piątek, 28 lutego 2014

Odcinek 11

Plan opracowany był już od wczoraj. Dzianni miał w nim grać główną rolę i zamówić usługi Bananowej Księżniczki. Zdobyli  pseudonim, który nadano Matezowi dzięki  Kubkowi. Kubek Tutka był piosenkarzem-romantykiem i przyjacielem Tura, ale wystarczyły dwie szklanki piwa by Kubek zaczął sypać. Dzianni wziął głęboki oddech. Chciał się wycofać, ale Monica obiecała mu nowy tatuaż po wykonaniu misji… spojrzał na swoją rękę i łzy zaświeciły mu w oczach..biedny i samotny króliczek potrzebował drugiego króliczka bezapelacyjnie!
-Dzianni, dzięki, że się tak postarałeś i nawet ubrałeś się na potrzeby akcji jak gej na paradę równości- wyszeptała wzruszona Minia.
Dzianni miał na sobie koszulkę polo (była różowa, ale co najważniejsze Lacoste), jasne dżinsy z przecierkami i naszywkami, do tego skarpetki stopki i odsłaniające kostkę buty najki.
-Co? Wcale się nie przebierałem- zdziwił się Dzianni. Minia wzruszyła ramionami.  Popełniała gafy tak często, że przestała  się nimi przejmować.
-Dosyć pierdolenia. Idziemy- Monica jak zawsze  nie traciła z oczu celu.
Dzianni i Monica skierowali się w stronę baru.
- Czego sobie życzysz słoneczko?-spytał barman Dzianniego.
-Jedno modżajto dla mojej świni. A dla mnie godzinka z Bananową Księżniczką- przemówić nasz cygan pewnym głosem.
-Fiu fiu- gwizdnął barman i pokiwał z uznaniem głową- jesteś odważny chłopczyku. Księżniczka jest u nas nowa, ale dosyć duża. Poradzisz sobie z nią?
-Bez obaw- Dzianni zrobił chytrą minę- nie z takimi sobie radziłem.
-Ok- barman skinął głową i postawił na ladzie szklankę z mohito – świnia zostaje, ty rycerzyku idziesz ze mną, płacicie po usłudze. Tylko bez numerów bo Wielki A załatwi cię tak, że cię matka nie pozna.
Wzrok Monici i Dzianniego powędrował w stronę ściany, pod którą stał rzeczony A. Monica zakrztusiła się swoim modżajto. Wielki A to był Arkadiusz Kąpka, który studiował z Monicą, Geraltem, Matezem i Turem.  Monica skierowała się w jego stronę a Dzianni z barmanem zniknęli  za zasłoną z koralików. Dzianni został wprowadzony do małego pokoju. Na środku stało łóżko, które zajmowało praktycznie całe pomieszczenie. Leżał na nim Matez ubrany w żółty lateksowy strój. W ustach miał piłeczkę pingpongowa a ręce przywiązane do poręczy. Barman zostawił ich samych. Dzianni nie tracił czasu na wyciąganie piłeczki z ust Mateza tylko szybko wybrał numer telefonu alarmowego.
Policja pojawiła się błyskawicznie.  Szajka prowadząca lokal była tak zaskoczona, że nie zareagowali i udało się uwolnić wszystkich przetrzymywanych mężczyzn bez żadnych ofiar. Bohaterscy przyjaciele byli potem długo przesłuchiwani przez policję. Grupa specjalna już dawno wpadła na trop bandy, ale cygan okazał się dla tajniaków zaporą nie do przebycia. Za każdym razem słysząc jego zawodzenie rzucali mu drobne i tym samym zaprzepaszczali szansę na powodzenie misji. Komendant miał dla bohaterów dwie wiadomości. Po pierwsze mieli dostać medale za odwagę. Po drugie, Turo zbiegł. Mógł próbować zemścić się więc zalecono przyjaciołom, aby na jakiś czas zniknęli. Jedynym sensownym pomysłem było zaszycie się w podmiejskiej rezydencji rodziców Minii. Po wykonaniu stosownych telefonów do pracy i rodziny, grupa udała się z stronę Zadupia, gdzie owa rezydencja się mieściła. Minia zadzwoniła jeszcze do rodziców upewnić się czy rezydencja jest wolna, chcieli bowiem mieć trochę spokoju i prywatności, ponadto nie chcieli narażać rodziny Minii na ewentualne niebezpieczeństwo związane z najzadem Tura. Jechali limuzyną Ore ore, gdzie było dosyć ciasno dla 5 osób, ale przytulnie.  Musieli wstąpić jeszcze do szpitala, gdzie Matez miał być profilaktycznie przebadany. Lekarz  osłuchał biednego Mateza, pobrali mu krew i zrobili prześwietlenia.
-No cóż panie Matez, miał pan mimo wszystko trochę szczęścia. Piłeczka pingpongowa wyłamała panu dwa zęby i ma pan kiłę, ale jest pan tak inteligentny, że zęby odrosną a kiła się sama wyleczy.
Uzyskawszy te wiadomości ruszyli ku przeznaczeniu. Po drodze Matez opowiadał im jak został wzięty przez Tura w jasyr. Tak jak przypuszczali, Turo zwabił Mateza obietnicą nakręcenia Owocowego szaleństwa 2. Na planie podał niczego nie podejrzewającemu Matezowi banana  z tabletką gwałtu. Matez obudził się w już w pokoju, gdzie potem zastał go Dzianni. Przyjaciół martwiła jeszcze jedna kwestia. Zarówno komendant jak i Matez twierdzili, że Turo jest zaledwie płotką w tej szajce. Świadczył o tym choćby fakt, że jeździł zielonym seatem a nie charakterystyczną dla tuzów organizacji czarną wołgą z napisem WC Group. Tak rozprawiając dojechali do Zadupia. Byli nieco zaskoczeni, gdy na miejscu okazało się, że są tam rodzice Minii, jej rodzeństwo z rodzinami, rodzeństwo cioteczne z rodzinami, teściowie rodzeństwa, kuzyni, babcie i dziadkowie. Matez spuścił nos na kwintę ale zaraz nieco się rozchmurzył gdy zobaczył Bastusia z żoną, dziećmi i Pusią. Wieczór upłynął im na rozpakowywaniu się, szukaniu miejsca na rozbicie namiotu (rezydencja była zbyt mała  żeby pomieścić aż tyle osób), szukaniu strumienia lub rzeki aby mieć dostęp do wody i słuchaniu jęków Monici, której przeszkadzały dzieci, komary, psy, krowy i wszystko inne. Panicznie bała się też dzików.
-Monica, dziki żyją w lesie- wyjaśniała Minia, której wiedzy dorównywało tylko 20 tomów encyklopedii PWN- tutaj nie ma lasu i nie ma dzików.
-Minia, a czy ty skończyłaś psychologię dzika? Skąd wiesz, że jakiemuś dzikowi nie przyjdzie do głowy tutaj przybiec? Jesteś pewna mądralo?
Na takie argumenty  Minia spasowała. Dzianni zwrócił uwagę, że dzieci zrobiły sobie łuk z leszczyny i sznurka. Pokręcił głową z  dezaprobatą.
-Słuchajcie dzieci- przemówił do zebranej wokół siebie gromadki niczym Don Wasyl do cygańskich gwiazd- jak chcecie się bawić to róbcie to porządnie. Dajcie mi ten łuk a za kilka godzin oddam wam go w ulepszonej formie.
Dzieci oddały łuk stojąc z rozdziawionymi buziami. Dzianni jawił im się jak Mojżesz rozdzielający morze Żydom. Dzianni czym prędzej wyjął laptopa i przystąpił do ściągania programów, za pomocą których zamierzał ściągnąć program do projektowania łuków. Z uwagi na słaby zasięg, zdenerwował się i rozrysował projekt na piasku.
Pozostali tymczasem rozkładali namiot. Nie udałoby im się to gdyby nie Bastian i Pusia. Cóż to było za urocze i rozkoszne stworzenie. Miała za sobą co prawda chorobę i musiała biegać w kasku i maseczce przeciwpyłowej, ale zachowała radość życia. Bastek dyrygował rozkładającymi namiot jak Jagiełło pod Grunwaldem i wystarczyło 4 godziny by imponujący ortalionowy schron stanął na zboczu pagórka. Dzianni także zrealizował misję i oddał dzieciom łuk. Cienką leszczynę zastąpił grubszą leszczyną, zamiast sznurka przymocował żyłkę. Strzały wykonał z grubego drutu a ich groty z zaostrzonych kamieni. Wypróbował łuk i voila! Strzała wbiła się w drzewo jak nóż w masło. Zadowolony oddał łuk grupie pięciolatków.
Wieczorem, wraz z całą rodziną Minii zasiedli przy ognisku, na którym pieczono upolowaną zwierzynę. Monica, która wypiła już kilka piw i była w znacznie lepszym nastroju, zaintonowała „Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw, mieszkańcy chwały wszyscy święci Boży; Z obłoków jasnych zejdźcie aniołowie,  Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkanie.  Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,  Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba…”, za chwilę przyłączył się do niej Geralt, który postanowił nawet w rytm pieśni skakać przez ogień a za nim wszyscy obecni wesoło śpiewali tę wspaniałą pieśń. Wieczorną sielanką przerwał nagle rozpaczliwy krzyk Bastusia.
Wszyscy rzucili się w stronę balii gdzie Bastuś odbywał swe codziennie oblucje. Płakał i wskazywał palcem na drzewo. Przyświecając sobie latarkami, dostrzegli na drzewie Pusię, która była do niego przybita na wysokości ok 70 cm. Nieopodal stała mała Ola trzymając w ręku łuk…
Pomimo akcji reanimacyjnej nie udało się uratować Pusi. Wszyscy poszli spać zrozpaczeni. Matez zaoferował  się spać z Bastianem, którego bólu nic nie mogło ukoić. Nazajutrz miał się odbyć pogrzeb.


Dzień był piękny. Słońce błyszczało na niebie nie przysłonięte nawet jedną chmurką. Ptaki wyśpiewywały swoje trele w koronach drzew a pszczoły wesoło bzykały w zaroślach. Świat nie zatrzymał się pomimo smutku jaki spadł na Zadupie. Pogrzeb był kameralny. Pusię zakopano za wychodkiem. Ola została zabrana w kajdankach na komisariat a młodzi przyjaciele zdecydowali się mimo wszystko powrócić do swych domów, gdyż atmosfera w rezydencji stała się nieznośna. Matez przed wyjazdem długo rozmawiał z Bastudiem  starając się mu wytłumaczyć sens tej tragicznej i niepotrzebnej śmierci. Po tej dyspucie, młodzi zapakowali się do ore-limuzyny i odjechali. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz