piątek, 28 lutego 2014

Odcinek 11

Plan opracowany był już od wczoraj. Dzianni miał w nim grać główną rolę i zamówić usługi Bananowej Księżniczki. Zdobyli  pseudonim, który nadano Matezowi dzięki  Kubkowi. Kubek Tutka był piosenkarzem-romantykiem i przyjacielem Tura, ale wystarczyły dwie szklanki piwa by Kubek zaczął sypać. Dzianni wziął głęboki oddech. Chciał się wycofać, ale Monica obiecała mu nowy tatuaż po wykonaniu misji… spojrzał na swoją rękę i łzy zaświeciły mu w oczach..biedny i samotny króliczek potrzebował drugiego króliczka bezapelacyjnie!
-Dzianni, dzięki, że się tak postarałeś i nawet ubrałeś się na potrzeby akcji jak gej na paradę równości- wyszeptała wzruszona Minia.
Dzianni miał na sobie koszulkę polo (była różowa, ale co najważniejsze Lacoste), jasne dżinsy z przecierkami i naszywkami, do tego skarpetki stopki i odsłaniające kostkę buty najki.
-Co? Wcale się nie przebierałem- zdziwił się Dzianni. Minia wzruszyła ramionami.  Popełniała gafy tak często, że przestała  się nimi przejmować.
-Dosyć pierdolenia. Idziemy- Monica jak zawsze  nie traciła z oczu celu.
Dzianni i Monica skierowali się w stronę baru.
- Czego sobie życzysz słoneczko?-spytał barman Dzianniego.
-Jedno modżajto dla mojej świni. A dla mnie godzinka z Bananową Księżniczką- przemówić nasz cygan pewnym głosem.
-Fiu fiu- gwizdnął barman i pokiwał z uznaniem głową- jesteś odważny chłopczyku. Księżniczka jest u nas nowa, ale dosyć duża. Poradzisz sobie z nią?
-Bez obaw- Dzianni zrobił chytrą minę- nie z takimi sobie radziłem.
-Ok- barman skinął głową i postawił na ladzie szklankę z mohito – świnia zostaje, ty rycerzyku idziesz ze mną, płacicie po usłudze. Tylko bez numerów bo Wielki A załatwi cię tak, że cię matka nie pozna.
Wzrok Monici i Dzianniego powędrował w stronę ściany, pod którą stał rzeczony A. Monica zakrztusiła się swoim modżajto. Wielki A to był Arkadiusz Kąpka, który studiował z Monicą, Geraltem, Matezem i Turem.  Monica skierowała się w jego stronę a Dzianni z barmanem zniknęli  za zasłoną z koralików. Dzianni został wprowadzony do małego pokoju. Na środku stało łóżko, które zajmowało praktycznie całe pomieszczenie. Leżał na nim Matez ubrany w żółty lateksowy strój. W ustach miał piłeczkę pingpongowa a ręce przywiązane do poręczy. Barman zostawił ich samych. Dzianni nie tracił czasu na wyciąganie piłeczki z ust Mateza tylko szybko wybrał numer telefonu alarmowego.
Policja pojawiła się błyskawicznie.  Szajka prowadząca lokal była tak zaskoczona, że nie zareagowali i udało się uwolnić wszystkich przetrzymywanych mężczyzn bez żadnych ofiar. Bohaterscy przyjaciele byli potem długo przesłuchiwani przez policję. Grupa specjalna już dawno wpadła na trop bandy, ale cygan okazał się dla tajniaków zaporą nie do przebycia. Za każdym razem słysząc jego zawodzenie rzucali mu drobne i tym samym zaprzepaszczali szansę na powodzenie misji. Komendant miał dla bohaterów dwie wiadomości. Po pierwsze mieli dostać medale za odwagę. Po drugie, Turo zbiegł. Mógł próbować zemścić się więc zalecono przyjaciołom, aby na jakiś czas zniknęli. Jedynym sensownym pomysłem było zaszycie się w podmiejskiej rezydencji rodziców Minii. Po wykonaniu stosownych telefonów do pracy i rodziny, grupa udała się z stronę Zadupia, gdzie owa rezydencja się mieściła. Minia zadzwoniła jeszcze do rodziców upewnić się czy rezydencja jest wolna, chcieli bowiem mieć trochę spokoju i prywatności, ponadto nie chcieli narażać rodziny Minii na ewentualne niebezpieczeństwo związane z najzadem Tura. Jechali limuzyną Ore ore, gdzie było dosyć ciasno dla 5 osób, ale przytulnie.  Musieli wstąpić jeszcze do szpitala, gdzie Matez miał być profilaktycznie przebadany. Lekarz  osłuchał biednego Mateza, pobrali mu krew i zrobili prześwietlenia.
-No cóż panie Matez, miał pan mimo wszystko trochę szczęścia. Piłeczka pingpongowa wyłamała panu dwa zęby i ma pan kiłę, ale jest pan tak inteligentny, że zęby odrosną a kiła się sama wyleczy.
Uzyskawszy te wiadomości ruszyli ku przeznaczeniu. Po drodze Matez opowiadał im jak został wzięty przez Tura w jasyr. Tak jak przypuszczali, Turo zwabił Mateza obietnicą nakręcenia Owocowego szaleństwa 2. Na planie podał niczego nie podejrzewającemu Matezowi banana  z tabletką gwałtu. Matez obudził się w już w pokoju, gdzie potem zastał go Dzianni. Przyjaciół martwiła jeszcze jedna kwestia. Zarówno komendant jak i Matez twierdzili, że Turo jest zaledwie płotką w tej szajce. Świadczył o tym choćby fakt, że jeździł zielonym seatem a nie charakterystyczną dla tuzów organizacji czarną wołgą z napisem WC Group. Tak rozprawiając dojechali do Zadupia. Byli nieco zaskoczeni, gdy na miejscu okazało się, że są tam rodzice Minii, jej rodzeństwo z rodzinami, rodzeństwo cioteczne z rodzinami, teściowie rodzeństwa, kuzyni, babcie i dziadkowie. Matez spuścił nos na kwintę ale zaraz nieco się rozchmurzył gdy zobaczył Bastusia z żoną, dziećmi i Pusią. Wieczór upłynął im na rozpakowywaniu się, szukaniu miejsca na rozbicie namiotu (rezydencja była zbyt mała  żeby pomieścić aż tyle osób), szukaniu strumienia lub rzeki aby mieć dostęp do wody i słuchaniu jęków Monici, której przeszkadzały dzieci, komary, psy, krowy i wszystko inne. Panicznie bała się też dzików.
-Monica, dziki żyją w lesie- wyjaśniała Minia, której wiedzy dorównywało tylko 20 tomów encyklopedii PWN- tutaj nie ma lasu i nie ma dzików.
-Minia, a czy ty skończyłaś psychologię dzika? Skąd wiesz, że jakiemuś dzikowi nie przyjdzie do głowy tutaj przybiec? Jesteś pewna mądralo?
Na takie argumenty  Minia spasowała. Dzianni zwrócił uwagę, że dzieci zrobiły sobie łuk z leszczyny i sznurka. Pokręcił głową z  dezaprobatą.
-Słuchajcie dzieci- przemówił do zebranej wokół siebie gromadki niczym Don Wasyl do cygańskich gwiazd- jak chcecie się bawić to róbcie to porządnie. Dajcie mi ten łuk a za kilka godzin oddam wam go w ulepszonej formie.
Dzieci oddały łuk stojąc z rozdziawionymi buziami. Dzianni jawił im się jak Mojżesz rozdzielający morze Żydom. Dzianni czym prędzej wyjął laptopa i przystąpił do ściągania programów, za pomocą których zamierzał ściągnąć program do projektowania łuków. Z uwagi na słaby zasięg, zdenerwował się i rozrysował projekt na piasku.
Pozostali tymczasem rozkładali namiot. Nie udałoby im się to gdyby nie Bastian i Pusia. Cóż to było za urocze i rozkoszne stworzenie. Miała za sobą co prawda chorobę i musiała biegać w kasku i maseczce przeciwpyłowej, ale zachowała radość życia. Bastek dyrygował rozkładającymi namiot jak Jagiełło pod Grunwaldem i wystarczyło 4 godziny by imponujący ortalionowy schron stanął na zboczu pagórka. Dzianni także zrealizował misję i oddał dzieciom łuk. Cienką leszczynę zastąpił grubszą leszczyną, zamiast sznurka przymocował żyłkę. Strzały wykonał z grubego drutu a ich groty z zaostrzonych kamieni. Wypróbował łuk i voila! Strzała wbiła się w drzewo jak nóż w masło. Zadowolony oddał łuk grupie pięciolatków.
Wieczorem, wraz z całą rodziną Minii zasiedli przy ognisku, na którym pieczono upolowaną zwierzynę. Monica, która wypiła już kilka piw i była w znacznie lepszym nastroju, zaintonowała „Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw, mieszkańcy chwały wszyscy święci Boży; Z obłoków jasnych zejdźcie aniołowie,  Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkanie.  Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,  Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba…”, za chwilę przyłączył się do niej Geralt, który postanowił nawet w rytm pieśni skakać przez ogień a za nim wszyscy obecni wesoło śpiewali tę wspaniałą pieśń. Wieczorną sielanką przerwał nagle rozpaczliwy krzyk Bastusia.
Wszyscy rzucili się w stronę balii gdzie Bastuś odbywał swe codziennie oblucje. Płakał i wskazywał palcem na drzewo. Przyświecając sobie latarkami, dostrzegli na drzewie Pusię, która była do niego przybita na wysokości ok 70 cm. Nieopodal stała mała Ola trzymając w ręku łuk…
Pomimo akcji reanimacyjnej nie udało się uratować Pusi. Wszyscy poszli spać zrozpaczeni. Matez zaoferował  się spać z Bastianem, którego bólu nic nie mogło ukoić. Nazajutrz miał się odbyć pogrzeb.


Dzień był piękny. Słońce błyszczało na niebie nie przysłonięte nawet jedną chmurką. Ptaki wyśpiewywały swoje trele w koronach drzew a pszczoły wesoło bzykały w zaroślach. Świat nie zatrzymał się pomimo smutku jaki spadł na Zadupie. Pogrzeb był kameralny. Pusię zakopano za wychodkiem. Ola została zabrana w kajdankach na komisariat a młodzi przyjaciele zdecydowali się mimo wszystko powrócić do swych domów, gdyż atmosfera w rezydencji stała się nieznośna. Matez przed wyjazdem długo rozmawiał z Bastudiem  starając się mu wytłumaczyć sens tej tragicznej i niepotrzebnej śmierci. Po tej dyspucie, młodzi zapakowali się do ore-limuzyny i odjechali. 

czwartek, 27 lutego 2014

Odcinek 10

Monica szła gwarnymi uliczkami ze skwaszoną miną. Dzisiejsze polowanie nie było udane. Niestety, była niczym samotna lwica podczas gdy rywalizowała ze stadami hien. Od pierwszego kontenera Caritasu odgoniły się prychające Rumunki zanim jeszcze zdążyła się do niego zbliżyć. Do drugiego udało jej się doskoczyć i włożyć ręce i głowę przez mały otwór na ubrania, ale zaraz poczuła na łydkach  wściekłe ugryzienia i musiała znów ustąpić przez dosyć liczebnym stadem Czeczenów. Trzeci, najlepszy kontener, znajdował się już poza jej rewirem. Ze złości kopnęła przechodzące obok dziecko ale czy coś mogło jej poprawić nastrój gdy zamiast wypchanego bogactwem worka niosła tylko jedną bluzkę, którą udało się jej chwycić zębami gdy Czeczeńcy wyciągali ją od tego życiodajnego źródła? Nic więc dziwnego, że powlokła się do mieszkania ponura jak co najmniej Dolinkowie. Chcąc podnieść się na duchu zaczęła nucić ulubione hity: „ O stworzycielu duchu przyjdź, nawiedź dusz wiernych Tobie krąg, niebieską łaskę zesłać racz sercom  co dziełem są Twych rąk….”
Gdy była już przy wejściu do klatki natknęła się na Pyskację, która właśnie wychodziła.
-Gdzie idziesz?-spytała jak zawsze uprzejmie Monica.
-Na zajęcia.
-Przecież masz wakacje!
-A co, książkę piszesz?-odburknęła Pyskacja swoim zwyczajem.
-Posprzątałaś pokój?!-zapiszczała Monica głosem ostatniej szansy.
- A weź spierdalaj, sama posprzątaj!
- Kup coś słodkiego!- zdołała jeszcze pisnąć Monica i już miała wkładać klucz do zamka gdy ujrzała biegnącą w jej stronę Minię. Minia miała jeszcze rękę w temblaku po niefortunnym weselu Dolinków. Biegła nieco koślawo, płacząc i krzycząc na przemian.
-Coż się stało?!- zapytała Monica.
- Ogólnie- chlipnęła Minia- to nie mówi się ‘coż’ tylko ‘cóż’ , ale w końcu jesteś osobą, która nie wiedziała po co krowom kołki na szyi, więc chyba nie mogę wiele wymagać.
Monica wzięła głęboki oddech szykując morderczą replikę gdy Minica zaszlochała:
-Słuchaj, coś się stało z Matezem!
-To znaczy co?- Monica na chwilę zapomniała o gniewie gdy usłyszała imię Mateza, w którym się skrycie podkochiwała jak wszystkie polskie kobiety.
- Miał kręcić coś z Turem w Wielkim Mieście, ale od dwóch dni się nie odzywa i…
-Kręcić coś z Turem??!!- ryknęła Monica- czy on postradał zmysły?! Co kręcić?! Zresztą wejdźmy do mieszkania, zrobię kawę i wszystko mi opowiesz!
Po chwili Minia siedziała w fotelu trzymając w zdrowej ręce kubek z dziwną, lurowatą kawą. Monica szybko wyjaśniła:
-To kawa z orzechów włoskich, kupiliśmy blender i otworzyły nam się oczy na świat. A teraz mów szybko!
-Nie wiem czy mogę, bo Matez mi zakazał ale…
-Minia! Jeśli mam ci pomóc muszę wszystko wiedzieć! Nie wstydź się, jesteś wśród przyjaciół!- powiedziała Monica dyskretnie ustawiając nagrywanie na telefonie. „Ale będzie wyświetleń na you tubie!”- cieszyła się w duchu.
- Matez…no…Turo zaproponował mu udział w filmie i okazało się…że
-Owocowy fetysz?-spytała domyślnie Monica.
-Skąd wiesz?-zdziwiła się Minia. Monica zarumieniła się gwałtownie i dyskretnie starała się wsunąć skrzynkę mandarynek pod łóżko.
-Nie mówimy o mnie. Mów co dalej, każda minuta się liczy.
-No więc…Matez miał wziąć udział w filmie z owocowym fetyszem i dostać za to skrzynkę dowolnie wybranych owoców…wahaliśmy się, ale wiesz…skrzynka owoców…I Matez wziął udział, ale okazało się, że to nic strasznego…miał chodzić tylko na szpilkach i deptać jakieś banany…spodobał się…I pojechał na jeszcze jedno nagranie, ale to było dwa dni temu..Monica! on nie daje znaku życia...ja nawet nie wiem kim jest Turo, jedyną osobą, która mogła pomóc jest Bastek, ale wyjechał z Pusią na turnus rehabilitacyjny po dżumie, która ostatnio przeszła i …
-Cicho! Minia, nie ma czasu, trzeba działać szybko. Słyszałam pogłoski o tym, że osoby z wyjątkowo zgrabnymi nogami nie wracają z nagrań u Tura, ale nie wierzyłam…musimy działać. Ty dzwoń do Geralta, a ja…..-Monica zamilkła nagle.
- A ty co?-spytała Minia.
Monica popatrzyła ponad głową Minii niczym Ordon na swej reducie i rzekła z mocą:
- A ja pójdę do Tzatzika.
Minia otworzyła usta ze zdziwienia. Wiedziała, że będzie to duże poświęcenie ze strony Monici, która niegdyś zamieszana była w skandal obyczajowy z udziałem Tzatzika. Dawno temu coś ich łączyło. Tzatzik po wszystkim ubiegał się o alimenty na swoje dziecko, ale Monica nie przyznała się do matkostwa a sąd niczego jej nie udowodnił (dzięki wymiernej pomocy Geralta). Niemniej od tamtego czasu nie mieli kontaktu. Wzruszona postawą Monici szybko wybrała numer Geralta.


Tzatzik przepisywał ostatnią stronę dzieła „Ryby, żaby i raki” Jana Brzechwy, gdy w drzwiach kopiarni, gdzie pracował wspólnie  z Turem, stanęła Monica.
-Słuchaj Tzatzik, nie będę się rozdrabniała. Matez zniknął a ja wiem, że to sprawka Tura. Gadaj co wiesz.
Tzatzik sztywnym krokiem podszedł do stolika i wziął z małej skrzynki jabłko. Obrał je i zaczął niespiesznie zjadać, ale przypomniał sobie, że jest na nie uczulony, więc czym prędzej wypluł zabójczą substancję. Teraz już nic nie chroniło go od konfrontacji z Monicą.
-Skąd wiesz, że to sprawka Tura? Masz dowody?
-Nie przyszłabym gdybym nie miała.
-A może chcesz zobaczyć zdjęcie Pameli? Ma już 4 lata i ciągle pyta kto jest jej mamą.
Monica zacisnęła zęby.
- Wiesz dobrze, że to nie ja. Mów co wiesz o zniknięciu Mateza bo pogadamy inaczej- rzekła Monica kładąc na ladzie scyzoryk.
Tzatzik zmieszał się. Szybko napisał na małej karteluszce adres wielkomiejskiego klubu nocnego.
-Jakby co to nie wiesz tego ode mnie. Za dwa dni przewiozą go do Frankfurtu a stamtąd do Brukseli. Trafi za szybę na ulicy czerwonych latarni.
Monica bez słowa wyszła. Zadzwonił do niej Geralt, któremu podała nazwę klubu by uruchomił swoje praskie znajomości.
-Już jedziemy Matez-rzekła Monica do siebie-już jedziemy, trzymaj się.

Wieczór był bardzo zimny więc ulice były niemal puste. Gdzie niegdzie tylko pohukiwały sowy lub słychać było przejeżdżający w oddali samochód. Cztery cienie przemknęły między śmietnikami i ruszyły dalej ku jaśniejącej neonami bramie. Starali się zachować dyskrecję ale w ciszy wrześniowej nocy  nawet kroki brzmiały jak wystrzał. Dotarli wreszcie do bramy. Ciężko oddychali starając się uspokoić rozszalałe serca.
-Na bramce stroi jakiś  rumun lub cygan, z nim się trzeba głównie dogadać-Geralt podzielił się z przyjaciółmi informacjami uzyskanymi od praskich przyjaciół. Wszyscy spojrzeli na Dzianniego, który właśnie  chował  lusterko do kieszeni.
-No co, sprawdzałem tylko czy mi się włosy nie zwichrzyły.
-Trzeba się dogadać z cyganem na bramce-Monica spojrzała wymownie na Dzianniego.
-Mhm…tylko skąd wziąć kogoś kto się dogada?-Dzianni patrzyła na pozostałych z niewinnym wyrazem twarzy.
-Do jasnej anielki!-nie wytrzymała Minia- ty jesteś cyganem!! Skończ z tym udawaniem, tu chodzi o życie Mateza! A przynajmniej o jego godność!
-Godność to Matez stracił biorąc udział w tej owocowej farsie-stwierdziła kwaśno Monica, która specjalizowała się w mądrych radach po fakcie.
-Dobra Monica, nie teraz-zirytował się Geralt- Dzianni, wiemy, że jesteś cyganem, twoja rodzina to cyganie.
-Nie oceniajcie mnie poprzez ich pryzmat!!-zawołał płaczliwie Dzianni i schował się za Monicą. Monica wyciągnęła męża zza swoich pleców.
-Dosyć tego. Wypierdalaj dogadać się z cyganem!-krzyknęła do struchlałego ze strachu Dzianniego.
-Dobra, ale nie mówcie nikomu, że jestem cyganem-poprosił. Nie było Mateza, który przewróciłby teatralnie oczami więc zrobił to Geralt. Ruszyli do wejścia. Otworzyli ciężkie, metalowe drzwi. W środku było zupełnie ciemno, ale gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności zauważyli wąski korytarz, którym przeszli do drugiego pomieszczenia. Było ono oświetlone tylko małą lampką, więc minęło trochę czasu nim skuloną w rogu postać, która zaraz się poderwała. Był to średniego wzrostu Cygan w rozpostartej koszuli, jasnych dżinsach poprzecieranych i zdobionych brokatem. Na szyi miał złoty łańcuch. Postąpił krok w ich stronę.
-Łełełe łełe  panee  łełe panee !
Dzianni wysunął się przodu i nawiązał z cyganem rozmowę. Po chwili zwrócił się  z nieprzeniknionym wyrazem twarzy do przyjaciół.
-Jesteśmy z tego samego plemienia, wchodzimy za darmo.
Minęli cygana i weszli do wnętrza klubu. W środku panował dyskretny półmrok, ale z łatwością można było rozróżnić twarze obecnych. Ściany obite były różową lub czerwoną satyną . Bar, stoliki i kilka podwyższeń z zamontowanymi rurarmi stanowiło główny element wystroju. Odetchnęli z ulgą gdy nigdzie nie spostrzegli Tura. Gdyby ich rozpoznał, plan mógłby spalić na panewce. Wiedzieli, że mają mało czasu i  tylko jedną szansę....

Odcinek 9

Geralt usiadł za biurkiem i niemal od razu poczuł się zmęczony.  Od jakiegoś czasu praca nie sprawiała mu przyjemności, czuł się wypalony. Wpatrywał się nieruchomo w ekran komputera po czym włączył go z  cichym westchnieniem. Był w pracy pierwszy, więc  podszedł do ekspresu do kawy. Zatrząsł się w bezsilnej złości gdy jego spojrzenie spoczęło na kartce inforumującej o składce na kawę i cukier. Na środku kartki, czerwonym markerem, ktoś napisał wyraźnie PIEPRZ SIĘ.  Do pokoju weszła Wulewu.
-Co się stało?-spytała na widok wyrazu twarzy Geralta a ten ruchem głowy wskazał na kartkę. Wulewu nie przejęła się profanacją kartki, ale współczująco poklepała Geralta po plecach.
-Co za dziwki-zżymał się Geralt-co za kurwy!
Wtem do sekretariatu weszła jakaś kobieta. Była średniego wzrostu i nawet można by ją nazwać ładną, uroku dodawał jej przejmujący smutek na twarzy.
-Przepraszam…-zaczęła niepewnie czerwieniąc się przy tym- czy mógłby pan…to znaczy czy jest taka możliwość żebym zobaczyła akta mojej sprawy? Wiem, że jest po terminie ale..
-Zamknij ryj-uciął Geralt- nie dostaniesz akt bo jest po terminie. A teraz bierz niezgrabną dupę w troki i wypierdalaj.
Kobieta stała przez chwilę walcząc  z napływającymi łzami. Widać było, że stara się za wszelką cenę opanować.
-Może chcesz napisać skargę, co?-drwił Geralt-masz, dam Ci nawet kartkę, bierz ją i raus!!!
Kobieta zadrżała i z niepowstrzymywanym szlochem wybiegła z sekretariatu zderzając się w drzwiach z Anemietką. Siła uderzenia była na tyle duża, że Anemietka upadła 100 metrów dalej niczym niesiony wiatrem liść. Kobieta pomknęła dalej nie zatrzymując się. Geralt i Wulewu pobiegli w stronę Any, która leżała dysząc ciężko.
-Ana, żyjesz?-krzyczał Geralt zdjęty poczuciem winy. Wulewu biegała dookoła jak nakręcany piesek machając rękami i krzycząc.
-Karetka, karetka, nie żyje nie żyje nie żyje!! Ratunku!!!
Ana wstała z pomocą Geralta. Trzymała dłoń w okolicach odcinka lędźwiowego kręgosłupa.
-Krzyż mnie boli….-jęczała gdy Geralt prowadził ją do pokoju. Wraz z Wulewu posadzili Anemietkę na krześle. Pulpecja była już w pokoju.
-A tej co znów? –spytała pogardliwie.
Aneta popatrzyła na nią z miną wbijanego na krzyż Jezusa.
-Miałam wypadek…mam chyba uraz krzyża-wyjąkała Ana.
-A urazu głowy nie masz przypadkiem?-drwiła Pulpecja.
-Ja mam uraz głowy, leczę się u psychiatry-rzuciła ze smutkiem  Wulewu.

Anemietka siedziała pojękując i chlipiąc.
-Będę musiała pójść na zwolnienie…na pewno złamałam sobie krzyż..co będzie z Oksanuśką…zimno mi... podkręćcie grzejnik.
Tym razem Geralt nie miał serca odmówić i ustawił pokrętło na maksymalne grzanie mimo niemego sprzeciwu Pulpecji. Ta jednak nie byłaby sobą gdyby nie postanowiła walczyć o swoje. Z powrotem zakręciła grzejnik i otworzyła dodatkowo okno. Geraltowi nie chciało się brać udziału w tej wojnie i wyszedł z pokoju. Przypomniał sobie o porannym incydencie i postanowił działać. Przede wszystkim zakupił u Pana Kanapki trochę kokainy spod lady. Potem  udał się do pokoju kierowniczek przedstawić własną wersję wydarzeń z tą kobieciną, która prosiła o akta. Po zrzuceniu całej winy na petentkę, wrócił do pokoju, gdzie dokładnie wymieszał kokainę z kawą i cukrem. Zadowolony z siebie, usiadł przy biurku i powrócił do czytania bloga swej idolki.
Gdy wraz z Cygadytką przeżywał śmierć jednego z aktorów i z zainteresowaniem zaczytywał się w jej koncepcjach odnośnie Dziejowej Tragedii Narodu Polskiego, zadzwonił telefon. Geralt spojrzał na wyświetlacz, na którym ukazała się twarz Mateza. Oderwał się od lektury.
-Haaaalo!
-No cześć Geralt- Matez wydawał się nieco zgaszony.
-Jak tam po weselu Dolinków?-zagaił Geralt obgryzając kolejną babeczkę, którą  przyniosła mu Wulewu.
-Eeeee- zawahał się Gerlat- spoko, niedźwiedź mnie prawie zabił, Minii musieli przyszyć rękę, hotel poszedł z dymem, zniknęły wszystkie kartony Trzech Cytryn, co tam porabiasz?
Geralt zakrztusił się babeczką, która wypadła mu natychmiast z ręki. Pstryknął palcami w stronę Wulewu i wydał krótką komendę: Babeczka! Raz!
Wulewu podskoczyła z miejsca i wybiegła  zakupić pożądany przez Geralta smakołyk.
-Co Ty gadasz Matez- zapytał  skupiając już całą uwagę na przyjacielu- jaki niedźwiedź, jaka ręka?
- A nie, nic takiego…typowe wesele. Słuchaj, wpadnę jutro. Dostałem propozycję od Tura.
Turo był ich znajomym ze studiów. Znany ze świetnych pomysłów na biznes, tymczasowo pracował w ręcznej kopiarni tekstów, gdzie całymi dnami tworzył manuskrypty znanych dzieł. Geralt nie darzył Tura sympatią. Była w nim coś niepokojącego.
-Jaką propozycję?-spytał przyjaciela.
-Kręci z kumplami jakiś niszowy film i mam w nim zagrać! Zajebista inicjatywa takie niszowe sprawy!
Tak, Matez był fanem niszowości w każdym wymiarze. Można powiedzieć, że był w pewnym sensie ojcem hipsteryzmu. Sam posiadał dwa niszowe zespoły o bardzo niszowych nazwach tworzące jeszcze bardziej niszową muzykę. W zasadzie ich niszowość wynikała tylko z tego, że nikt nie chciał tego słuchać.  Matez nocami śnił po występach w saskiej muszli lub w Bohomazach-znanym  klubie, który gościł takie gwiazdy jak Wesoły Smutek czy Śpiączka. Nic dziwnego, że zapalił się na propozycję Tura.
-Kogo miałbyś tam grać?-spytał Geralt z niepokojem. Wiedział od Monici, która wiedziała wszystko, że Turo jest zamieszany w ciemnie sprawki niemieckich domów publicznych.
-A nie wiem, ale owoce mają być free. Tylko nie mów Monice, wiesz, że jej odbija jak słyszy free.
-Spoko, ale uważaj na siebie Matez-ostrzegł Geralt- upewnij się najpierw co to za film.
-Jasne, jasne. A tak w ogóle to wyjedziesz po mnie?
-Gdzie mam po ciebie wyjechać?
- Wpadnij do mnie pod blok- pewnie odpowiedział Matez.
„Cały Matez”-westchnął Geralt i zaczął rezerwować busa do Wsi Udającej Miasto, żeby wyjechać po przyjaciela. W tym czasie wróciła zasapana Wulewu. Nie była sama. Wraz z nią wmaszerował jej apodyktyczny mąż. Wulewu, czasem, między słowami żaliła się na jego zaborczość. Kryspinek Kuszę był szefem Wulewu z czasów jej pracy w sekstelefonie i chociaż minęło już parę lat od zakończenia przez Wuli kariery, Kryspinek czasem o tym zapominał.
-Masz Geralt, twoja babeczka- Wulewu położyła na biurku Geralta ciastko starannie zapakowane w tekturowe pudełeczko.
-A ty co kurwa?-oburzył się Kryspinek- pomidory na targu sprzedajesz? Seksowniej! Jeszcze raz!
Wulewu roześmiała się perliście i ponownie zwróciła się do Geralta prężąc się i wyginając jak kot na blaszanym dachu.
-Geralt…mmmm…oto..twoja babeczka tygrysku..mrauuuu.
-No- mruknął zadowolony Kryspinek- teraz lepiej ale stać Cię na więcej!
Wymierzył żonie soczystego klapsa w pośladek i wyszedł z biura puszczając jednocześnie oczko do Anemietki. Ta jednak nie zauważyła zabiegów Kryspinka gdyż zajęta była snuciem kolejnej intrygi przeciwko staremu wrogowi- Kiczencji Płaszczak zwanej czasem Bi. Wysyłanie smsów z fałszywymi informacjami o wygranych dawało satysfakcję, ale i zaostrzyło apetyt. Anemietka czuła, że musi uderzyć mocniej. Jej głód zemsty pozostawał niezaspokojony. Pociągnęła nosem i poprawiła szalik, naciągnęła też mocniej rękawiczki..sierpień był chłodny tego roku, Anemietka drżała na samą myśl, że znów może zaatakować ją Ziąb. Spojrzała z nienawiścią na Pulpecję i Geralta, główne przyczyny jej cierpień. Wychowani w wiejskich ziemiankach, przyzwyczajeni byli do chłodu i wydawało im się, że w biurze jest cały czas gorąco. Anemietka nie sądziła, że ucząc ich obsługi kaloryferów, robi to na własną zgubę.
Wulewu dyskretnie wyślizgnęła się z pokoju pod pozorem skorzystania  z toalety. Ana pokiwała głową z uznaniem. Długie miesiące zajęło jej nauczenie całej trójki korzystania z toalety. Prowadziła nawet wykłady dla Geralta z zakresu działania spłuczki. Tak, Geralt był dociekliwy, może dzięki temu piął się jak szalony po szczeblach kariery realizując amerykański sen „od pucybuta do milionera”. Co innego Pulpecja. Niechętnie się uczyła i jeszcze bardziej niechętnie korzystała z nabytych informacji. Do tej pory zdarzało jej się wybiegać na dwór za potrzebą.
Wulewu zaraz po opuszczeniu biura szybkim krokiem skierowała się do toalety i wyciągnęła komórkę. Wybrała jedyny numer zapisany w kontaktach.
-Halo?
-Hej…Wuelwu Kuszę  z tej strony- zaświergotała.
-Wu, czy ty z chuja spadłaś? –głos był bezceremonialny- Przecież wiem, że to ty! Masakra! Mów co masz!
-Mam coś co cię zainteresuje seksi….Mam dowód- uśmiechnęła się szeroko Wulewu.
-Na co? Mów szybko bo mnie faktyko szlag trafi!
-Mam dowód na układy Geralta- wydyszała Wulewu do słuchawki.
Głos w słuchawce wybuchł płaczem. Zanosząc się szlochem, głos perorował.
-Czekałam na to 2 lata….dwa lata mordęgi, potu i łez! Ale ziściło się! Mam cię Geralcie Ciotku, ty szujo!!!Jutro wpadnę po nagranie, pa!
Wulewu stała bez ruchu. „Jutro wpadnę po nagranie”- dźwięczało jej w głowie a po plecach przebieg dreszcz. Wiedziała, że Głos jest  zdolny do wszystkiego. Jak zareaguje gdy dowie się prawdy? Jedyne co mogła zrobić Wulewu to w najlepszej wierze wręczyć głosowi kubki po jogurcie.




środa, 26 lutego 2014

Odcinek 8

Matez przetarł zaspane oczęta i podniósł się z łóżka. Dziewiąta rano. Czas działać, musi wziąć prysznic, musnąć twarz kremem i ułożyć włosy. Minia jeszcze beztrosko pochrapywała, więc szturchnął ją w bok.
-Flaczek, wstawaj. Już 9 rano.
Minia przeciągnęła się ziewając rozdzierająco.
-Wieeeeem Mateziku. Już już.
-Minia, zawsze mówisz już już  a potem muszę Cię zdzierać z łóżka. Rusz dupę i idź zrobić kawę. Bastek ma rację, że muszę Cię krótko trzymać. Swoja droga to zadzwonię do niego. A Ty nasyp mi neski.
Matez wybrał na telefonie numer do swego przyszłego szwagra – brata ciotecznego Minii. Polubili się od pierwszej wspólnej kąpieli i od tamtej chwili nie potrafili wytrzymać nawet dnia bez rozmowy ze sobą.
-No siema Bastuś, jak tam?....Mhm….Tak…Serio? Pojebani jacyś? Gołego chłopa nie widzieli?....Mhm….Tak…No my zaraz się szykujemy, ślub o 15…tak…no zaraz wypije kawusię a Ty co dziś pijesz?...Mhm…tak…..no to Bastuś, wypij nasze piwo, jest w lodówce. Zjedz też nasze chipsy i kiełbasę, nie ma sprawy, nakarm rodzinę……tak…a jak tam Pusia???...ooo…biduleńka….że też nie ma szczepionki na to cholerstwo…nie pozwalajcie jej włazić w krzaki…no….ok, kończę Bastuś, trzym się i pozdrów żonkę, wycałuj dzieci i Pusiaczka. No, papatki.
-Co u nich?- spytała Minia wnosząc dwie filiżanki parującego napoju.
- A spoko, są na kempingu z jakimiś pojebami. Obrazili się na Bastka, że się nago przy nich kąpał- Matez pokręcił z oburzeniem głową.
- A co, gołego chłopa nie wiedzieli?- zdziwiła się niezmiernie Minia.

Kościół prezentował się nad wyraz okazale. Udekorowany był czerwonymi wstęgami i wszędzie powiewały tureckie flagi dając złudzenie  przebywania na chińskim bazarze. Widać było, że Paćka i Sadam włożyli wiele wysiłku w aranżację tego jedynego dnia. Ich głównym celem było przebicie ślubu „tych brudasów” jak wyrażali się o Monice i Dziannim. Z tego co powiedział im Matez nie będzie to łatwe, ale zrobili co mogli. Przede wszystkim rodzice Paćki mieli wjechać na koniach a rodzice Sadama na rikszy. Tureckie towarzystwo było równie brudne i śmierdzące co cygańskie. Paćkę kłuł w serce brak tytułu królewskiego, którego los poskąpił zarówno jej jak i Sadama rodzinie, ale na poczekaniu przygotowali plakaty informujące, że „Ore ore sucks, Dolinka rules HALLOŁ”, co nieco ich uspokoiło i o godzinie 15 mogli stanąć u ołtarza ponurzy jak zwykle.  Ślub byłby wzruszający gdyby nie fakt, że obie rodziny gardziły wzruszeniami a tureccy goście nie rozumieli ani słowa. Paćka obawiała się nieco o zachowanie awanturniczej rodziny Sadama, której większa część pochodziła z miejscowości Wrzód Na Mapie Polski, ale podniosły nastrój udzielił się nawet im.  Po ślubie orszak pełen żałobników weselników ruszył ku sali, gdzie miało odbyć się przyjęcie. Tu nastąpił pierwszy zgrzyt ponieważ  goście Sadama rzucili się ku stołom chwytając i upychając gdzie się dało postawione tam napoje, ale zgromieni wzrokiem pary młodej podkulili ogony  postanawiając zmienić taktykę i wypić tyle ile się da. Stół był zastawiony tak jak można się było tego spodziewać: na talerzykach pary młodej leżało po kilka czipsów i stało po jednym piwie. Goście jednak wiedzieli co ich czeka i natychmiast po zajęciu miejsc wyjęli kanapki i termosy rozpoczynając tym samym przyjęcie weselne. Matez popatrzył z rozrzewnieniem na nowożeńców. Siedzieli obok siebie bez słowa ale na ich twarzach malował się cały wachlarz emocji… Matez był przekonany, że tak właśnie musiała wyglądać mina Joanny d’Arc, która się właśnie dowiedziała, że spłonie na stosie. Podszedł do Dolinków i jeszcze raz złożył im gratulacje.
-Dzięki- odpowiedziała Paćka, której ponurości zazdrościła nawet Morticia Adams- zbieraj się Matez, jedziemy na sesję.

Sesja plenerowa odbywała się w górach. Paćka zaplanowała ją drobiazgowo. Najpierw ujęcia  w wodospadzie, potem bieg  pod górkę i z górki a następnie scena tarzania się po trawie i walki z niedźwiedziem.  Matez już po kilku ujęciach był nieco zmęczony i nieśmiało zaproponował Paćce darowanie mu zapasów z niedźwiedziem, zwłaszcza, że akurat żadnego nie było pod ręką.
- Matez- rzekła z mocą Paćka- albo HALLOŁ będzie TURCJA jak ja chcę HALLOŁ albo pożegnaj się TURCJA z noclegiem HALLOŁ. A teraz TURCJA idź poszukaj HALLOŁ niedźwiedzia.

Gdy Matez biegał po lesie chcąc zwabić niedźwiedzia na polanę, Minia konwersowała ze wszystkimi, którzy akurat byli pod ręką zarzucając ich ciekawostkami z wszystkich dziedzin.
-Musze panu opowiedzieć- perorowała do opitego Trzema Cytrynami do granic możliwości sadamowego wujka - jak mój tata uratował mnie gdy zgubiłam się w wietnamskim lesie! Zadzwoniłam do taty i mówię, że jestem w lesie w Hanoi i nie wiem jak wyjść . Na co tata pyta czy są tam drzewa…ja, lekko zaskoczona, mówię, że tak. Tata pyta czy mają liście….ja już całkiem w szoku mówię: skąd to wiesz?! Tak, mają! Tata pyta w jakim mieście jestem, ja mówię, że Hanoi. Na co tata mówi ni mniej ni więcej: Minia, jesteś w lesie w Hanoi! Wyobraża sobie pan??
Wujek Sadama gwałtownie podniósł głowę.
- Co proszę?- spytał z wściekłą miną- Myślisz, że nie umiem sobie wyobrazić jak wygląda wietnamski las?!
Minia spojrzała zaskoczona.
-Nie chciałam pana urazić…
Niestety, jak zawsze opamiętała się po czasie. Wujek Sadama wstał  i rozerwał koszulę na piersi odsłaniając ortalionowy dres. Dało to sygnał jego krajanom. Jak jeden mąż zrzucili garnitury pokazując swe prawdziwe oblicze. Chwycili krzesła, spreje i jakby byli jednym ciałem i jedną duszą poczęli sprejować po wszystkich i po wszystkim RKS RKS a ciskane przez nich krzesła fruwały po sali niczym złowieszcze ptaki zemsty wybijając szyby i zęby.

Matez już z daleka zauważył dym i pojedyncze języki ognia. Starają się pokonać ból po uderzeniu łapy niedźwiedzia przerwał gruchanie ponurych gołąbków wskazującym im na hotel, w którym odbywało się przyjęcie. Gdy dojechali na miejsce, na spotkanie wybiegła zapłakana Minia. Przedstawiała żałosny widok. Miała poszarpane włosy, rozdarte ubranie i napis RKS na czole a urwana ręka dopełniała obrazu pożogi i zniszczenia.

- Wujek..trzy cytryny…ortalion..-zdążyła wyszeptać nim padła zemdlona na ziemię tuż u stóp oniemiałego Mateza i ponurych jak zwykle Dolinków.

Odcinek 7

Tego dnia Monica umalowała się wyjątkowo starannie. Związała bujne włosy w węzeł nad karkiem. Nałożyła krem, podkład i kilka kolorów różu. Zadanie, które ją czekało, wymagało perfekcyjnego wyglądu mimo, że była niedziela-Dzień Tłustych Włosów. Dzianni wrócił właśnie z wyprawy poszukiwawczej w Parku Saskim. 
-I co- spytała Monica nie bez cienia złośliwosci- coś znalazłeś? Jakiś rozbity statek kosmiczny?
Dzianni zirytował się jak zawsze gdy Monica poruszała ten jakże ważny dla niego temat bez należytej powagi i szacunku.
-Słuchaj....jesteś prymitywną istotką. To, że jeszcze ich nie widziałem to nie znaczy, że kosmici nie istnieją. Małpka by się szybciej tego nauczyła niż Ty!
Monica uśmiechnęła się pod wąsem i poczęła z namaszczeniem nakładać swój nowy, ciuchlandowy nabytek: wspaniały szal z futra dziobaka australijskiego.
-Co będzie dziś na obiad- spytał Dzianni jakby zapominając o wcześniejszych obelgach rzuconych w stronę żony.
-Pierś z kurczaka w marcepanie i ziemniaki z kaszy mannej. A sałatka z tego co będzie na promocji.
Jasne. Obiad u państwa Ore Ore nie mógł być normalny. To nie mogła być po prostu zupa ogórkowa ani kotlet mielony. Danie musiało być dziwne, mało znane i jak najtańsze. Monica wyszła na zewnątrz i skierowała swoje kroki do Fuxa-sklepu, który jednocześnie kochała i nienawidziła. Kochała promocje ale nienawidziła ekspedientek, które jej zdaniem było nie dość karne, nie dość miłe, zbyt wolne i nie dość usłużne. Prowadziła z nimi nieustanną wojnę na miny, gesty, słowa a czasem i pięści. Pchnęła drzwi wejściowe do sklepu tak mocno, że odbiły się od ściany. Kasjerka siedząca przy pierwszej z kas uśmiechnęła się lekko na jej widok. "Co się cieszysz głupia szmato"-myślała Monica. Rozpoczęła zakupy od działu przecen....Masło przeterminowane o 2 miesiące, ale tańsze o 30 groszy czym prędzej znalazło się w koszyku. Dołączyły do niego serki kozie, wafle ryżowe, przyprawa do sardynek i 8 słoików oliwek. Monica przeniosła sie na dział wędlin. "Let's the play begin"-pomyślała.
Pani od mięsa zgasiła papierosa na jednej z szynek i leniwym krokiem podeszła do lady.
-Czego?- spytała buńczucznie.
- Poproszę 23 dag polędwicy gdyńskiej, plasterki po 2 milimetry- odpowiedziała triumfująco Monica.
Wędliniarka zacisnęła zęby i zaczęła kroić wędlinę.
- 25 dag może być? 
- Chyba kpisz stara kurwo.23 deko i 2 milimetry.
Nagle ponury nastrój przełamała melodia Fila. Monica wyjęła telefon nie spuszczając oka z wędliniary.
Dzwonił Matez.
- Hej Monica. Gadałaś ostatnio z Geraltem?
-Z Geraltem?-Monica zmarszczyła czoło- chyba wczoraj na fejsie, a co?
- No własnie od wczoraj nie mam z nim kontaktu a jutro jadę do Wielkiego Miasta robić badania do..
- Kurwa- przerwała Monica- wiem, że robisz super ultra profesurę, gadaj o co chodzi z Geraltem.
- No nie ma z nim kontaktu od wczoraj, nie odbiera telefonu, nie odpisuje na fejsie, nie odesłał gołębia pocztowego...
-Hmmm, dziwne. A masz telefon do tej...jak jej tam...Palpitacji?
-Do Pulpecji? Nie mam właśnie. Słuchaj, jak do jutra nie da znaku życia to jadę do niego.
Monica wiedziała, że Matez bardziej niż zniknięciem Geralta martwi się brakiem ewentualnego noclegu, ale uznała, że należy sprawę wyjaśnić.

Tymczasem Geralt powoli odzyskiwał przytomność. Bolała go głowa i było mu niedobrze, poza tym nie mógł sobie przypomnieć gdzie jest. Otworzył oczy i rozejrzał . Był w małym pokoju bez mebli. Obok wybudzała się Pulpecja. Miała nieco podwiniętą bluzkę i zauważył, że w miejscu gdzie powinny być żebra, Pulpecja ma jakiś napis. "A więc zrobiła tatuaż jednak"-pomyślał Geralt próbując odczytać napis. Kunsztowny wzór układał się w słowa ŻYJ ALBO UMRZYJ. Poniżej, tak jak Pulpecja obiecywała, wytatuowane były słowa piosenki :"Yesterday was Thursday, Thursday, Today i-is Friday, Friday".  
Pulpecja powoli odwróciła się.
-Gdzie my jesteśmy?
- Nie wiem. Pamiętam, że jedliśmy winogrona i ..Halina!- Geralta nagle olśniło.Podbiegli oboje do drzwi i zaczęli w nie uderzać i kopać. Pulpecja robiła to tak zapamiętale, że dzrwi wypadły z futryny wprost Halinę, która się musiała do nich właśnie zbliżać.
-Halina!-wrzasnął Geralt- co to ma być do jasnej anielki?!
Halina wygrzebała się spod drzwi i dopiero teraz zobaczyli, że ma w ręku nóż do sera. W panice rzucili się do drzwi wejściowych, które na szczęście były otwarte. Halina rzuciła się w pogoń. Wybiegli na ulicę wołając o pomoc, ale nikt nie reagował na ich rozpaczliwe wezwania a Halina była tuż za nimi. Wtem Agnieszka wyjęła z kieszenie kanapkę, którą zawsze miała przy sobie i zaczęła rwać kawałki szynki i rzucać nimi w ścigającą ich Halinę. Podziałało. Halina zatrzymała się i zaczęła prychać jak wrzucony do wody kot. Byli wolni.

wtorek, 25 lutego 2014

Odcinek 6

Monica siedziała wściekła przy komputerze. Minęło już 30 minut od kiedy zamieściła na pejsbuku zdjęcia z ich ślubu a miały dopiero kilka lajków. Nagle poczuła zapach Dzianni&Dzianni, które jej mąż dostał od rodziców przed ślubem. Była to specjalnie przez nich skomponowana mieszanka zlewek z perfum sprzedawanych przez pobratymców na okolicznych targach.
-Co się stało?-spytał Dzianni  przymilnym głosem. Dostali na ślub maszynkę do robienia tofu i miał nadzieję, że żona uraczy go dziś tofucznicą.
-Jak to co??? Wchodziłeś na pejsa? Prawie nikt nie polajkował naszych zdjęć!
-No i? A nie możesz sama polajkować? -na twarzy Dzianniego jak zwykle nie widniała żadna  głębsza refleksja.
-Czy Ty w ogóle  wiesz jak działa pejsbuk???- spytała Monica z rozpaczą- ktoś inny musi to zrobić! Ale chujki. Na wesele to przyszli, ale zdjęć nie polajkują! I po co było wynajmować Dacewskiego?? Po co wymyślne pozy i retusz? Po co…
-Kurwa!!!-wrzasnął Dzianni przejmująco przerywając słowotok Monici.
-Co się stało?-spytała zatrwożona. Dzianni rzadko wpadał w taką złość. Teraz stał jak posąg wpatrując się w małe lusterko, z którym nigdy się nie rozstawał.
-Jaki lakier do włosów kupiłaś?!
-Wella Jedwabisty Włos…
-Czy Ty się nigdy nie nauczysz kobieto?! Po Jedwabistym Włosie mam łupież!! Wiesz, że toleruje tylko Taft Zajebisty Look!
-Wella była w promocji…-zaczęła się nieporadnie tłumaczyć Monica.
-Dość!-uciął Dzianni- lecę do Daria, może coś poradzi, a Ty zrób mi tofucznicę- nakazał Dzianni w biegu zakładając różowe najeczki.



Geralt leniwie przeglądał strony na pejsbuku. Monica dodała kilka zdjęć ze ślubu i wesela. Geralt zaśmiał się w duchu. Wybrała oczywiście takie, na których nie wyglądała jak szafa. Wiedział, że musi polajkować bo w przeciwnym razie Monica nie da mu żyć. Ale tymczasem niech się jeszcze trochę pomęczy. Lajków był mało, Monica i Dzianni nie cieszyli się sympatią znajomych. Zobaczył ikonkę wiadomości. Halina. Geralt był zdziwiony. Od czasu wesela nie odzywała się do niego.  Nocowali u Mateza, który przygotował dla wszystkich jedno łóżko, jedną poduszkę i nawet wspólny ręcznik. Matez był oszczędny, więc wszyscy mieli się myć też  w tej samej wodzie. Geralt, nie oglądając się za siebie, pobiegł do wanny. Halina niestety nie słynęła z refleksu, przez co musiała się myć ostatnia i wyszła z wanny bardziej brudna niż do niej weszła. Wycieranie się mokrym ręcznikiem też pewnie nie było przyjemne więc Geralt nieco rozumiał jej rozgoryczenie i  tym bardziej był zdziwiony gdy przeczytał, że Halina zaprasza jego i Pulpecję na parapetówkę. Przetarł zdumiony oczy, gdy zauważył, że zaprasza ich na dziś! Chwycił szybko telefon. Geralt mógł sobie darować dużo rzeczy, ale nie darmową wyżerkę. Usłyszał w słuchawce głos Pulpecji.
-Hej Pulpa, maj dir. Masz dziś trochę tajmu?-zaświergotał. Niemal słyszał jak Pulpecja zgrzytnęła zębami.
-Polski jest dla ciebie za trudny Ciotek? Myślisz, że jak znasz włoski to jesteś ode mnie lepszy?!
Geralt nieomal parsknął śmiechem ale udało mu się powstrzymał wzbierający chichot. Nie chciał iść do Haliny sam.
-Przepraszam Pulpi. Halina zaprasza nas dziś na parapetówkę, idziesz?
-Mogę- zgodziła się łaskawie Pulpecja upajając się chwilą władzy nad Geraltem.
O 21 z minutami stanęli przed drzwiami Haliny. Blok znajdował się już na obrzeżach dzielnicy i był nieco odrapany, ale brak było tak charakterystycznych dla tej okolicy dzieci z fajkami, więc Geralt i Pulpecja uznali, że jest miło. Halina otworzyła im z zagadkowym uśmiechem i poprowadziła ich do suto zastawionego stołu. Czego tam nie było! Winogrona białe, winogrona różowe, winogrona bez pestek, winogrona z pestkami…haliński  róg obfitości. Geraltowi i Pulpie zaświeciły się oczy i jednocześnie zrobiło im się wstyd, że przyszli tylko z piwami na tę królewską ucztę.
-Przyszliśmy jak szczur na otwarcie kanału-szepnął Geralt. Pulpecja zaperzyła się jak zwykle.
-To jakaś aluzja do…
-Cicho- zgromił ją Geralt- jedz i korzystaj!
Zasiedli przy stole upajając się zapachami i widokami. Halina była powściągliwa jak zawsze a w tle zamiast muzyki jak zawsze leciał kanał sportowy. Geralt zaczął łapczywie konsumpcję, Pulpecja mu wtórowała. Po chwili oboje zaczęli osuwać się na dywan….

Odcinek 5

Kościół był niewielki i ulokowany na zapomnianej przez boga i ludzi wsi. Nie było jednak łatwo znaleźć miejsce, gdzie ksiądz zgodzi się na dodanie typowo romskich elementów do uroczystości. Geralt, Halina,Minia i Matez zajęli miejsce w niewygodnych ławkach. "Gdybym dawał im prawdziwy prezent to bym odjął z koperty za te ławki"-pomyślał z niesmakiem Geralt. 
Świątynia była pełna. Ławki z prawej strony zajęte były przez odzianych w ciemne stroje Żydów, którym małe pejsy radośnie powiewały. Matez mruknął z zadowoleniem. Od jakiegoś czasu jego wszystkie myśli obracały się wokół Żydów. Chciał z nimi przebywać, rozmawiać i czytać o nich. Próbował zapuścić nawet małe pejsiki, ale chęć podziwu płci pięknej wzięła górę nad chęcią przypodobania się Żydom. Jego żydowska obsesja powstała nagle i Minia miała nadzieję, że równie nagle się zakończy. 
 Goście z lewej strony przedstawiali nieco inny widok: kolorowi, hałaśliwi, ekspresyjni. Weszli do kościoła tanecznym krokiem i od razu zajęli strategiczne pozycje. Zaczęli od obstawienia wszystkich wejść do kościoła przez małe, brudne dzieci z akordeonami, psami i puszkami na drobne. Pozostali modlili się przed ołtarzem zawodząc "Pan daaa, pan daaa". Wreszcie, przy głównym wejściu pojawiła się młoda para. Jedno z nich delikatne, z zaróżowionymi (nieco nienaturalnie) policzkami i zamglonyymi oczętami, które okalały seteki długich i wyraźnie wytuszowanych rzęs. Drugie....no cóż, Monica wyglądała w zasadzie jak zwykle albo jeszcze gorzej. Jasna suknia ślubna z licznymi falbanami i zdobieniami uwydatniła niedoskonałości figury panny młodej. Miała zadowolony wyraz twarzy ale  i z niepokojem oglądała się za siebie. Nie przybyli jeszcze rodzice Dzianniego. Jej rodzice siedzieli już w pierwszej ławce czujnym wzrokiem omiatając wszystko i wszystkich. Ojciec wydawał się nieco nieobecny, ale matka dobitnie zaznaczała swoją bytność wydając polecenia obecnym gościom. Wyraźnie irytowali ją zbyt głośni Cyganie, ale dla dobra córki, postanowiła zacisnąć zęby. Nie co dzień trafia się okazja wydania pasożytnicznej córki za księcia cygańskiego.
Geralt zauważył, że zza Monici wychyla się naburmuszona Pyskacja. Spostrzegł ze zdziwieniem, że jest ubrana  w coś na kształt upiętej zasłony. Dopiero potem miał się dowiedzieć, że zakupiona na wesele suknia pękła na plecach podczas prób wciśnięcia w nią jej właścicielki. Nic dziwnego, że na tyle na ile to możliwe, Pyskacja była bardziej zła i bardziej naburmuszona niż zwykle. 
Monica zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Gdyby teściowie zbojkotowali ten ślub, w oczach społeczności, do której miała należeć byłby on nieważny. Nie dziw się więc drogi Czytelniku, że odetchnęła z ulgą widząc szanownych rodziców Dzianniego. Jak zwykle byli dostojni i poważni. Matka Orszulka spłunęła na Monicę, ale ta wzięła to za dobry omen i gdyby tylko mogła, podskoczyłaby z radości. Rodzice Dzianniego ubrali się skromnie. Nigdy nie epatowali faktem, że są cygańską parą królewską. Dziś także mieli przy sobie tylko podstawowe insygnia władzy w postaci koron, bereł, sobolowej skóry na plecach no i lektyki, na której zostali wniesieni. Ceremonia mogła się rozpocząć. Ksiądz wyszedł po młodą parę i poczęli sunąć ku ołtarzu przy dźwiękach "ore ore siabadabada amore hej amore siabadabada". Znudzony Geralt odpłynął w świat marzeń, w których towarzył Cygadytce na największych scenach świata od Sydney poczynając a na salce Domu Kultury w Łukowie kończąc. Był dumny ze swej małej ojczyzny ponieważ właśnie tam urodziła się Monika Szwaja, znana i ceniona współczesna pisarka. Ocknął się już w sali podczas jedzenie rosołu. Halina pochlipywała nad losem zabitego z tej okazji kurczęcia, Matez starał się skupić na sobie uwagę wszystkich obecnych na sali dziewcząt a Minia z niezadowolonym wyrazem twarzy piła kolejną tego dnia lampkę wina. Geralt starał się zabawiać Halinę rozmową i tańcem, ale w myślach widział ją z narysowaną na twarzy tarczą strzelniczą. Tak, Geralt w myślach rysował na twarzach innych ludzi tarcze strzelnicze, do których potem celował ze swojej Beretty 92. Wraz z rozpadającymi się mózgami ofiar, rozpadał się także gniew Geralta. Zazwyczaj. Dziś nie nie mogło ukoić jego irytacji na Halinę.
-Gerrrraaaaaalt......................wieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeesz, że ................................................Hannavald miaaaaaaaaaaaaaaaaaaaał........................anoreeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeksjęęęęęęęęęęęę?
-Wiem Halina-mruknął podczas gdy na czole Haliny widział coraz wyraźniej środek tarczy.
-Sven to skoczek narciarski, utalentowany zresztą-pospieszyła z wyjaśnieniem Minia a Matez jak zwykle przewrócił oczami starając się zwrócić uwagę jakiejś pannicy. Wreszcie sukces! Młoda blondynka zawiesiła na nim wzrok.
-Patrzcie, leci na mnie!
Halina podniosła się z miejsca i poszła wymusić taniec na Dziannim,który pląsał w rytm harmonii. Jej miejsce znienacka zajęła Monica. 
-To ma wystarczyć też na jutro-syknęła w stronę Geralta, który zjadał szóstą tego dnia porcję sałatki- zaraz pierdolnę. Ta suknia jest za ciasna, mówiłam krawcowej, że nie mam rozmiaru 34, ale ta się uparła.
-Masz raczej 54- stwierdziła Minia.
Zapadła cisza. Wyraz twarzy Monici zmieniał się jak w kalejdoskopie. Siedząca obok koleżanka Monici -Maua również ciskała gromy w stronę nieświadomej niczego Minii.
-Co masz na myśli Minia?-spytała przez zęby Maua. Mąż Mauej, Muffin wymachiwał właśnie wykrywaczem metali pod stołem, ale słysząc irytację w głosie żony zamarł w bezruchu. Nie wiedział czym ma być bardziej oburzony: brakiem whiskey na weselu czy słowami Minii.
Minia wiedziała, że dzieje się coś złego, ale nie wiedziała jak wybrnąć, postanowiła więc zmienić temat.
-Wiecie, że u krokodyla najgroźniejsze są jego szczęki?-spytała z uśmiechem.Odpowiedziała jej głucha cisza. Z daleka całą scenę obserwowała Halina. "Zabrałaś mi Dzianniego...nic nie powiedziałam"-myślała Halina tak szybko, że przegrzane neurony parowały dajac efekt subtelnego dymu unoszącego się z nad głowy Halinki-"zabrałaś mi szansę na szczęście...nic powiedziałam...więc postanowiłaś zabrać mi nawet moje miejsce. Nawet jedno krzesło, które miałam."  Przyjaciele nie widzieli Haliny i nie mieli pojęcia, że oto ważą się losy ich paczki. 
Wesele można było uznać za udane, ale Geralt z ulgą powitał koniec imprezy. Powrót do Wielkiego Miasta był miły i spokojny. Halina na szczęście milczała. Geralt sięgnął do torby po coś do picia gdy ze zdziwieniem zauważył pusty kubek po jogurcie ananasowym...

poniedziałek, 24 lutego 2014

Odcinek 4

Nadszedł dzień ślubu Gianniego i Monici. Geralt przyjechał do Wsi Udającej Miasto, która niegdyś była jego domem i spotkał się z Matezem. Wracali właśnie z dyskontu, gdzie starali się kupić najtańsze wino, którego zażyczyła sobie Monica, gdy nagle natknęli się właśnie na pannę młodą. Wracała od fryzjera i makijażystki. Widząc ją, Geralt stwierdził nie bez satysfakcji, że makijażem nadwagi nie da się zatuszować.
-Jest i nasza bohaterka- zaśmiał się nieszczerze Matez- wyglądasz jak gejsza. "Lub ktoś inny z japońskiego kręgu kulturowego-pomyślał Geralt-na przykład pomalowany zawodnik sumo".
-Wiem, wiem, kwitnę jak co dzień- Monica jak zawsze starała się być zabawna- gdzie idziecie?
-Byliśmy w sklepie żeby...-wtem wypowiedź Geralta przerwały pierwsze nuty hitu Fila.
-Halo?-rzuciła zirytowana Monica do słuchawki- tusz jest w białym koszyku a szminka w kosmetyczce. Nie używaj pudru, musisz wyglądać naturalnie...tak, ten krem będzie dobry do Twojej cery, ale dopiero jak zmyjesz maseczkę-Monica wcisnęła czerwoną słuchawkę i wsunęła telefon do kieszenie dresów. Od pewnego czasu tylko dresy były w jej rozmiarze, ale ukrywała to mówiąc, że lubi w nich chodzić.
-To Pyskacja?-spytał domyślnie Matez.
-Nie, Dzianni-odparła kwaśno Monica. Wyrzucając do góry ręce zaczęła swe zwyczajowe żale- kurwa mać ja pierdole!Kupiliśmy buty Ryłko a tam kurwa nie ma znaczka Ryłko, w sensie na butach nie ma! Po chuj kupować te buty jak inni nie wiedzą, że masz Ryłko? Po chuj?? Dzianni dwa dni myślał co z tym zrobić kurwa mać. Napisaliśmy korektorem!
-A garnitur?-spytał uprzejmie Matez
-Babcia Dzianniego naszyła znaczek najki na plecach- Monica była wyraźnie dumna z pomysłowości babci Dzianniego. Lubiła podkreślać, że ona też będzie należała do tej rodziny. Wtem, jakby z podziemi, wyrosła przez nimi Pyskacja.
-Monica, znowu spierdoliłaś mi życie!! Patrz co ten fryzjer mi zrobił na głowie!! Kurwa!!
-Nie przeklinaj bo powiem mamie-odkrzyknęła hardo Monica w duchu drżąc przed gniewem Pyskacji
-No to mów!! Nic mnie to nie obchodzi!! Szukaj sobie nowej starszej!!!-Pyskacja nie miała pod ręką drzwi, którymi mogła by zwyczajowo trzasnąć, więc trzasnęła Monicę w jej szlachetny, żydowski nos i pobiegła raźno przed siebie.
-Wróci-powiedziała cicho Monica ocierając krew i łzy-zawsze wraca.
Matez i Geralt poszli w stronę mieszkania Mateza a Monica pobiegła przeprosić Pyskację i dopilnować procesu tworzenia bukietu ślubnego. Skąpstwo Monici było powszechnie znane a ona sama  była z tego dumna, dlatego ślubny bukiet robił dla niej Dzianni, który jak było wiadomo, umiał zrobić wszystko (nawet jeżeli miało to zająć trzy dni).
-Wyglądała jak zjeb-ocenił  Matez gdy Monica oddaliła się na bezpieczną odległość.
-Nie da się ukryć- zgodził się Geralt.
Dotarli niebawem do mieszkania gdzie czekały na nich dziewczyna Mateza-Minia i Halina-przyjaciółka naszych bohaterów.
-Co im kupiłaś Halina?-spytał wesoło Geralt
Halina uniosła głowę:
- Maaaszynkęęęę................dooo....roooooobieniaaaaa................tofu.
Geralt zamarł. Dzianni, tak jak Halina, był weganinem w przeciwieństwie do mięsożernej Monici. Był to punkt zapalny ich wszystkich kłótni. Halina podkochiwała się w Dziannim...Geralt do tej pory uważał,  że Halina jest tylko trochę bardziej inteligentna od rybki w akwarium, ale to co teraz zrobiła zdawało się temu zaprzeczać.
-Ale Monica nie lubi tofu a Dzianni tak. Moim zdaniem mogą się o to pokłócić- Minia jak zawsze służyła mądrym słowem. Matez przewrócił oczami a Geralt bez słowa zaczął pakować do koperty dla nowożeńców pocięte gazety.
CDN....

Odcinek 3

Anemietka patrzyła zdziwiona na plastikowy kubek po jogobelli przyklejony pod jej biurkiem. Zauważyła cienki sznurek, który z jednej strony przymocowany był do kubka a drugi jego koniec niknął w przepastnej szufladzie Wulewu. Ana rozpoczęła gorączkowe rozmyślania, ale jej oszronione synapsy z trudem reagowały na wysiłki Any. Poczuła, że wielkie i silne (niemal chłopskie jak zdążyła pomyśleć Ana) dłonie podnoszą ją z podłogi. Ujrzała przed sobą zaciętą twarz Pulpecji. Pulpecja puściła ją i odsunęła się jakby dotykanie Any sprawiało jej ból.
-Dzięki- szepnęła Anemietka rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem po biurze. Geralt siedział wpatrzony w monitor prowadząc jednocześnie rozmowę przez telefon.
-A co zrobiłaś na obiad? Dzianni jadł?Tak myślałem, francuski piesek-parsknął śmiechem Geralt przybierając wyraz twarzy wskazujący na skrajną pogardę.
W tym czasie wróciła Wulewu. Spojrzała zdziwiona na Anemietkę, którą rzadko widywano w pozycji stojącej. Ale Ana szybko osunęła się na krzesło i wróciła do przerwanych omdleniem aktywności zapominając o tajemniczym kubku po brzoskwiniowej jogobelli. Wulewu sprężystym krokiem ruszyła w stronę biurka starając się nie uronić ani słowa z rozmowy Geralta. Gdy przeszła obok Pulpecji, ta skrzywiła się nieznacznie. Wulewu lubiła się stroić w oryginalne, bazarowe kreacje, ale nieraz zapominała o prysznicu, co było uciążliwe zwłaszcza latem. Wychowana na wsi Pulpecja nie była szczególnie wrażliwa na zapachy, ale udawała, że jest inaczej aby sprawiać wrażenie delikatnej mieszkanki Wielkiego Miasta. W duchu zazdrościła Anie jej anemiczności i przewrażliwienia, ale nikt, nawet Geralt nie mógł się tego dowiedzieć. A co robi Geralt?Aha, znów rozmawia z Monicą. Czasem opowiadał Pulpecji o nieśmiesznych żartach, którymi Monica sypała jak z rękawa. Pulpecja zawsze uśmiechała się lekko z grzeczności. Nie znała osobiście Monici, widziała tylko,  że jest Żydówką i ma problemy z nadwagą. Oraz, że ma beznadziejne poczucie humoru. Wiedziała też,  zbliża się ślub Monici z niejakim Dziannim, który był wybredny i wyjątkowo zapatrzony w siebie co było nieustannym obiektem kpin Geralta i jego dziwnych znajomych.
Geralt z ulgą odłożył słuchawkę. Monica jak zawsze częstowała go nudnymi historiami z jej życia, który krążyło wokół niedokończonych studiów z pedagogiki, Dzianniego i konfliktów z siostrą Pyskacją. Geralt współczuł Monice zwłaszcza narcyzowatego Dzianniego, który  ukrywał swoje pochodzenie  ale za to pochodził z rodziny, do której Monica miała aspirację wejść.Rozejrzał się wokół siebie. Nic się nie zmieniło, zaczął odliczać minuty do końca pracy. Miał dziś w planach odwiedziny u swej siostry i ulubionego szwagra, którym ostatnio urodził się syn. Geralt zamierzał kupić pół litra dobrej wódki aby wspólnie z młodymi rodzicami, świętować ten fakt przy dźwiękach muzyki swej ukochanej Cygadytki.

Odcinek 2

Nastał kolejny, warszawski poranek. Geralt zwlókł się z  łóżka, krzywiąc się, gdy jego stopy dotknęły wytartego dywanika pamiętającego zapewne czasy Gierka i zarazem czasy świetności apartamentowca. Były to czasy gdy lud robotniczy tłumnie zamieszkiwał to miejsce a teraz jedynym, smętnym znakiem tamtych dni były przepalenia po papierosach.  Geralt włączył stary magnetofon i w pokoju rozległy się kojące dźwięki  pieśni  „Barwny huragan”. Poranna toaleta i zrobienie kanapki, której zdjęcie od razu zamieścił na instagramie nie trwało długo, Geralt czym prędzej ruszył do pracy.
Pulpecja jechała zatłoczonym autobusem. Geralt po raz kolejny ją zawiódł a ona mu tak wiele wybaczała…ignorowała jego żarty, starała się uśmiechać nawet gdy uderzał najboleśniej w jej ego i w jej wartości. Ale ostatnia sytuacja przelała czarę goryczy. Pulpecja wiedziała jak bardzo Geralt nie lubi gorąca więc walczyła jak lwica o to by ta szmata Anemietka przykręciła grzejnik i jak Geralt się za to odpłacił? Żartował z Aną jakby nigdy nic ignorując rozpaczliwe spojrzenia Pulpy.  Nigdy nie czuła się tak zraniona. Ze smętnych  rozważań wyrwał ją głos jakiejś kobiety:
-Przepraszam, czy wie Pani, na którym przystanku mam wysiąść do…
-Słucham?!-przerwała kobiecie-czy to jakaś aluzja do tego, że jestem ze wsi?!
Kobieta patrzyła chwilę zdezorientowana:
-Nie..ja tylko nie wiem ..
-Jak pani śmie??? Tak!!- krzyczała coraz głośniej Pulpecja- jestem ze wsi!! I  mam w domu centralne ty głupia dziwko!!!!
Chciała dodać coś jeszcze, ale zauważyła, ze musi już wysiadać i wyszła z autobusu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Wulewu cichutko wślizgnęła się do biura a widząc, że nikogo jeszcze nie ma, zaśmiała się w duchu. Wystarczyło kilka ruchów, aby skonstruowana przez nią aparatura znalazła się pod biurkami współpracowników. Sapała z radości przyklejając do biurka Geralta papierowy kubek, który połączony był cienkim sznurkiem z drugim papierowym kubkiem, który umieściła w swojej szufladzie.
-Oj…Bi  mnie za to wynagrodzi..oj wynagrodzi- śpiewało jej serce. Wtem usłyszała hałas na korytarzu i poczuła woń anemii.
-Anemietka-pomyślała ze strachem i szybko zasiadła na swoim miejscu starając się powściągnąć uśmiech.
Dzień w pracy dłużył się. Ana, pogryzając kanapkę z pasztetem, udawała, że pracuje. Pulpecja pociągała nosem zerkając jednocześnie na Geralta, który udawał, że nie widzi tych sygnałów. Pulpecję ogarniała frustracja, ale wtem wpadła na genialny pomysł- Jeszcze pożałujesz Geralciuku-pomyślała z całą wiejską mściwością. Zwróciła się w stronę Any:
-Ana, ale ładnie odgarnęłaś sobie włosy z twarzy-rzekła z uśmiechem, otwierając przy tym okno.
Anemietka zamarła z kęsem kanapki w ustach. Przez chwilę jej  oczy błysnęły czymś nieuchwytnym ….

Po chwili wstała i z całą mocą, na jaką było ją stać zamknęła okno mówiąc:
-Dziękuję Pulpecjo, pracowałam nad tym rano.
Pulpecja przez chwilę wydawało się, że Ana powiedziała „dziękuję wieśniaro..”, ale starała się zignorować te myśli. Popatrzyła dyskretnie na Geralta i Wulewu. Geralt z maślanymi oczami wpatrywał się w monitor, co oznacza, że ogląda zdjęcia Cygadytki. „I za co dostał te nagrody?”-zżymała się w duchu Pulpecja. Wulewu szperała w szufladzie , ale zaraz wstała i wyszła z pokoju. "Co za ludzie, gdzie ja trafiłam"-myślała Pulpa zgrzytając zębami ze złości. Chwyciła za drewnianą okiennicę swą wielką, chłopską dłonią i trzasnęła tak, że pracowicie układane włosy Any zawirowały wokół jej bladej twarzy.
Wulewu rozejrzała się po korytarzu. Nikogo nie ma. Wyjęła zza pazuchy starą nokię 3310, którą otrzymała od zleceniodawcy i wybrała numer. Za chwilę w słuchawce odezwał się lekko schrypnięty głos.
-Hej seksi, tu Wuli..-zaczęła  najseksowniej  jak umiała. Lata doświadczenia w seks branży nie poszły na marne.
-Wiem, że to ty głupia- przerwał brutalnie głos- wykonałaś misję?
-Wykonałam!-Wulewu  starała się odpowiadać pewnie , ponieważ nie do końca była to prawda.
-Kupiłaś sprzęt w tej firmie na Pradze?
-Tttak..-zawahała się Wulewu. Tak naprawdę postanowiła sama wykonać pluskwy a pieniądze otrzymane od zleceniodawcy wydała na system SeksiHome, który pozwalał na pracę sekstelefonistki z domu.
-No to dobrze. Chce mieć nagrane każde słowo a ty miej oczy i uszy szeroko otwarte. Zwłaszcza jeśli chodzi o tego cichociemnego karierowicza.
Wulewu zamarła: „Nagrane? Jak to nagrane?- myślała gorączkowo- kubki spełniały dobrze  swoje zadanie ale na pewno nie nagrają żadnych rozmów”
-Co tak zamilkłaś?!- zirytował się głos.
- A nic, chyba mnie przeziębienie bierze-wymamrotała
-Faktyko masz jakiś dziwny głos, zaraziłaś się chorowaniem na wszystko  od Anemietki?-głos zarechotał z własnego dowcipu-czekaj, muszę kończyć, dostała na drugi telefon smsa, że wygrałam obiad w restauracji  Burnyoudamnbitch. Papa!!
-Pa- odrzekła Wulewu myśląc, że dziwna nazwa dla restauracji.

W tym czasie w pokoju  Ana straciła na chwilę przytomność z zimna. Podnosząc się z podłogi zauważyła pod biurkiem kubek…

Odcinek 1

Sekretariat  znajdował się w Wielkim Mieście. Był częścią Wyroczni.  Z pozoru było to tylko miejsce pracy setek osób oraz miejsce obsługi setek interesantów, którzy dysząc rządzą nienawiści a czasem rządzą wymierzenia słusznej kary, pojawiali się i znikali stając się tylko kolejnymi numerami w życiu naszych bohaterów. Kim są ci bohaterowie? Dziś poznacie tylko najważniejsze ich cechy a w kolejnych odcinkach będziecie poznawać ich barwne i nieraz szalone życiorysy. Koncentrujemy się wokół Geralta. Jest młodym mężczyzną, który w Wielkim Mieście szuka swej życiowej szansy. Trafia do Sekretariatu przypadkiem, ale szybko awansuje, stając się obiektem plotek ale także obiektem lepiej lub gorzej skrywanej nienawiści, która znajdzie swe ujście w zbrodni...
Można wyrwać dziewczynę ze wsi, ale nigdy wieś z dziewczyny. To zdanie idealnie opisuje Pulpecję.  Pulpecja  pochodzi ze wsi co jest jednym z wielu jej kompleksów. Najbardziej intensywne uczucia łączą ją z Geraltem, którego skrycie kocha ale i nienawidzi....do czego doprowadzi ta mieszanka?
Anemietka to kobieta po przejściach. W tajemniczych okolicznościach zniknął jej mąż pozostawiając ją samą z Oksanuśką. Młoda matka zmaga się z wieloma trudami życia, z czego najbardziej dokuczliwy jest przenikliwy ziąb, który Anę śledzi i nie odpuszcza jej nawet w czterech ścianach Sekretariatu. Czym....lub kim tak naprawdę jest ziąb?
Ostatnia z naszych bohaterów to  Wulewu Kuszę. Wulewu ma niejasną przeszłość, którą ujawnia podczas spotkania towarzyskiego. Przez lata pracowała w seksbranży a demony tej pracy nawiedzają ją do tej pory i za pomocą niewidzialnych więzów przyciągają ją do siebie. Wulewu ma wiele twarzy i wiele potrzeb, niektóre z nich realizuje nawiązując współpracę z tajemniczym Głosem.
Jak potoczą się losy tych barwnych ptaków Sekretariatu? Zapraszam do lektury.