Plan opracowany był już od wczoraj. Dzianni miał w nim grać
główną rolę i zamówić usługi Bananowej Księżniczki. Zdobyli pseudonim, który nadano Matezowi dzięki Kubkowi. Kubek Tutka był piosenkarzem-romantykiem
i przyjacielem Tura, ale wystarczyły dwie szklanki piwa by Kubek zaczął sypać.
Dzianni wziął głęboki oddech. Chciał się wycofać, ale Monica obiecała mu nowy
tatuaż po wykonaniu misji… spojrzał na swoją rękę i łzy zaświeciły mu w oczach..biedny
i samotny króliczek potrzebował drugiego króliczka bezapelacyjnie!
-Dzianni, dzięki, że się tak postarałeś i nawet ubrałeś się
na potrzeby akcji jak gej na paradę równości- wyszeptała wzruszona Minia.
Dzianni miał na sobie koszulkę polo (była różowa, ale co
najważniejsze Lacoste), jasne dżinsy z przecierkami i naszywkami, do tego skarpetki
stopki i odsłaniające kostkę buty najki.
-Co? Wcale się nie przebierałem- zdziwił się Dzianni. Minia
wzruszyła ramionami. Popełniała gafy tak
często, że przestała się nimi
przejmować.
-Dosyć pierdolenia. Idziemy- Monica jak zawsze nie traciła z oczu celu.
Dzianni i Monica skierowali się w stronę baru.
- Czego sobie życzysz słoneczko?-spytał barman Dzianniego.
-Jedno modżajto dla mojej świni. A dla mnie godzinka z
Bananową Księżniczką- przemówić nasz cygan pewnym głosem.
-Fiu fiu- gwizdnął barman i pokiwał z uznaniem głową- jesteś
odważny chłopczyku. Księżniczka jest u nas nowa, ale dosyć duża. Poradzisz
sobie z nią?
-Bez obaw- Dzianni zrobił chytrą minę- nie z takimi sobie
radziłem.
-Ok- barman skinął głową i postawił na ladzie szklankę z
mohito – świnia zostaje, ty rycerzyku idziesz ze mną, płacicie po usłudze.
Tylko bez numerów bo Wielki A załatwi cię tak, że cię matka nie pozna.
Wzrok Monici i Dzianniego powędrował w stronę ściany, pod
którą stał rzeczony A. Monica zakrztusiła się swoim modżajto. Wielki A to był
Arkadiusz Kąpka, który studiował z Monicą, Geraltem, Matezem i Turem. Monica skierowała się w jego stronę a Dzianni
z barmanem zniknęli za zasłoną z
koralików. Dzianni został wprowadzony do małego pokoju. Na środku stało łóżko,
które zajmowało praktycznie całe pomieszczenie. Leżał na nim Matez ubrany w
żółty lateksowy strój. W ustach miał piłeczkę pingpongowa a ręce przywiązane do
poręczy. Barman zostawił ich samych. Dzianni nie tracił czasu na wyciąganie
piłeczki z ust Mateza tylko szybko wybrał numer telefonu alarmowego.
Policja pojawiła się błyskawicznie. Szajka prowadząca lokal była tak zaskoczona,
że nie zareagowali i udało się uwolnić wszystkich przetrzymywanych mężczyzn bez
żadnych ofiar. Bohaterscy przyjaciele byli potem długo przesłuchiwani przez
policję. Grupa specjalna już dawno wpadła na trop bandy, ale cygan okazał się
dla tajniaków zaporą nie do przebycia. Za każdym razem słysząc jego zawodzenie
rzucali mu drobne i tym samym zaprzepaszczali szansę na powodzenie misji.
Komendant miał dla bohaterów dwie wiadomości. Po pierwsze mieli dostać medale
za odwagę. Po drugie, Turo zbiegł. Mógł próbować zemścić się więc zalecono
przyjaciołom, aby na jakiś czas zniknęli. Jedynym sensownym pomysłem było
zaszycie się w podmiejskiej rezydencji rodziców Minii. Po wykonaniu stosownych
telefonów do pracy i rodziny, grupa udała się z stronę Zadupia, gdzie owa
rezydencja się mieściła. Minia zadzwoniła jeszcze do rodziców upewnić się czy
rezydencja jest wolna, chcieli bowiem mieć trochę spokoju i prywatności,
ponadto nie chcieli narażać rodziny Minii na ewentualne niebezpieczeństwo
związane z najzadem Tura. Jechali limuzyną Ore ore, gdzie było dosyć ciasno dla
5 osób, ale przytulnie. Musieli wstąpić
jeszcze do szpitala, gdzie Matez miał być profilaktycznie przebadany.
Lekarz osłuchał biednego Mateza, pobrali
mu krew i zrobili prześwietlenia.
-No cóż panie Matez, miał pan mimo wszystko trochę szczęścia.
Piłeczka pingpongowa wyłamała panu dwa zęby i ma pan kiłę, ale jest pan tak
inteligentny, że zęby odrosną a kiła się sama wyleczy.
Uzyskawszy te wiadomości ruszyli ku przeznaczeniu. Po drodze
Matez opowiadał im jak został wzięty przez Tura w jasyr. Tak jak przypuszczali,
Turo zwabił Mateza obietnicą nakręcenia Owocowego szaleństwa 2. Na planie podał
niczego nie podejrzewającemu Matezowi banana
z tabletką gwałtu. Matez obudził się w już w pokoju, gdzie potem zastał
go Dzianni. Przyjaciół martwiła jeszcze jedna kwestia. Zarówno komendant jak i
Matez twierdzili, że Turo jest zaledwie płotką w tej szajce. Świadczył o tym
choćby fakt, że jeździł zielonym seatem a nie charakterystyczną dla tuzów organizacji
czarną wołgą z napisem WC Group. Tak rozprawiając dojechali do Zadupia. Byli
nieco zaskoczeni, gdy na miejscu okazało się, że są tam rodzice Minii, jej
rodzeństwo z rodzinami, rodzeństwo cioteczne z rodzinami, teściowie rodzeństwa,
kuzyni, babcie i dziadkowie. Matez spuścił nos na kwintę ale zaraz nieco się
rozchmurzył gdy zobaczył Bastusia z żoną, dziećmi i Pusią. Wieczór upłynął im
na rozpakowywaniu się, szukaniu miejsca na rozbicie namiotu (rezydencja była
zbyt mała żeby pomieścić aż tyle osób),
szukaniu strumienia lub rzeki aby mieć dostęp do wody i słuchaniu jęków Monici,
której przeszkadzały dzieci, komary, psy, krowy i wszystko inne. Panicznie bała
się też dzików.
-Monica, dziki żyją w lesie- wyjaśniała Minia, której wiedzy
dorównywało tylko 20 tomów encyklopedii PWN- tutaj nie ma lasu i nie ma dzików.
-Minia, a czy ty skończyłaś psychologię dzika? Skąd wiesz,
że jakiemuś dzikowi nie przyjdzie do głowy tutaj przybiec? Jesteś pewna
mądralo?
Na takie argumenty
Minia spasowała. Dzianni zwrócił uwagę, że dzieci zrobiły sobie łuk z
leszczyny i sznurka. Pokręcił głową z
dezaprobatą.
-Słuchajcie dzieci- przemówił do zebranej wokół siebie
gromadki niczym Don Wasyl do cygańskich gwiazd- jak chcecie się bawić to róbcie
to porządnie. Dajcie mi ten łuk a za kilka godzin oddam wam go w ulepszonej
formie.
Dzieci oddały łuk stojąc z rozdziawionymi buziami. Dzianni
jawił im się jak Mojżesz rozdzielający morze Żydom. Dzianni czym prędzej wyjął
laptopa i przystąpił do ściągania programów, za pomocą których zamierzał ściągnąć
program do projektowania łuków. Z uwagi na słaby zasięg, zdenerwował się i
rozrysował projekt na piasku.
Pozostali tymczasem rozkładali namiot. Nie udałoby im się to
gdyby nie Bastian i Pusia. Cóż to było za urocze i rozkoszne stworzenie. Miała
za sobą co prawda chorobę i musiała biegać w kasku i maseczce przeciwpyłowej,
ale zachowała radość życia. Bastek dyrygował rozkładającymi namiot jak Jagiełło
pod Grunwaldem i wystarczyło 4 godziny by imponujący ortalionowy schron stanął
na zboczu pagórka. Dzianni także zrealizował misję i oddał dzieciom łuk. Cienką
leszczynę zastąpił grubszą leszczyną, zamiast sznurka przymocował żyłkę.
Strzały wykonał z grubego drutu a ich groty z zaostrzonych kamieni. Wypróbował
łuk i voila! Strzała wbiła się w drzewo jak nóż w masło. Zadowolony oddał łuk
grupie pięciolatków.
Wieczorem, wraz z całą rodziną Minii zasiedli przy ognisku,
na którym pieczono upolowaną zwierzynę. Monica, która wypiła już kilka piw i
była w znacznie lepszym nastroju, zaintonowała „Przybądźcie z nieba na głos
naszych modlitw, mieszkańcy chwały wszyscy święci Boży; Z obłoków jasnych
zejdźcie aniołowie, Z rzeszą zbawionych
spieszcie na spotkanie. Anielski orszak
niech twą duszę przyjmie, Uniesie z
ziemi ku wyżynom nieba…”, za chwilę przyłączył się do niej Geralt, który
postanowił nawet w rytm pieśni skakać przez ogień a za nim wszyscy obecni wesoło
śpiewali tę wspaniałą pieśń. Wieczorną sielanką przerwał nagle rozpaczliwy
krzyk Bastusia.
Wszyscy rzucili się w stronę balii gdzie Bastuś odbywał swe
codziennie oblucje. Płakał i wskazywał palcem na drzewo. Przyświecając sobie
latarkami, dostrzegli na drzewie Pusię, która była do niego przybita na
wysokości ok 70 cm. Nieopodal stała mała Ola trzymając w ręku łuk…
Pomimo akcji reanimacyjnej nie udało się uratować Pusi. Wszyscy
poszli spać zrozpaczeni. Matez zaoferował
się spać z Bastianem, którego bólu nic nie mogło ukoić. Nazajutrz miał
się odbyć pogrzeb.
Dzień był piękny. Słońce błyszczało na niebie nie
przysłonięte nawet jedną chmurką. Ptaki wyśpiewywały swoje trele w koronach
drzew a pszczoły wesoło bzykały w zaroślach. Świat nie zatrzymał się pomimo
smutku jaki spadł na Zadupie. Pogrzeb był kameralny. Pusię zakopano za
wychodkiem. Ola została zabrana w kajdankach na komisariat a młodzi przyjaciele
zdecydowali się mimo wszystko powrócić do swych domów, gdyż atmosfera w
rezydencji stała się nieznośna. Matez przed wyjazdem długo rozmawiał z
Bastudiem starając się mu wytłumaczyć
sens tej tragicznej i niepotrzebnej śmierci. Po tej dyspucie, młodzi zapakowali
się do ore-limuzyny i odjechali.