Tego dnia Monica umalowała się wyjątkowo starannie. Związała bujne włosy w węzeł nad karkiem. Nałożyła krem, podkład i kilka kolorów różu. Zadanie, które ją czekało, wymagało perfekcyjnego wyglądu mimo, że była niedziela-Dzień Tłustych Włosów. Dzianni wrócił właśnie z wyprawy poszukiwawczej w Parku Saskim.
-I co- spytała Monica nie bez cienia złośliwosci- coś znalazłeś? Jakiś rozbity statek kosmiczny?
Dzianni zirytował się jak zawsze gdy Monica poruszała ten jakże ważny dla niego temat bez należytej powagi i szacunku.
-Słuchaj....jesteś prymitywną istotką. To, że jeszcze ich nie widziałem to nie znaczy, że kosmici nie istnieją. Małpka by się szybciej tego nauczyła niż Ty!
Monica uśmiechnęła się pod wąsem i poczęła z namaszczeniem nakładać swój nowy, ciuchlandowy nabytek: wspaniały szal z futra dziobaka australijskiego.
-Co będzie dziś na obiad- spytał Dzianni jakby zapominając o wcześniejszych obelgach rzuconych w stronę żony.
-Pierś z kurczaka w marcepanie i ziemniaki z kaszy mannej. A sałatka z tego co będzie na promocji.
Jasne. Obiad u państwa Ore Ore nie mógł być normalny. To nie mogła być po prostu zupa ogórkowa ani kotlet mielony. Danie musiało być dziwne, mało znane i jak najtańsze. Monica wyszła na zewnątrz i skierowała swoje kroki do Fuxa-sklepu, który jednocześnie kochała i nienawidziła. Kochała promocje ale nienawidziła ekspedientek, które jej zdaniem było nie dość karne, nie dość miłe, zbyt wolne i nie dość usłużne. Prowadziła z nimi nieustanną wojnę na miny, gesty, słowa a czasem i pięści. Pchnęła drzwi wejściowe do sklepu tak mocno, że odbiły się od ściany. Kasjerka siedząca przy pierwszej z kas uśmiechnęła się lekko na jej widok. "Co się cieszysz głupia szmato"-myślała Monica. Rozpoczęła zakupy od działu przecen....Masło przeterminowane o 2 miesiące, ale tańsze o 30 groszy czym prędzej znalazło się w koszyku. Dołączyły do niego serki kozie, wafle ryżowe, przyprawa do sardynek i 8 słoików oliwek. Monica przeniosła sie na dział wędlin. "Let's the play begin"-pomyślała.
Pani od mięsa zgasiła papierosa na jednej z szynek i leniwym krokiem podeszła do lady.
-Czego?- spytała buńczucznie.
- Poproszę 23 dag polędwicy gdyńskiej, plasterki po 2 milimetry- odpowiedziała triumfująco Monica.
Wędliniarka zacisnęła zęby i zaczęła kroić wędlinę.
- 25 dag może być?
- Chyba kpisz stara kurwo.23 deko i 2 milimetry.
Nagle ponury nastrój przełamała melodia Fila. Monica wyjęła telefon nie spuszczając oka z wędliniary.
Dzwonił Matez.
- Hej Monica. Gadałaś ostatnio z Geraltem?
-Z Geraltem?-Monica zmarszczyła czoło- chyba wczoraj na fejsie, a co?
- No własnie od wczoraj nie mam z nim kontaktu a jutro jadę do Wielkiego Miasta robić badania do..
- Kurwa- przerwała Monica- wiem, że robisz super ultra profesurę, gadaj o co chodzi z Geraltem.
- No nie ma z nim kontaktu od wczoraj, nie odbiera telefonu, nie odpisuje na fejsie, nie odesłał gołębia pocztowego...
-Hmmm, dziwne. A masz telefon do tej...jak jej tam...Palpitacji?
-Do Pulpecji? Nie mam właśnie. Słuchaj, jak do jutra nie da znaku życia to jadę do niego.
Monica wiedziała, że Matez bardziej niż zniknięciem Geralta martwi się brakiem ewentualnego noclegu, ale uznała, że należy sprawę wyjaśnić.
Tymczasem Geralt powoli odzyskiwał przytomność. Bolała go głowa i było mu niedobrze, poza tym nie mógł sobie przypomnieć gdzie jest. Otworzył oczy i rozejrzał . Był w małym pokoju bez mebli. Obok wybudzała się Pulpecja. Miała nieco podwiniętą bluzkę i zauważył, że w miejscu gdzie powinny być żebra, Pulpecja ma jakiś napis. "A więc zrobiła tatuaż jednak"-pomyślał Geralt próbując odczytać napis. Kunsztowny wzór układał się w słowa ŻYJ ALBO UMRZYJ. Poniżej, tak jak Pulpecja obiecywała, wytatuowane były słowa piosenki :"Yesterday was Thursday, Thursday, Today i-is Friday, Friday".
Pulpecja powoli odwróciła się.
-Gdzie my jesteśmy?
- Nie wiem. Pamiętam, że jedliśmy winogrona i ..Halina!- Geralta nagle olśniło.Podbiegli oboje do drzwi i zaczęli w nie uderzać i kopać. Pulpecja robiła to tak zapamiętale, że dzrwi wypadły z futryny wprost Halinę, która się musiała do nich właśnie zbliżać.
-Halina!-wrzasnął Geralt- co to ma być do jasnej anielki?!
Halina wygrzebała się spod drzwi i dopiero teraz zobaczyli, że ma w ręku nóż do sera. W panice rzucili się do drzwi wejściowych, które na szczęście były otwarte. Halina rzuciła się w pogoń. Wybiegli na ulicę wołając o pomoc, ale nikt nie reagował na ich rozpaczliwe wezwania a Halina była tuż za nimi. Wtem Agnieszka wyjęła z kieszenie kanapkę, którą zawsze miała przy sobie i zaczęła rwać kawałki szynki i rzucać nimi w ścigającą ich Halinę. Podziałało. Halina zatrzymała się i zaczęła prychać jak wrzucony do wody kot. Byli wolni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz