środa, 26 lutego 2014

Odcinek 8

Matez przetarł zaspane oczęta i podniósł się z łóżka. Dziewiąta rano. Czas działać, musi wziąć prysznic, musnąć twarz kremem i ułożyć włosy. Minia jeszcze beztrosko pochrapywała, więc szturchnął ją w bok.
-Flaczek, wstawaj. Już 9 rano.
Minia przeciągnęła się ziewając rozdzierająco.
-Wieeeeem Mateziku. Już już.
-Minia, zawsze mówisz już już  a potem muszę Cię zdzierać z łóżka. Rusz dupę i idź zrobić kawę. Bastek ma rację, że muszę Cię krótko trzymać. Swoja droga to zadzwonię do niego. A Ty nasyp mi neski.
Matez wybrał na telefonie numer do swego przyszłego szwagra – brata ciotecznego Minii. Polubili się od pierwszej wspólnej kąpieli i od tamtej chwili nie potrafili wytrzymać nawet dnia bez rozmowy ze sobą.
-No siema Bastuś, jak tam?....Mhm….Tak…Serio? Pojebani jacyś? Gołego chłopa nie widzieli?....Mhm….Tak…No my zaraz się szykujemy, ślub o 15…tak…no zaraz wypije kawusię a Ty co dziś pijesz?...Mhm…tak…..no to Bastuś, wypij nasze piwo, jest w lodówce. Zjedz też nasze chipsy i kiełbasę, nie ma sprawy, nakarm rodzinę……tak…a jak tam Pusia???...ooo…biduleńka….że też nie ma szczepionki na to cholerstwo…nie pozwalajcie jej włazić w krzaki…no….ok, kończę Bastuś, trzym się i pozdrów żonkę, wycałuj dzieci i Pusiaczka. No, papatki.
-Co u nich?- spytała Minia wnosząc dwie filiżanki parującego napoju.
- A spoko, są na kempingu z jakimiś pojebami. Obrazili się na Bastka, że się nago przy nich kąpał- Matez pokręcił z oburzeniem głową.
- A co, gołego chłopa nie wiedzieli?- zdziwiła się niezmiernie Minia.

Kościół prezentował się nad wyraz okazale. Udekorowany był czerwonymi wstęgami i wszędzie powiewały tureckie flagi dając złudzenie  przebywania na chińskim bazarze. Widać było, że Paćka i Sadam włożyli wiele wysiłku w aranżację tego jedynego dnia. Ich głównym celem było przebicie ślubu „tych brudasów” jak wyrażali się o Monice i Dziannim. Z tego co powiedział im Matez nie będzie to łatwe, ale zrobili co mogli. Przede wszystkim rodzice Paćki mieli wjechać na koniach a rodzice Sadama na rikszy. Tureckie towarzystwo było równie brudne i śmierdzące co cygańskie. Paćkę kłuł w serce brak tytułu królewskiego, którego los poskąpił zarówno jej jak i Sadama rodzinie, ale na poczekaniu przygotowali plakaty informujące, że „Ore ore sucks, Dolinka rules HALLOŁ”, co nieco ich uspokoiło i o godzinie 15 mogli stanąć u ołtarza ponurzy jak zwykle.  Ślub byłby wzruszający gdyby nie fakt, że obie rodziny gardziły wzruszeniami a tureccy goście nie rozumieli ani słowa. Paćka obawiała się nieco o zachowanie awanturniczej rodziny Sadama, której większa część pochodziła z miejscowości Wrzód Na Mapie Polski, ale podniosły nastrój udzielił się nawet im.  Po ślubie orszak pełen żałobników weselników ruszył ku sali, gdzie miało odbyć się przyjęcie. Tu nastąpił pierwszy zgrzyt ponieważ  goście Sadama rzucili się ku stołom chwytając i upychając gdzie się dało postawione tam napoje, ale zgromieni wzrokiem pary młodej podkulili ogony  postanawiając zmienić taktykę i wypić tyle ile się da. Stół był zastawiony tak jak można się było tego spodziewać: na talerzykach pary młodej leżało po kilka czipsów i stało po jednym piwie. Goście jednak wiedzieli co ich czeka i natychmiast po zajęciu miejsc wyjęli kanapki i termosy rozpoczynając tym samym przyjęcie weselne. Matez popatrzył z rozrzewnieniem na nowożeńców. Siedzieli obok siebie bez słowa ale na ich twarzach malował się cały wachlarz emocji… Matez był przekonany, że tak właśnie musiała wyglądać mina Joanny d’Arc, która się właśnie dowiedziała, że spłonie na stosie. Podszedł do Dolinków i jeszcze raz złożył im gratulacje.
-Dzięki- odpowiedziała Paćka, której ponurości zazdrościła nawet Morticia Adams- zbieraj się Matez, jedziemy na sesję.

Sesja plenerowa odbywała się w górach. Paćka zaplanowała ją drobiazgowo. Najpierw ujęcia  w wodospadzie, potem bieg  pod górkę i z górki a następnie scena tarzania się po trawie i walki z niedźwiedziem.  Matez już po kilku ujęciach był nieco zmęczony i nieśmiało zaproponował Paćce darowanie mu zapasów z niedźwiedziem, zwłaszcza, że akurat żadnego nie było pod ręką.
- Matez- rzekła z mocą Paćka- albo HALLOŁ będzie TURCJA jak ja chcę HALLOŁ albo pożegnaj się TURCJA z noclegiem HALLOŁ. A teraz TURCJA idź poszukaj HALLOŁ niedźwiedzia.

Gdy Matez biegał po lesie chcąc zwabić niedźwiedzia na polanę, Minia konwersowała ze wszystkimi, którzy akurat byli pod ręką zarzucając ich ciekawostkami z wszystkich dziedzin.
-Musze panu opowiedzieć- perorowała do opitego Trzema Cytrynami do granic możliwości sadamowego wujka - jak mój tata uratował mnie gdy zgubiłam się w wietnamskim lesie! Zadzwoniłam do taty i mówię, że jestem w lesie w Hanoi i nie wiem jak wyjść . Na co tata pyta czy są tam drzewa…ja, lekko zaskoczona, mówię, że tak. Tata pyta czy mają liście….ja już całkiem w szoku mówię: skąd to wiesz?! Tak, mają! Tata pyta w jakim mieście jestem, ja mówię, że Hanoi. Na co tata mówi ni mniej ni więcej: Minia, jesteś w lesie w Hanoi! Wyobraża sobie pan??
Wujek Sadama gwałtownie podniósł głowę.
- Co proszę?- spytał z wściekłą miną- Myślisz, że nie umiem sobie wyobrazić jak wygląda wietnamski las?!
Minia spojrzała zaskoczona.
-Nie chciałam pana urazić…
Niestety, jak zawsze opamiętała się po czasie. Wujek Sadama wstał  i rozerwał koszulę na piersi odsłaniając ortalionowy dres. Dało to sygnał jego krajanom. Jak jeden mąż zrzucili garnitury pokazując swe prawdziwe oblicze. Chwycili krzesła, spreje i jakby byli jednym ciałem i jedną duszą poczęli sprejować po wszystkich i po wszystkim RKS RKS a ciskane przez nich krzesła fruwały po sali niczym złowieszcze ptaki zemsty wybijając szyby i zęby.

Matez już z daleka zauważył dym i pojedyncze języki ognia. Starają się pokonać ból po uderzeniu łapy niedźwiedzia przerwał gruchanie ponurych gołąbków wskazującym im na hotel, w którym odbywało się przyjęcie. Gdy dojechali na miejsce, na spotkanie wybiegła zapłakana Minia. Przedstawiała żałosny widok. Miała poszarpane włosy, rozdarte ubranie i napis RKS na czole a urwana ręka dopełniała obrazu pożogi i zniszczenia.

- Wujek..trzy cytryny…ortalion..-zdążyła wyszeptać nim padła zemdlona na ziemię tuż u stóp oniemiałego Mateza i ponurych jak zwykle Dolinków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz