalejdoskopie. Siedząca obok koleżanka Monici -Maua również ciskała gromy w stronę nieświadomej niczego Minii.
-Co masz na myśli Minia?-spytała przez zęby Maua. Mąż Mauej, Muffin wymachiwał właśnie wykrywaczem metali pod stołem, ale słysząc irytację w głosie żony zamarł w bezruchu. Nie wiedział czym ma być bardziej oburzony: brakiem whiskey na weselu czy słowami Minii.
Minia wiedziała, że dzieje się coś złego, ale nie wiedziała jak wybrnąć, postanowiła więc zmienić temat.
-Wiecie, że u krokodyla najgroźniejsze są jego szczęki?-spytała z uśmiechem.Odpowiedziała jej głucha cisza. Z daleka całą scenę obserwowała Halina. "Zabrałaś mi Dzianniego...nic nie powiedziałam"-myślała Halina tak szybko, że przegrzane neurony parowały dajac efekt subtelnego dymu unoszącego się z nad głowy Halinki-"zabrałaś mi szansę na szczęście...nic powiedziałam...więc postanowiłaś zabrać mi nawet moje miejsce. Nawet jedno krzesło, które miałam."  Przyjaciele nie widzieli Haliny i nie mieli pojęcia, że oto ważą się losy ich paczki. 
Wesele można było uznać za udane, ale Geralt z ulgą powitał koniec imprezy. Powrót do Wielkiego Miasta był miły i spokojny. Halina na szczęście milczała. Geralt sięgnął do torby po coś do picia gdy ze zdziwieniem zauważył pusty kubek po jogurcie ananasowym...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz